Basia bloguje CO U NAS?

OPOWIEŚĆ SŁOMIANEJ WDOWY

Czerwiec 28, 2016
rodzinka

To miał być łatwy dla mnie wpis. Miałam po prostu przedstawić Ci mój punkt widzenia, opowiedzieć Ci (dosyć optymistycznie) o pracy za granicą mojego męża, o tym, że wcale nie jest tak źle, i że finalnie to jest dla nas naprawdę spoko sytuacja. I wszystko szło gładko dopóki nie poprosiłam swoich czytelniczek, które są w podobnej sytuacji, o nadesłanie mi swoich historii. Bo okazało się, że nasze historie są skrajne różnie, a  praca za granicą to nie zawsze jest to samo. I kiedy ja widzę ją w wielu superlatywach, inna właśnie przeżywa swoją własną tragedię. Dlatego postanowiłam się dzisiaj nie wymądrzać, nie uznawać jednej prawdy za słuszną. Jednocześnie nie mogę mówić z pozycji kobiety zostawianej w  domu na długie miesiące, bo ja w takiej sytuacji nie jestem i nigdy nie byłam. W naszej rodzinie działamy systemem tygodniowym. Tydzień tam, tydzień tu. Niezmiennie od kiedy dzieci są na świecie. Mogę więc przynależeć do grupy kobiet, których mężowie wyjeżdżają i jednocześnie stwierdzić, że to jest moje maksimum. Że dłuższej rozłąki niż dwa tygodnie bym nie zniosła i prawdopodobnie spakowałabym manatki i przeniosła się do niego. Choć to nie zawsze jest takie proste, a gdybanie w takim przypadku jest co najmniej nie na miejscu.
Decyzja, by jedno z dwojga pracowało za granicą jest zawsze cholernie trudna i nie ma tu o czym dyskutować. Myślę, że to co mi pomogło to zaakceptować jest fakt, że pozytywnie się nastawiłam. Od samego początku widziałam możliwości i szanse. Dziś nie pamiętam tych ciężkich momentów, które spotkały nas, kiedy dzieci były malutkie, a ja ze zmęczenia nie wiedziałam jak się nazywam. Nie pamiętam, bo minęły. Moje dzieci urosły, my złapaliśmy swój stały rytm i można powiedzieć, że nasze życie stało się nawet odrobinę przewidywalne.  Czas i tak przeminął, a my zrobiliśmy wiele, by to był naprawdę wartościowy czas. Aby jednak się tak stało potrzebowałam sześciu lat pracy: nad nawykami, nad organizacją swoją i swojej rodziny i przede wszystkim pracy nad samą sobą. Dziś chcę Ci o tym opowiedzieć. Być może przed Tobą podjęcie takiej decyzji, być może tak jak ja , albo jedna z czytelniczek, które zechciały napisać dziś kilka zdań, jesteś w podobnej sytuacji. Dziś opowiem Ci moją historię, a na końcu postu poznasz historie kilku dziewczyn. c Musisz jednak pamiętać, że każda z tych historii zaczyna się albo kończy słowem „rozłąka”, a to nie jest ani trochę przyjemne słowo.

Najczęściej pytasz mnie jak sobie radzę. Jak radzę sobie sama z dziećmi, jak dzieci znoszą nieobecność taty, jak funkcjonujemy jako małżeństwo i jak znajduję czas dla siebie. Sporo tych pytań, a każde potrzebne. To od czego według mnie trzeba zacząć to silny fundament. To umiejętność rozmawiania ze sobą, to ta ogromna potrzeba, by chcieć codziennie do siebie dzwonić, opowiadać sobie o wszystkim, by spędzać ze sobą jak najwięcej czasu, kochać się, a przy okazji też lubić – mam na myśli małżeństwo, związek. Jeśli tego nie ma przed wyjazdem, to nie będzie również wtedy kiedy się rozstaniecie. My mieliśmy ten fundament i to sprawiło, że daliśmy i dajemy radę. Że praca jest tylko dodatkiem do naszego fajnego, pełnego przygód, ale też wspólnego życia. Po wielu latach i tuż po trzydziestce zrozumiałam, że jest coś jeszcze, co stanowi równie silną podstawę do tego, by tworzyć rodzinę na odległość – poczucie własnej wartości obojga i wiara w to, że jest się wystarczająco dobrym. Ja czuję się wystarczająco dobra jako matka, daję sobie prawo do słabości, pozbywam się nieustannych wyrzutów sumienia, nie pędzę za karierą, nie staram się spełniać oczekiwań innych ludzi względem mnie, o czym pisałam tutaj. On czuje się wystarczająco dobrym tatą, nie analizuje wciąż czy jest dla swoich synów tak często jak powinien, czy ich nie zaniedbuje, czy oby na pewno odpowiednio często zabiera mnie na randki ( 🙂 ) i tak dalej. Każde z nas pracuje dużo, by siebie lubić. Siebie samego. To pozwala nam na to, by nasza rodzina działała jak sprawnie naoliwiona maszyna, by nie mieć wciąż do siebie pretensji, by szanować wzajemnie siebie i swoje wybory. Nawet jeśli pewnego dnia tym wyborem mnie, jako żony będzie zatrudnienie pani do sprzątania, bo kochanie nie bardzo mam siłę. Rozumiesz mnie? Zmiana zaczyna się we mnie, a nie w potrzebie usilnej zmiany partnera. Zwłaszcza na odległość. To się nie uda. Taki przykład – kiedyś, kiedy dzieci dały mi w kość, ja krzyczałam, opierniczałam ich – po sekundzie, odruchowo sięgałam po telefon i na mesendżerze rozpoczynałam litanię do Tomka. Że już nie mam siły, że te dzieci mnie wykończą, że znowu na nich krzyczałam i tak dalej i tak dalej. No i co on miał wtedy zrobić powiedz mi? Przylecieć? Rzucić wszystko, żeby dołożyć swoją cegiełkę do opierniczania? Bez sensu. Nauczyłam się przestać na siebie skarżyć. Po prostu. Bo ta litania to było takie donoszenie na siebie samą i szukanie aprobaty, że jednak jestem fajną i dobrą matką. Pewnego dnia postanowiłam, że poszukam tej aprobaty dla siebie samej w sobie właśnie. i powiedziałam sobie, że…

