O TYM DLACZEGO PEWNEGO DNIA POSTANOWIŁAM ZMIENIĆ CAŁE SWOJE ŻYCIE.

Autor: Basia Szmydt

Ten wpis miał nigdy nie powstać. Opowiadanie o swoich wynikach badań i wizytach lekarskich, o terapii, którą przeszłam to najdelikatniej rzecz ujmując przekroczenie mojej granicy intymności. Podjęłam jednak decyzję, że opiszę swoją historię. Wiesz dlaczego? Bo skoro dziennie trafia tu setki osób, które wpisują w wyszukiwarkę „przepis na tartę ze szpinakiem”, to mam ogromną nadzieję, że mój przykład tego, jaką drogę przeszłam, by wyzdrowieć pomoże choć jednej kobiecie.
Żeby jednak móc opowiedzieć Ci o początkach mojej diety, detoksu czy może po prostu zmianie nawyków żywieniowych, muszę wrócić do początku. Powiedzmy, że czas cofnąć się w czasie o jakieś kilkanaście miesięcy. I musisz wiedzieć, że to nie będzie historia o jedzeniu.

Półtora roku temu budowa naszego domu trwała w najlepsze. Żadne z nas nie wiedziało, co nas czeka. Liczył się czas, którego było mało i pieniądze, których było jeszcze mniej. Kolejne ekipy budowlane, mąż za granicą, dwójka małych dzieci i kursowanie na trasie Lublin – Warszawa niczym do sklepu po bułki. Tuż po tym przeprowadzka. Nowy dom, nowe miejsce, nowe kąty, nowi ludzie, nowe drogi, nowe przedszkole, nowy sklep spożywczy. Cieszyliśmy się. Bardzo!
Wtedy poczułam jak wiele się wydarzyło, jak bardzo jestem zmęczona i … samotna w nowym domu. Jednocześnie byłam przepełniona szczęściem i wciąż powtarzałam, że ze wszystkim damy sobie radę, że jest super. Zamiast siąść wtedy na tyłku, ja wyszukiwałam sobie kolejne projekty, siłownię i inne wyzwania. Wszystko jest ok, kto da radę jak nie ja ?
Moje ciało dawało mi znaki. Miałam migrenę (to wina hormonów), bolało mnie serce (na pewno mi się wydaje), byłam non stop poddenerwowana (taki charakter). Do czasu, aż moje ciało przestało mi dawać znaki, tylko najzwyczajniej w świecie odmówiło mi posłuszeństwa. Pierwszy raz w życiu poczułam się pokonana przez swoje własne ciało, które już dłużej nie chciało dawać rady. Położyłam się do łóżka i nie miałam siły z niego wstać. Potworna migrena, zapalenie oskrzeli, gorączka, biegunka, wymioty i dół. Niewyobrażalny dół. Tak jakby wszystkie smutki mojego życia skumulowały się  w tych kilku dniach. To właśnie wtedy zdałam sobie sprawę w jak fatalnej sytuacji się znalazłam. To wtedy zrezygnowałam z projektu Zrób To.no! Jak mogłam motywować inne kobiety do czegokolwiek, skoro sama nie potrafiłam się zmotywować do wyjścia na spacer.
To był bardzo bolesny dla mnie czas. Czas, podczas którego zdajesz sobie sprawę jak bardzo młoda jesteś, jak bardzo chcesz być szczęśliwa, ale nie masz bladego pojęcia jak tego dokonać, jak wrócić do normalności i jak nie czuć się jak staruszka. To był mój osobisty dramat. Stres sprawił, że zgasłam. Być może nie było mnie wtedy tutaj, być może zauważyłaś, że jestem „jakaś inna”, być może brakowało ci moich postów… Uwierz, że mi brakowało wtedy wszystkiego.