– JESTEM WYSTARCZAJĄCO DOBRA. Pewnego dnia, który był jednym z tych gorszych, a ja czułam się delikatnie mówiąc na nic i beznadziejnie, odkryłam, że … mój mąż pracuje za granicą, a ja nie mam energii i mocy przerobowej.. Obiecałam sobie wtedy, że już zawsze będę myśleć o sobie, że jestem wystarczająco dobra. Nawet gdy zlew pełny, a dzieci śpią w ubraniu – jestem wystarczająco dobra. Bo dziś mam mniej siły, a jutro będę mieć jej dwa razy więcej. Nie jestem cyborgiem i nikt nie wymaga ode mnie bym była. Porzuciłam więc pewnego dnia wszystkie wyzwania, przestałam się tak spinać, by być perfekcyjną w każdym calu i zaczęłam szukać prostych przyjemności. A skoro o przyjemnościach mowa…

– DBAM O PRZYJEMNOŚCI. Żeby była równowaga musi być czas dla dzieci i czas dla mnie samej. Czas dla nas jako małżeństwa i czas dla każdego osobno. I nie mam tu na myśli czasu, kiedy one są w przedszkolu, a ja ogarniam bloga, sprzątanie, pranie czy olej do auta, a Tomek zabiera się po powrocie za koszenie trawy, albo malowanie ścian. Moją przyjemnością jest film wieczorem, albo mecz ostatnio. Kubek kakao, albo lampka wina. Długa kąpiel z pianą, albo randka z mężem. I uwierz mi na słowo – zawsze wybiorę to zamiast wieczornego sprzątania czy prania. Ładuję swoje baterie zawsze, kiedy mam okazję. Uczę się odpoczywać. Wakacje są dla mnie podstawą, a Tomek śmieje się, że jestem bujającą w obłokach księżniczką. Może i jestem księżniczką, ale gdy czuję, że w mojej rodzinie zaczyna coś rdzewieć, że się nie dogadujemy i na siebie warczymy, to wtedy zarządzam wakacje i nie ma zmiłuj. To jest nasza nagroda za to, że nie jesteśmy wciąż razem. Moje dzieci są wagarowiczami, bo często robimy im dzień wolny, kiedy Tomek wraca. Może i nie robię kariery, mój dom nie będzie wykończony jeszcze przez długie lata, a mój ogród składa się głównie z perzu, ale mam coś bezcennego – wspólne wakacje tak często jak tylko się da, budujące piękne wspomnienia, mniejsze i większe wyprawy, nasz czas i dobrze funkcjonującą rodzinę, którą obserwuję, na której potrzeby reaguję i która jest dla mnie ważniejsza niż wykończone piętro domu. Zawsze będzie coś do zrobienia, do posprzątania, do załatwienia. Takie jest życie. Skoro jednak moje życie lekko odbiega od normy to szukam balansu własnie w ten sposób.

A co z takim zwykłym czasem domowym, kiedy jednak te wakacje dopiero za miesiąc lub dwa, kiedy zostaję sama z maluchami i praktykuję tak zwaną codzienność. Co wtedy pomaga mi dobrze i w miarę sprawnie funkcjonować?

– RYTM DNIA. To jest absolutna podstawa. Wypracowałam go tak fest dopiero, kiedy się przeprowadziliśmy tutaj, a ja nie miałam do pomocy nikogo. Wiedziałam, że albo się ogarnę, albo leżę i kwiczę 🙂 dosłownie! Funkcjonuję inaczej, kiedy Tomek jest w domu i inaczej, kiedy go nie ma. Jak zapewne się domyślasz, kiedy go nie ma ja zamieniam się w Matkę Polkę Ogarniacza Pierwszej Ligi. Codziennie wstajemy o tej samej godzinie, poranki są prawie identyczne. Moje dzieci wiedzą, o której godzinie wychodzimy. Nawet 3 letni Marcin wie, że jak długa wskazówka jest na 8, to wtedy szukamy swoich crocksów 🙂 Poranki to żelazna dyscyplina. Każda minuta jest cenna, a spóźnianie się to siara i koledzy się śmieją więc, że tak powiem wszystkim zależy. Dzieciaki lubią przewidywalność. Dla mnie najważniejszymi punktami dnia są poranki, obiad po przedszkolu i wieczory. To trzy newralgiczne pory dnia, a ja robię absolutnie wszystko, by mieć ogarnięte to minimum. Jak zdążę do przedszkola przed czasem, mam zupę po południu i wykąpane dzieciaki przed 21 to mogę wszystko 🙂

– PLANUJĘ. Planuję obiad, kolację i śniadanie dnia następnego. To logistyka. Coś czego się nauczyłam i do czego się przyzwyczaiłam.  Zawsze mam w domu mleko, jajka i mąkę, z których mogę usmażyć naleśniki. Co drugi dzień kupuję w piekarni chałkę, którą dzieciaki pałaszują z miodem. W zamrażarce piersi z kurczaka albo filety ulubionej ryby, czasem machnę 200 kopytek, które zamrażam. Do tego zapas kabanosów, orzechów, suszonych moreli, albo borówek, które wsypuję do małych miseczek i wieczorny spokój, po obiedzie mam zapewniony 🙂 Kiedy wsiadam z maluchami do auta głośno i wyraźnie powtarzam jaki jest plan na resztę dnia. Po przyjeżdzie do domu myjemy ręce, jemy obiad, a później jedziemy tu i tu – czy wszyscy zrozumieli? Mniej więcej tak to wygląda 🙂 Planuję nam czas kiedy tata przyjeżdża. Planuję wspólne wyjścia, wakacje, wizyty u kolegów, swojego fryzjera i przegląd auta. Planuję nam randki i czas, które każdy z nas może spędzić tylko ze sobą. Notes jest moim przyjacielem, wciąż coś zapisuję. Ogarniam to wszystko jak małą firmę, bo wtedy biorę z tego mojego życia ile się da. Ostatnio na przykład na wielkiej osi czasu rozrysowałam cały lipiec, zaprosiłam moich synów na taras i wyjaśniłam im co i kiedy będziemy robić. Dzięki temu wiedzą kiedy jedziemy do babci, kiedy zaczynają wolne w przedszkolu, a kiedy upragnione plażowanie w Barcelonie. Trzymam się planu dotąd, aż nie puszczę, bo czasami puszczam, a wtedy…

– WRZUCAM NA LUZ. Jeśli plan zawiedzie – spokojnie to tylko awaria. Dla mnie priorytetem jest zdrowie. Również to psychiczne. Jeśli więc czuję, że za dużo na siebie bierzemy – wrzucam na luz. Zamiast wyszukiwania niewiadomo jakich atrakcji dla dzieciaków – pozwalam im na oglądanie bajek. Jeśli nie mam siły, ani chęci gotować obiadu jedziemy na frytki, albo na zupę do baru mlecznego. Nie robię tragedii jeśli coś nam się nie udaje, jeśli w domu jest bałagan, albo któreś małe się rozchoruje. Plan to tylko ramy, które nas trzymają w ryzach zazwyczaj, ale jeśli się sypnie to stworzymy nowy. Na spokojnie. Najważniejsze to ogarnać podstawy. Patrz punkt wyżej.

– KORZYSTAM Z KAŻDEJ POMOCY. Weekend u dziadków – proszę bardzo. Wsiadam w auto i jadę 200 kilometrów do Lublina, by móc skorzystać z pomocy rodziców. Sąsiad dzwoni i zaprasza chłopaków do swoich synów – za 5 minut będą. Odwdzięczę się jak będę razem z mężem. Wspomniana garmażerka i bar mleczny ratuje mi tyłek, kiedy kompletnie nie mam siły gotować. Spotkanie z koleżanką w kawiarni dla mam z dziećmi – jak najbardziej. Jeśli trzeba będzie dopłacić za animatorkę – zrobię to. Gdyby byli mniejsi, a nie miałabym dziadków wzięłabym nianię. Skoro mąż pracuje za granicą to jest duża szansa, że pieniądze na taką się znajdą. Tak samo jak powinny znaleźć się na panią do sprzątania, kiedy ty masz na przykład swoją pracę. Nie zarzynam się. Nie pozwalam sobie na to. Korzystam ile mogę z pomocy innych i jestem im za to ogromnie wdzięczna. To cenne potrafić dać sobie pomóc. Najgorzej, kiedy wszystko chcesz zrobić sama. Z tego nigdy nie wyniknie nic dobrego, tylko frustracja i wzajemne pretensje.

– UCZĘ MOJE DZIECI SAMODZIELNOŚCI. Każdy z moich synów sprząta po sobie ze stołu, sam się rano ubiera, sam bierze sobie butelkę z wodą i sam korzysta z toalety. Pomagają mi w drobnych zakupach, zdarza im się odkurzyć. Każego dnia potrafią więcej, a ja nie robię wszystkiego za nich. Wiem, że to zaprocentuje w przyszłości. Jestem też konsekwentna. Jeśli mówię „nie”, to trzymam się tego cały czas. Jeśli coś obiecałam, to tej obietnicy dotrzymuję. Moi synowie się mnie słuchają. Nie są krnąbrni. Wiedzą, kiedy mama ma takie spojrzenie, które mrozi szklanki. Wiedzą, że jestem kobietą, której trzeba pomóc nieść siaty ze sklepu i dać się w spokoju wykąpać. Tak są wychowywani od początku.

– MUSZĘ MIEĆ DOBRE ZAPLECZE. Mam na myśli porządny, naładowany smartfon z internetem. To pomaga mi, kiedy trzeba znaleźć na szybko lekarza albo pomoc drogową. Prawo jazdy i sprawny, zatankowany samochód to dla mnie podstawa. Bez tego nie wyobrażam sobie funkcjonowania z dziećmi na wsi, kiedy Tomka nie ma. Do tego pieniądze na koncie i numery telefonów do fachowców, którzy mogą przyjechać, kiedy coś się zepsuje (a wiadomo, że się zepsuje, kiedy męża nie ma). Jeśli moje dziecko nagle dostaje wysokiej gorączki nie stoję w kolejkach u pediatry w przychodni tylko jadę do luxmedu. Bez wyrzutów sumienia. Organizujemy to swoje życie, by nas nie wiadomo jak nie zaskakiwało i nie dawało zbyt wielu powodów do narzekania.

A co z małżeństwem? Czy moje jest udane? Czy nie boję się, że Tomek mnie zdradzi z którąś z tych obłędnie pięknych blond Skandynawek?

No cóż. Zdradzić to można również z kimś z sąsiedniej wsi. Chodzi raczej o pewne zasady w życiu. Zawsze mnie to pytanie bawiło, bo pamiętam, że wielkie awantury zdarzały nam się lokalnie. Na przykład w jakimś klubie, kiedy w jedno z nas wstąpił potwór zazdrosny, bo on tańczy z nią, a ona tańczy ze mną – komedia 🙂
Prawda jest taka, że nas te jego wyjazdy umacniają. Kiedy zaczynam tęsknić – on przyjeżdża. Kiedy kłótnia wisi w powietrzu – on musi wracać do pracy. Dlatego rzadko się kłócimy. Wprowadziłam w swoje życie wszystkie te punkty, o których napisałam Ci wyżej i nie jestem już sfrustrowaną babą czekającą z dzieckiem na ręku w drzwiach, w dniu jego powrotu. Szanujemy się wzajemnie. Szanujemy to, że obydwoje jesteśmy zmęczeni. Ja dziećmi, on pracą i zamiast się licytować szukamy kompromisu. Jeden dzień ja śpię do oporu, drugi dzień on. Nie pozwalam ani ja, ani on, żeby wszystko było na głowie jednej osoby. To nasz wspólny dom, wspólne dzieci i wspólna rodzina. Jesteśmy naprawdę w częstym kontakcie. Trudno dziś nie być, w dobie internetu. Wysyłamy setki wiadomości dziennie, a najczęściej są to pytania „Jak się masz, jak się czujesz?”. Jak małolaty cieszymy się na wyjazdy we dwoje i jeśli tylko jest taka okazja to jesteśmy pierwsi w kolejce, bo wiemy jak zbawienny ma to wpływ na nasze małżeństwo. Poza tym powroty są zawsze okraszone odpowiednimi emocjami, których na próżno szukać w codziennym, etatowym życiu. To są zawsze emocje, tęsknota, radość i duża namiętność. To co według mnie jest szalenie istotne w dobrym związku na odległość to dbanie o pielęgnowanie swojej własnej przestrzeni, na którą składają się pasje, znajomi, samotne wyjazdy itd. Raz na jakiś czas każde z nas robi coś tylko dla siebie. Tomek jedzie na deskę, ja na przykład do przyjaciółki na kilka dni. To też zmniejsza frustracje i wzajemne pretensje.

A teraz przeczytaj historie innych dziewczyn. Każda z nich jest lub była słomianą wdową. Każda z nich ma zupełnie inne na to spojrzenie. Dla mnie te wypowiedzi były bardzo cenne i dały mi wiele wskazówek.