IMG_9046

To wtedy postawiłam wszystko na jedną kartę i zdecydowałam się na terapię. Nie pytaj mnie skąd wiedziałam, że właśnie wtedy trzeba mi tego było. Nie wiem. Wiesz, ja słynę z tego, że jestem doskonałym psychologiem, słuchaczem i zawsze służe dobrą radą. Może resztkami sił oceniłam sytuację na tyle trafnie, by wykręcić numer do jednego z najmądrzejszych ludzi, jakiech spotkalam w moim życiu. Miałam szczęście. Trafiłam na doskonałego terapeutę. Moja terapia to zupełnie odrębny temat, być może kiedyś ci o niej opowiem. Przez rok przepracowywałam wszystkie swoje „demony”. Relacje z ludzmi, bliskimi i jak się okazało totalnie dla mnie nieistotonymi, swój perfekcjonizm. Terapeuta pomógł mi poznać siebie, zrozumieć to, co się ze mną dzieje, pomógł mi dorosnąć, postawić siebie na pierwszym miejscu, poczuć się stuprocentową matką i żoną, pomógł mi pozbyć się kompleksów. Czasem wychodziłam z gabinetu w hurraoptymistcznym nastroju, a czasem tak poturbowana, że znowu kładłam się do łóżka. Ani przez chwilę jednak nie zwątpiłam w sens tych spotkań. Czułam, że to najlepiej spożytkowane pieniądze, najlepiej wykorzystany czas w moim życiu. Czułam, że sama siebie ratuję. Ten czas to jednak taki ogrom emocji, tak wielki stres, że nawet teraz pisząc do ciebie mam wielką gulę w żołądku. Wciąż walczę o spokój.
Problem pojawił się, kiedy wiedziałam, że w głowie i duszy poukładałam już prawie wszystko, ale ciało dalej nie chce współpracować. Moje ciało było tak długo bombardowane stresem, że nie wyzdrowiało. Wyobraź sobie sytuację, w której doskonale wiesz, że wszystko jest dobrze, masz wszystko: cudne dzieci, boskiego męża, dom marzeń, ale nie masz fizycznie siły, by normalnie funkcjonować. Wstajesz rano, po 8 godzinach snu i pierwsze co mówisz to zdanie :jestem zmęczona. Nie wychodziłam z domu, bo byłam zmęczona, nie chodziłam na siłownię, bo nie miałam siły. Myślałam, że to przesilenie jesienne, PMS, albo po prostu słabszy dzień. Tylko, że z dnia na dzień było ze mną coraz gorzej. Bolało mnie serce, tak nagle i tak gwałtownie, że bałam się wziąć głębszy oddech. Bolały mnie stawy i stare złamania. Zaczęłam kuleć, bo odezwał się stary uraz biodra sprzed 8 lat. Czułam jak się sypię i wciąż obwniałam siebie samą o to, że nie mogę się wziąć w garść. Mój miesiąc dzielił się na pół. Przez 2 tygodnie funkcjonowałam w miarę ok, w domu spokój, w duszy względny. Przez kolejne 2 tygodnie miałam naprzemiennie stany depresyjne ze stanami totalnej agresji. Co robisz, kiedy masz zły nastrój? Poprawiasz go sobie. Ja swój poprawiałam wspólnym winem z mężem, czasem 3 razy w tygodniu, pyszną  bagietką z masłem, słodyczami, blachą brownie. Mówiłam sobie wtedy, że koniec z perfekcjonizmem, z dietami. Pomijam już fakt, że przytyłam parę kilogramów. To było najmniej istotne. Ja czułam się po prostu chora. A najgorsze jest to, że nikt mnie nie rozumiał. Nikt poza moim terapeutą, który pewnego dnia poprosił mnie bym zrobiła sobie badania, bym poszła do lekarza. Do dziś nie wiem, czy miał na myśli ginekologa, czy psychiatrę. Dla pewności zapisałam się do jednego i drugiego. Na moje szczeście ten drugi miał bardzo odległe terminy i tym sposobem trafiłam do kolejnego genialnego lekarza. Ginekologa, który mnie wysłuchał, zrozumiał, zlecił dziesiątki badań, by na sam koniec powiedzieć, że mi pomoże. To nie skierowanie z badaniami było najważniejszą rzeczą, jaką wyniosłam z wizyty. Ten lekarz zasugerował mi, bym na początek zrobiła sobie testy na obecność grzybów Candida w organizmie i test na nietolerancje pokarmowe. Zrobiłam oczy jak 5 złotych, ale byłam zdesperowana, by znów funkcjonować normalnie.