Paulina, lat 26, mama 3,5 letniej Leny
„Mój partner zanim się poznaliśmy wyjeżdżał za granicę. Kiedy się spotkaliśmy i dowiedziałam się , że wyjeżdza myślałam, że złapałam Pana Boga za nogi i , że w sumie fajnie, że tam ma pracę bo u nas w Polsce realia były mało zadowalające. Po 2 latach znajomości urodziła nam się córka. Przez całą ciążę również był za granicą, nie licząc dwóch przyjazdów. Potem przez 2 miesiące po urodzeniu córeczki był w Polsce. Następnie wyjechał za granicę. Szczerze? Moja wyobrażona kraina mlekiem i miodem płynąca zmieniła się diametralnie. Pierwsze dziecko, noce nieprzespane, kolki itp. Byłam z tym sama. Czułam się strasznie, wsparcie na odległość to jest co innego niż obecność na miejscu. Mam wrażenie, że przez to, że nie było go przy tych ciężkich momentach , nie wie jak ciężkie jest wychowanie dziecka i jak dużo wymaga siły. Przez 3 lata nie było go przez 2 miesiące w domu, był na 2 tygodnie i znowu 2 miesiące go nie było. Uważam też, że Lena jest bardziej przywiązana do mnie. Nie chciałam wyjeżdzać za granicę, bo dla mnie rodzina ma dużą wartość i nie wyobrażam sobie wyjechać w nieznane bez pracy i zapewnionego mieszkania itp. Teraz chłopak jest od pół roku na miejscu, żyjemy skromniej ale jesteśmy razem. Co nie zmienia faktu , że nikt nigdy nie odda jemu straconych lat.”

Natalia 30 lat, córka Laura 3 latka.
„Z mężem znamy się od 10 lat, od 3 lat jesteśmy małżeństwem. Odkąd pamiętam ,zawsze był kierowcą, od zawsze w trasie, poza domem. Nie tęsknię za wspólną codziennością, bo takiej nie pamiętam…nie znam… Zawsze przyjazdy do domu były i są w biegu, załatwianie spraw urzędowych i innych. Mało czasu zostaje na przyjemności ale czerpiemy wtedy 200 %. Doceniamy więcej i bardziej od osób ,które są ze sobą na co dzień. Od 2 lat mąż pracuje na stałe za granicą, latamy w jedną i w drugą stronę. Na stałe ,aby się przeprowadzić nie chcę z córką-tu mamy życie, które znamy, przyjaciół, rodzinę, dom, naszą małą oazę. Dlaczego On nie wróci?-wiemy jak wygląda praca w Polsce, my żyjemy na podobnym poziomie jak inni, nie ma luksusów ale nam przychodzi to łatwiej. Nie żyjemy od wypłaty do wypłaty, jesteśmy w stanie coś odłożyć i zadbać o przyszłość dzieci. Nasze relacje są bardzo dobre, codziennie rozmawiamy ,piszemy przez wszystkie możliwe środki Tęsknimy bardzo za bliskością, przytuleniem, za ciepłem, tego nie można przekazać przez telefon czy komputer. Ufamy sobie, nie kłócimy się, wynika to chyba z naszych charakterów. Każde nasze spotkanie to wielka radość i szykuje się jak na pierwszą randkę Nie ma nudy, przyzwyczajenia …. Są nadal motylki w brzuchu…”.

Beata
mój mąż wyjechał za granicę na chwilę żeby zarobić na dom który zaczęliśmy budować. Ta chwila trwa 8 lat i obecnie moje małżeństwo przechodzi poważny kryzys. Jak wyglądało nasze życie… 4 tyg męża nie było w domu przyjeżdżał na 2 tyg, które traktował jak urlop czyli musiał odpocząć po „ciężkiej pracy” do tego miał tyle zaległych spraw do załatwienia, że dla nas niewiele miał czasu, a na pomoc to już w ogóle. Odległość brak pomocy wsparcia bliskość i tej zwykłej „szarej codzienności” razem oddala ludzi od siebie. Pytasz o plusy hmmm ja nie widzę żadnych za to minusów pełno. Jak sobie radzę…. myślę że całkiem nieźle, ale jest ciężko czasami nawet bardzo. Dom praca zajęcia dodatkowe córki i wszystko na jednej głowie czasami jest bardzo męczące, gdzieś w tym wszystkim zgubiłam samą siebie, bo już na siebie nie starcza czasu i to jest najbardziej przykre. W moim małżeństwie nie ma już żadnego uczucia wszystko się wypaliło bo o uczucie trzeba dbać i ciągle podgrzewać, a na odległość poprostu sie nie da. Mam kilka koleżanek które są w podobnej sytuacji i niestety historie są podobne. Przestrzegaj inne dziewczyny które stoją przed taką decyzją związki na odległość nie maja szans.

Marta, mama 2-letniej Neli
„O wyjazdach męża czesto dowiaduję się z dnia na dzień. Raz są to 1-2, a raz 5- dniowe i więcej delegacje. Na początku było mi ciężko. Bardzo tęskniłam i najnormalniej w świecie było mi przykro. Musiałam sama sobie poradzić, ogarnąć rzeczywistość z niespełna półrocznym maluchem. Jednak im wiecej wyjazdów tym ja (i on zresztą też) lepiej to znoszę. Jestem bardziej zorganizowana, wiele spraw mam rozplanowanych. Nauczyliśmy się z tym żyć, musieliśmy, bo mój mąż bardzo lubi swoją pracę i narazie nie myśli o jej zmianie. Takie życie w rozjazdach. Ma swoje plusy i minusy. Tęsknimy za sobą, widujemy się rzadziej niż większość par, które znamy, poza tęsknotą do siebie doszła jeszcze tęsknota córki do taty. Nelka jest już coraz bardziej kumata, wiele rzeczy zaczyna rozumieć i odczuwa nieobecność taty. Wynieślismy jednak z tej sytuacji jedną, ważną rzecz. Doceniamy czas jaki spędzamy razem, wykorzystujemy go na 100%
Paulina, mama 6 letniej córki

„Nasza historia zaczęła się dość wcześnie. Obydwoje dopiero wchodziliśmy w dorosłe życie, obydwoje mieliśmy po 19 lat. Mieliśmy plany i marzenia. Stało się jednak tak, że zaszłam w ciążę i nasze „plany i marzenia” musiały zejść na dalszy tor i ustąpić miejsca rodzinie, którą postanowiliśmy założyć. Arek wyjechał dwa miesiące przed narodzinami Julii i to miał być tylko ten jeden wyjazd. Dostał jednak szansę stałej pracy i razem podjęliśmy decyzje, że tak będzie lepiej, że damy radę i to przetrwamy. Dziś ani trochę nie żałuję tej decyzji. Gdy patrzę na to co mamy, jakie życie wiedziemy jestem z nas bardzo dumna. Rozłąka nie jest czymś przyjemnym, ale gdy obie strony wspierają się nawzajem to uwierzcie mi, że jest łatwiej. Są słabe dni, szczególnie kiedy zbliża się dzień wyjazdu. Za każdym razem płaczę jakby to był pierwszy raz, za każdym razem wyklinam to życie, dopóki nie przypomnę sobie tego co mamy i co możemy mieć. Staramy się spędzać ze sobą każde możliwe wolne w roku. Albo mąż przylatuje do nas albo my lecimy do niego, a ostatnie dwa lata spędziliśmy właśnie w Norwegii, w miejscu z którego większość żon wyjechała po dwóch tygodniach bo było zimno i szaro 🙂

Obecnie mamy 25 lat i 6 letnią córkę. Staramy się o kolejne dziecko i planujemy dalszą przyszłość, albo tu, albo w Norwegii, albo gdziekolwiek, razem. Ale aby do tego doszło musimy przetrwać ten obecny stan. Mówi się, że pieniądze nie są najważniejsze, ale są ważne nie oszukujmy się. Bez tego życie może być jeszcze gorszę niż to które obecnie mamy. Śpimy spokojnie bez obaw o jutro, mamy szanse spełniać marzenia nasze i naszej córki. Mamy własne mieszkanie, a niebawem planujemy wybudować swój własny dom, oprócz tego odkładamy na to, aby móc być razem, obydwoje ciężko pracujemy na to, aby to życie było godne. Jesteśmy zgraną drużną, która potrafi przetrwać bardzo dużo. Ufamy sobie i wiemy, że nic nie jest w stanie tego zniszczyć, żaden człowiek i żadna odległość. Bardzo dużo pomaga nam wsparcie rodziców, zarówno jego jak i moich. Tutaj śmiało mogę powiedzieć, że teściową mam najwspanialszą na świecie, co również ma duży wpływ na to nasze życie na odległość. Parę razy myśleliśmy o tym aby przeprowadzić się na stałe do Norwegii, ale oboje chyba nie jesteśmy jeszcze na to gotowi, co prawda od niedawna ten pomysł znów wrócił na piedestał, ale to tylko takie snucie nic poważnego na razie.”

Grażyna (31), dzieci Michalina (5) i Nina (3)
„Decyzja o wyjeździe była bardzo trudna i zdecydowały wyłącznie względy ekonomiczne. Traktujemy to jako etap przejściowy, zbieranie kapitału na własną firmę. Zgodnie z przewidywaniami najbardziej cierpią dzieci, niby jest OK, ale tęsknią bardzo. Dla mnie to ogromne wyzwanie organizacyjno-logistyczne: Przedszkole, Żłobek, Klub sportowy (starsza córka trenuje 4 razy w tygodniu łyżwiarstwo figurowe), Własna firma. Bywa, że jestem tak zmęczona, ze idę spac z dzieciakami o 21. Wypad do kina trzeba zaplanować dużo wcześniej, zorganizować opiekę itp. Tęsknie i ja. Za przytulaniem, seksem, wieczorną herbatą, a nawet kłótniami. Za bliskością w ogóle. Nie dałabym rady, gdyby nie świadomość, że to jeszcze tylko do końca roku. Przeprowadzić mogłabym się tylko, gdyby w grę wchodził jakiś śródziemnomorski kraj i dom przy plaży (mąż pracuje w Monachium).  Sama pracowałam i mieszkałam za granicą. Tam zawsze jest się obcym, obywatelem drugiej kategorii. Możesz świetnie znać język, ale i tak nie jesteś u siebie. Poza tym kocham swój kraj i nie chciałabym się z niego wyprowadzać. Ale kto wie? Ale są tez plusy. Oczywiste – więcej pieniędzy w budżecie domowym. Mniej oczywiste – mniej sprzątania, gotowania. To trochę taki kawalerski stan – robisz co chcesz.

PS mój mąż pracuje codziennie 9-20 plus soboty. Gdybyśmy się teraz do niego przeprowadzili to i tak czułabym sie słomianą wdową.”

Agnieszka, mama 8-letniego chłopca
Jestem tak pół słomianą wdową gdyż mój mąż często wyjeżdża ale na szczęście tylko po Polsce, ale trwa to już prawie 11 lat. Mam synka 8 letniego. Początki kiedy mąż wyjeżdżał były ciężkie, ale jakoś musieliśmy dać radę, staraliśmy się często rozmawiać i pisać smsy, oczywiście w miarę możliwości. Ciężko się było przyzwyczaić do samotnych wieczorów do tego, że nie było się do kogo przytulić wygadać, wiadomo, że przez telefon to nie to samo, czasem też brakowało tego, żeby kogoś opierniczyć. Na szczęście nie byłam sama, miałam obok rodzinę i przyjaciół. A po pewnym czasie pojawił się nasz kochany syn. Nie powiem, że było łatwo, nieprzespane noce, większość obowiązków na mojej głowie. Na szczęście mąż jak wracał starał się mi pomagać. Staraliśmy się spędzać ze sobą jak najwięcej czasu, lecz niestety nie było i nie jest to łatwe. Był moment, że czuliśmy, że coś się wali, że nie jest tak jak powinno być, był moment, że myśleliśmy, że to koniec małżeństwa, częstsze kłótnie pretensje, ciche dni, chyba więcej z mojej strony bo brakowało mi Go i nie radziłam sobie sama. Na szczęście w porę się ocknęliśmy i zaczęliśmy ze sobą rozmawiać i co najważniejsze zaczęliśmy cieszyć się z każdej chwili spędzonej razem, nawet 5 minut, każda sekunda razem się liczy. Nadal nie jest łatwo, często zaciskamy zęby, ale wierzę w to, że jeśli się naprawdę kochamy to nam się uda przetrwać razem. Fakt wolałabym, żeby był cały czas na miejscu, no ale widać musi być tak jak jest.