IMG_9454 (Kopiowanie)

Jeśli myślisz, że po powrocie do domu rzuciłam się w wir badań i z uśmiechem na twarzy weszłam w nowy etap życia to jesteś w błędzie. Siadłam tak jak stałam i walczyłam, żeby się nie rozpłakać. Wciąż zastanawiałam się od czego zacząć. Od badań hormonów, od badań na Candidę, a może jednak rzucić to wszystko w cholerę i wyjechać w Bieszczady. Wtedy znowu trafiłam na mądrą kobietę (Diana dziękuję!), która mi pomogła. Dała namiary na lekarzy, na kliniki, na strony internetowe, rozpisała wszystko po kolei i była ze mną podczas najtrudniejszego etapu, zwanym POCZĄTKIEM NOWEGO.

Badania, które zrobiłam nie wykazały w moim organizmie żadnych pasożytów (co przy dzieciakach w przedszkolu nie jest rzeczą zupełnie normalną jeśli je masz). Pokazały jednak, że mam bardzo duuuuuużo grzybów Candida albicans, a mój organizm na dzień dzisiejszy totalnie nie toleruje laktozy i glutenu. Zalecenia? 6 tygodniowa dieta, która tego grzyba ma zmniejszyć do takiej ilości, by przestał mi szkodzić, a dobra flora bakteryjna mogła się odbudować. Dieta restrykcyjna jak jasna cholera, zahaczająca swym czasem trwania o Święta i Sylwestra.
Oprócz tego, że zaczęłam kombinować co by tu zjeść, szukać przepisów i na każdym kroku zderzać się ze ścianą, zaczęłam też szukać odpowiedzi dlaczego to przytrafiło się akurat mnie. Mam taką naturę, że szukam naukowego wyjaśnienia różnych rzeczy, które się dzieją z ciałem człowieka. Tak miałam podczas ciąży, porodu, tak mam również teraz. Czytałam ogromne ilości publikacji, artykułów, rozmawiałam z ludźmi mądrzejszymi ode mnie. Pytałam dlaczego tak się stało, dlaczego nagle jedzenie, które spożywałam latami zaczęło mi szkodzić. Dlaczego teraz? Czy to oznacza, że już nigdy nie powitam piątku z ciepłym chlebem drwala z masłem? Czy już nigdy nie zjem carbonary?
Wiedziałam, że dopóki tego nie zrozumiem, nie zacznę diety. Muszę to pojąć.
Połączyłam kropki.
Stres. Główny winowajca. To on sprawił, że odporność mojego organizmu spadła do zera. Do tego słaby tryb życia, zerowa ilość ruchu, alkohol, tona cukru, również tego w nabiale, które stanowiły doskonałą pożywkę dla Candidy sprawiły, że grzyb zaczął się namnażać wywołując autoagresję. Organizm stał się agresywny wobec samego siebie, a jedzenie, które miało mi poprawić nastrój w rzeczywistości mnie zatruwało. Do tego nieustanne zamartwianie się o wszystko. Hormony szalały. Tarczyca szalała. PMS zatruwał mi życie. Chroniczne zmęczenie. Trądzik. Bóle stawów. Błędne koło.

18-1
Pozwól, że przytoczę ci jeden cytat:

” Lista chorób, w których istotną rolę odgrywa układ immunologiczny z dnia na dzień się powiększa. I tak: zawał serce, niektóre choroby psychiczne, złamania kości i proces ich naprawy, niepłodność czy poronienia mają z nim związek. Bo to, że przeziębienie, niedobory odporności czy nowotwory są związane z zakłóceniami w układzie immunologicznym jest już dla nas oczywiste. (…) Organizm ludzki nie jest tworem stałym tylko dynamicznym. W ciągu całego życia człowieka przez jego przewód pokarmowy przechodzi od 60 do 80 ton różnych substancji. Gdybyśmy tak potężną ilość pożywienia, a w nim kwasów, pokarmów słonych, gorzkich, gorących, zimnych chcieli przepuścić przez układ najzwyklejszych rur i uszczelek, niewiele by z nich zostało. A jednak żyjemy. Dlaczego? Po