Hania, ma 6-letniego synka
Mam to szczęście, w nieszczęściu, że jestem słomianą wdową 14 dni w miesiącu. Zdarzyło mi się być nią dłużej, i myślę, że te dwa tygodnie to taki optymalny czas, który może wytrzymać osobno każda kochająca się rodzina. Jeżeli pytasz mnie o minusy, to zawsze, ale to absolutnie zawsze będzie to tęsknota i rozłąka z ukochanym. I przez kilka lat, takiego układu muszę stwierdzić, że to jedyny minus. Przez te lata bycia słomianą wdowa, nauczyłam się bowiem więcej, niż bym sama siebie podejrzewała. Głównie dzięki mężowi, który przez telefon potrafi poinstruować lepiej niż Youtubowe tutoriale  Co za tym idzie, dzisiaj nie straszna mi żadna awaria, zepsuta zmywarka, czy hydrofor. Moje koleżanki łapią się za głowę, a ja przeszłam nad tym do porządku dziennego. Kiedy on jest w domu, nie muszę martwić sie o nic, kiedy wyjeżdża, wiem, że liczyć mogę tylko na siebie, więc szybko ocieram łzy wkurwu, kiedy znowu coś się zepsuje, akurat wtedy kiedy jego nie ma i działam. A później nieskromnie powiem, że kurcze, jestem dumna z samej siebie. Że daję radę. To jest inne życie. Dwa razy w miesiącu, przestawiamy się na dwa różne tryby życia. Kiedy jego nie ma, wszystko organizuje sobie sama, wszystko jest tak jak sobie zaplanuję. Kiedy on wraca, nie ma planu, wszystko jest spontaniczne, bez grafiku i wcześniejszych ustaleń. Wstajemy rano i wymyślamy, ze dzisiaj pojedziemy na wycieczkę kilkaset kilometrów dalej. Wsiadamy w samochód i jedziemy. Ale to jest kolejny plus. Przez dwa tygodnie jego nieobecności, on pracuje tyle co inni przez miesiąc, półtora. Ja też w tym czasie, staram się ogarnąć jak najwięcej zleceń , żeby po jego powrocie, móc tylko cieszyć się sobą. Te dwa, trzy tygodnie po powrocie mamy tylko dla siebie, jesteśmy niezależni i nic nas nie ogranicza. Możemy pojechać na wakacje w dowolnej porze roku, większość ludzi odlicza czas do lata, żeby dostać urlop. U nas nie ma tego problemu. Są momenty, kiedy jest ciężko, kiedy jest mi smutno i nie mam się do kogo przytulić, ale kiedy on wraca po dwóch tygodniach rozłąki, mam motyle w brzuchu. Stroję się jak na pierwszą randkę, godziny dłużą się niemiłosiernie, a my cieszymy się sobą, za każdym razem jak małolaty. To niesamowite uczucie. Czy zamieniłabym jego pracę rotacyjną poza domem, na etat ? Absolutnie nie! Zwyczajnie oboje sobie tego nie wyobrażamy, żeby któreś z nas pracowało na etacie. Bardzo, ale to bardzo doceniamy ten czas po jego powrocie, kiedy przez dwa, trzy tygodnie możemy być ze sobą 24h na dobę, chłonąc siebie intensywniej i cieszyć się sobą na zapas-chociaż to akurat niemożliwe

Magda, mama 3 – letniego Ivo i półrocznego Ivo
„Byłabym bezczelnie obłudna pisząc, że już przyzwyczaiłam się do naszej rozłąki i nie robi ona na mnie większego wrażenia. Myślę, że za czasów bezdzietnych było nam zdecydowanie łatwiej ogarnąć sprawę. Od kiedy nasi chłopcy są z nami, to coraz częściej widzę same minusy tej sytuacji. To dzieciaki przeżywają te rozłąki najbardziej. Jeszcze są za mali, aby rozkminić temat i poukładać go sobie w głowie. To wpatrywanie się w niebo i szukanie samolotów, oraz pytania w stylu „Mama, a to tata leci?” zaczynają mi ciążyć coraz bardziej, dlatego myślimy nad zmianą tej sytuacji.
Rozłąki są ciężkie również dla mnie. Ogarnąć cały ten majdan w pojedynkę nie jest łatwo. Mimo że mam pomoc z zewnątrz to i tak większość jest na mojej głowie. Nie będę jednak narzekać. Nauczyłam się radzić sobie ze wszystkim na swój sposób i dbam o to, aby zwiększać swoją efektywność, poprawić organizację i mieć odrobinę czasu dla siebie. Zakupy spożywcze? Głównie online. Czas tylko dla mnie? Gwarantowane dwa spotkania w tygodniu na siłowni, na których się resetuję. Mam dosyć dwójki na raz? Ustawiłam się z sąsiadem, który porywa mi starszaka na spacer jak już mam lekki kryzys 😉
Minusów bycia słomianą wdową jest wiele. Plusy? Niech pomyślę… Głównie finansowe. Można też zatęsknić za partnerem. Odświeżyć relację. Mieć czas na rozkminy i poprawę swojego zachowania, podejścia do związki. „

Związek na odległość i praca męza za granicą to jak widzisz temat rzeka. Każdy przeżywa swoje emocje, ma podobne tylko sobie pokłady siły, cierpliwości i samodyscypliny. Jedna z nas będzie funkcjonowała jak maszynka, bo tylko to sprawia, że daje radę. Druga więcej odpuści, bo inaczej nie potrafi. Niektóre historie nie mają happy – endu i to zawsze smuci. Mnie się udało. Udało mi się pogodzić nasze życie razem i osobno, choć zawsze wspólne. Udało mi się utrzymać doskonałę relacje dzieci z tatą, nasze małżeńskie i udało mi się pogodzić z samą sobą. Kocham swoje życie, celebruję czas, kiedy jesteśmy razem. Nam Święta wypadają dwa razy w miesiącu i każde trwają tydzień 🙂 DOceniam też swój czas, kiedy męża nie ma. To jak wspomniała jedna z dziewczyn taki kawalerski stan. Kiedy możesz jeść lody z kubełka i oglądać seriale na przykład. Kiedy masz czas tylko dla siebie, dla swoich pasji i projektów. Ja już się do tego przyzwyczaiłam. Moje życie podoba mi się w takiej formie i doprawdy nie wiem czy jest sens, abym wciąż rozmyślała nad tym czy potrzebujemy wielkich zmian. Doceniamy całą czwórką proste przyjemności takie jak te na zdjęciach poniżej.

Uściski
Basia

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 rodzinka

Hej! Podoba Ci się ten tekst? Podziel się nim z innymi i kliknij, w któryś z tych dwóch niebieskich guzików :).

Może Ci się również podobać

16 Komentarze

  • Odpowiedz Home on the Hill Czerwiec 28, 2016 at 1:25 pm

    Nigdy w takiej sytuacji nie byłam, więc ciężko mi się wypowiadać. Ale ja chciałam o czymś innym… Trafiłam tu dzisiaj dzięki swoim czytelnikom, których poprosiłam o polecenia jakiś fajnych blogów. I zachłysnęłam się. Zachłysnęłam się zachłannie, całkowicie. Jak Ty genialnie piszesz Kobieto! Nie wiem jakim cudem wcześniej nie trafiłam w to miejsce, ale jestem zachwycona. Twój blog jest wyjątkowy i mam wrażenie, że podobnie nam „w duszy gra”. Pozdrawiam najserdeczniej 🙂

  • Odpowiedz Renia Czerwiec 28, 2016 at 1:31 pm

    Przeczytałam. Długi i bardzo ciekawy wpis. Super układ z tym 7 na 7. Chyba najlepszy. Szczesciara z Ciebie. Pozdrawiam 🙂

  • Odpowiedz Sylwia Czerwiec 28, 2016 at 8:04 pm

    Co za wspaniały tekst na zakończenie dnia. Aż zupełnie inaczej patrzy się na swoich bliskich! Dzięki Basiu za inspirację, cała jesteś moją inspiracją. Wszystkiego dobrego dla Waszej cudownej Rodziny.

  • Odpowiedz Ana Czerwiec 28, 2016 at 9:47 pm

    Jak zwykle super napisane, pochłaniam Cię kobieto!:) Mój mąż co prawda pracuje w PL, ale ma pracę zmianową i jak jest w pracy cały tydzień do godz.22 to ciężko mi się ogarnąć z dwójką synów,domem itp. Ale tak jak piszesz- dobra organizacja i do przodu!

  • Odpowiedz Iza Czerwiec 28, 2016 at 10:05 pm

    Właściwie to mój mąż mógłby napisać ten komentarz zamiast mnie, bo to on jest słomianym wdowcem. I nie jest mi z tym łatwo.

    Wyjeżdżam dość często – czasem na dwa dni, czasem na tydzień. Zostawiam dom, męża i psa i cierpię, bo się martwię – bo czy będą mieć co jeść, czy zrobi sobie pranie, czy zobaczy, że pasta do zębów sie kończy, czy pamięta że w środę zabierają śmieci, czy zapłaci rachunki… I jak głupia jakaś, jak matka, a nie żona mądrego, odpowiedzialnego, chociaż lekko roztrzepanego i może za bardzo wyluzowanego faceta, organizuje mu życie, kiedy mnie nie będzie – gotuje obiady, zapełniam lodówkę, płacę rachunki i zostawiam listę rzeczy, o których musi pamiętać. A potem i tak dzwonię i piszę. Ostatnio wyluzowałam. Miałam powód – padałam na twarz, bylam na skraju załamania nerwowego, a on na spokojnie dawał sobie ze wszystkim radę, a ja wracałam do wysprzątanego na błysk domu, w którym czekal na mnie zawsze pyszny obiad.
    Tęsknię bardzo, bo nadal nie moge sie przyzwyczaić do spania w wielkim hotelowym łóżku bez Niego, bo brakuje mi domu i wspólnych wieczorów na kanapie, bo najlepiej zacząć dzień od wtulenia sie w męża, kiedy jeszcze śpi. Ale wracam i korzystamy. Chyba, ze akurat mój mąż ma dyżur i nie ma go albo mijamy się w drzwiach i obiecujemy sobie, ze następnym razem to i kolacje zjemy na miescie, i może kino, a na pewno pojedziemy do ogrodnika kupić mi wreszcie jabłonkę. Ale to już inna historia…

  • Odpowiedz Iri Sunshine Czerwiec 29, 2016 at 2:03 am

    Raduje serce, że tak dobrze sobie radzicie, oby tak dalej:)
    I trzymam kciuki za Beatę, aby wszystko jednak się ułożyło…

  • Odpowiedz eboum Czerwiec 29, 2016 at 11:56 am

    Basiu czytajac historie twoich czytelniczek, ktore mogly/nie mogly, baly sie, wahaly, chcialabym napisac jedno – DOM jest tam, gdzie go sobie stworzymy. Wyjeżdżając z ojczystego kraju pozostawiamy za soba rodzine, przyjaciol, wszystkie znane miejsca, ale rowniez dajemy sobie szanse na poznanie nowych ludzi, miejsc, zwyczajow. Najwazniejsze jest nastawienie! Nie ma sensu wyjechac I marudzic, ze w polsce jest « tak », a tu « inaczej », lepiej / gorzej – to zalezy od punktu widzenia. Jak wyjechac to tylko po to aby zbudowac nowe zycie! Wszystko jest mozliwe (wiem to, bo mieszkam we francji od 15lat)!
    A jesli pozostac w rodzinnym kraju to rowniez po to aby zyc calym soba! I nie zapominajmy, ze zycie jest tylko jedno!

    PS Zdjecia waszej calej 4 sa ujmujace.

  • Odpowiedz Kasia Czerwiec 30, 2016 at 7:59 am

    Dobry tekst… Ja gdy na kilka dni zostaję sama z dziećmi czuję się źle, a co dopiero na tygodnie lub miesiące…

    Czapki z głów:)

  • Odpowiedz Marta Czerwiec 30, 2016 at 11:52 am

    Podziwiam. I zazdroszczę, że tak świetnie umiałaś odnaleźć się w takiej sytuacji. Rozumiem, że wymagało to wiele pracy Twojej i Twojego męża. Jestem na początku tej drogi, staram się zaakceptować siebie w roli matki i opiekunki ogniska domowego, żeby nie powiedzieć kury domowej. Mierzi mnie ta łatka. A piszę to dlatego, że jest jeszcze jeden rodzaj rozłąki – rozłąka codzienna. Kiedy ty zostajesz codziennie sama z dzieckiem, on idzie na cały dzień do pracy. A jak wraca, od drzwi marudzi, że jest zmęczony, więc żeby nie prowokować kolejnej kłótni, już nawet nie mówisz jak tobie minął dzień. Bolesny podział ról, po jednej stronie dziecko i dom, po drugiej praca i imprezy.

  • Odpowiedz Monika Czerwiec 30, 2016 at 2:57 pm

    Mało kiedy chce się usiąść i czytać tak długi tekst, bo ciągle gdzieś biegniemy i się spieszymy. Ale jak było miło się zatrzymać i zaczytać. Dziękuję 🙂 Obym kiedyś umiała stworzyć tak fantastyczną rodzinę, jak Ty 🙂 Pozdrawiam serdecznie i życzę dużooo wytrwałości :*

  • Odpowiedz Magda Czerwiec 30, 2016 at 8:07 pm

    hej
    a ja z drugiej strony …. To ja jestem tą wyjeżdżającą od 8 lat. Po Polsce wprawdzie, ale na 3-4 dni w każdym tygodniu. I to MÓJ MĄŻ ogarnia, chłopców (dwóch)….. trening, angielski, szkoła muzyczna, lekcje, dom, zakupy, własna firma i zarabianie również na nasz byt. Ja z hotelu przez telefon odrabiam lekcje zarówno z jednym albo z drugim, sprawdzam wypracowania i odpytuję ze słówek z angielskiego. A potem płaczę w poduszkę i mówię dupa dupa dupa.
    Tęsknię, tęsknię, tęsknię. I Oni tęsknią.
    I wiem że już niedługo….. bo dłużej nie dam rady. W głowie już podjęłam decyzję … teraz tylko czekam na dobry moment.

  • Odpowiedz Mamajagody Czerwiec 30, 2016 at 8:33 pm

    Basia ja sobie te Twoje rady wydrukuje albo na blachę wykuję 😉 Jestem słomiana wdowa w sumie od zawsze, ale od dwóch lat, odkąd wróciliśmy do Polski po 7 latach w Holandii, wyjazdy stały się koszmarnie częste (nawet 80% czasu poza domem). Średnio wyjazdy od 3 do 6 tyg (zwykle daleko- Australia, Malezja, różne platformy wiertnicze, Afryka, Chiny), niestety po powrocie praca z domu, nie ma wolnego( uważam, że tylko taki układ jest do przeżycia, więc Wam zazdroszczę). Babcie w innych miastach. Z jedym dzieckiem, w tym rytmie udało mi się zrobić doktorat- zaliczając mega depresję. Od 3 mies mamy drugie dziecko i właśnie zaliczyłam pierwsze 3 tygodnie sama z dwójką, mam wrażenie, że już nie mam czasu na tęsknotę i narzekanie 😉 Teraz jestem na macierzyńskim i nie wiem jak to ogarnę po powrocie do pracy. Jestem typ perfekcjonistka i zosia samosia, czyli fatalnie na taki styl życia, ciągła frustracja, poczucie, że nie daje rady. Wciąż się uczę tej organizacji, wciąż dorastam by wziąść panią do sprzątania, by wyłuskiwać czas też dla siebie itp. No przeczytam sobie Twoje rady raz jeszcze 😉 PS. Gdy mąż ma wyjazd na 2-3?tyg w ogóle mnie to nie rusza, masakrą są serie 6- tygodniowe z inną strefą czasową. Ściskam!

  • Odpowiedz Izabela Lipiec 4, 2016 at 8:44 pm

    Sama nie wiem czy fakt, że takich kobiet jest więcej poprawia mi humor czy smuci. Ja jestem w jeszcze innej sytuacji, bo jestem słomianą wdową żyjąc na obczyźnie. Zdecydowałam się na wyjazd z Polski, po tym jak na świecie pojawił się pierwszy syn, a my uznaliśmy, że rodzina na odległość, to nie jest rodzina. Mój mąż mógł wracać tylko na weekendy i to też nie każdy. Wtedy ja z 8 miesięcznym synem przeniosłam się do męża. Z dala od rodziny, w obcym środowisku, ale dawaliśmy radę. Na świat przyszedł drugi syn. Dzisiaj kochany, przez 4 lata dał nam, dał mi zdrowo popalić, ale to opowieść na osobną historię. W każdym razie mniej lub bardziej dawaliśmy radę. Ja dawałam coraz mniej. W pewnym momencie mąż zaczął wyjeżdżać służbowo coraz częściej poza Europę, a to oznaczało np. 3 tygodniowe wyjazdy, powrót na dzień lub kilka i ponownie wyjazd. Nawet nie chcę sobie przypominać ile dni w roku mąż łaskawie był w domu. Dlaczego łaskawie? Bo do wyjazdów służbowych dołączał swoją pasję – mecze piłki nożnej w najdziwniejszych zakątkach świata. Im bardziej nietypowo, tym lepiej. Czy jak podam liczbę 30 meczów w roku, to będzie to wymowne? Wytrzymałam 2 lata. Próbowałam rozmawiać, tłumaczyć – słyszałam praca, pasja i przecież nie zabronię. To był okropny czas. Do tej pory nie wyszłam na dobre z depresji. Mój mąż bardzo ograniczył wyjazdy na mecze. Charakter pracy zmienił się niezależnie od niego. Ja tkwię 12 rok, w kraju za którym nie przepadam. Bo szkoła dzieci, bo praca męża. I tylko co jakiś czas firma pyta, czy jesteśmy gotowi przenieść jeszcze dalej. Poza Europę. Jednocześnie nic nie zapewniając, bo polityka firmy jest taka, że nie ma polityki. Rzucają cię do danego kraju i radź sobie sam. Tylko, że ja jestem o 12 lat starsza. Mam 2 dzieci w wieku szkolnym. I nie ja nie jestem gotowa. I wiem, że nigdy nie będę. Ale jednocześnie wiem, że rodzina na odległość to nie jest rodzina. Nie w takim układzie jaki oferuje firma mojego męża. Wasz układ tzn. stosunek dni „razem/osobno” jest chyba jednym z najlepszych o jakim słyszałam, właściwie jawi mi się jako idealny. Idealny, nadal pamiętając, że mówimy o rozłące…

    • Odpowiedz Basia Szmydt Lipiec 4, 2016 at 8:59 pm

      trudna Twoja historia, siły Ci życzę. Pamiętaj, że Ty też jesteś ważna.

  • Odpowiedz Paulina Grudzień 9, 2016 at 9:27 am

    Witaj Basiu!
    Bardzo sie ciesze, że trafiłam na Twój blog, ponieważ daje on porządnego kopa, zwłaszcza ten wpis. Jest mi on nie dlatego bliski bo mój mąż w rozjazdach, tylko dlatego że jestem samotną Mamą i dzięki temu wpisowi dodalaś mi siłę na pokonywanie trudności. Mimo tego że to ja jestem żywicielem rodziny to zrozumiałam że z życia moge czerpać więcej dzięki Twoim radom 🙂 Dziękuję

  • Odpowiedz Sola Styczeń 24, 2017 at 11:47 pm

    Moim zdaniem zbytnio narzekasz nadmiarem obowiązków, moja matka wychowała 6 dzieci, mój ojciec był 3 lata poza granicami pracując. Zdajesz sobie sprawę, iż wiele kobiet pracuje mając dzieci …. Nowy dom a ty narzekasz, a miało to być spełnienie marzeń, jakieś nerwice, wahania nastrojòw, istna karuzela. Twoj facet musi mieć cierpliwość….

  • Napisz odpowiedź