CO ZROBIĆ GDY NIE MAMY ENERGII NA NIC?

Autor: Basia Szmydt

Wszyscy znamy ten stan. Najpierw przychodzi grudzień, przygotowania do świąt, każdy moment zdaje się być podniosły, rozsadza nas energia, kupujemy albo robimy prezenty, gotujemy, jemy, cieszymy się sobą, idziemy na sylwestrową imprezę, a od nowego roku obiecujemy sobie wielkie zmiany. Sam początek roku też ma w sobie magię. Ja lubię sobie wtedy zrobić podsumowanie minionych miesięcy, lubię wyjąć nowy, pachnący zeszyt, coś zapisać, coś postanowić, coś sobie i światu obiecać.

A później, zazwyczaj choć przecież nie zawsze, przychodzi taki moment, kiedy ze smutkiem odkrywamy, że z tych naszych planów, by zmienić siebie i być może swoje nawyki póki co nici, a my nie mamy energii dosłownie na nic.

I tak bardzo, bardzo trudno w dzisiejszych czasach hołdujących temu by być wiecznie zajętym, przyznać się, że nam się chce, że nie znamy odpowiedzi,
że z czegoś rezygnujemy, bo nie mamy siły ani mocy przerobowych.

Trudno jest, tak mi się wydaje, wieść zupełnie zwyczajne życie właśnie wtedy, kiedy najbardziej nam się nie chce zdobywać świata.

A prawda jest taka, że żeby nam się dobrze i miło żyło, żebyśmy mieli siłę na to, by realizować nowe projekty i mierzyć się z codziennością potrzebujemy ENERGII. I o ile doskonale wiemy jak się tej energii pozbywać (skrupulatnie uzupełniając nasze listy zadań do wykonania i wyszukując sobie coraz nowsze stresujące rzeczy), to kompletnie nie wiemy jak się nią ładować. Wydaje nam się, że sprawę załatwią szybkie zakupy i poprawa nastroju nową sukienką albo fakt, że zbierzemy się do kupy i pójdziemy na trening, na kurs nowego języka i zapiszemy się do wyzwania „52 książki w rok”. No nie. To tak nie działa. To nas ładuje, ale tylko na chwilę. Prawdziwe źródło energii jest w nas samych – uwierz mi na słowo 🙂

Mój terapeuta, z którym umawiałam się na cotygodniowe sesje zwykł mawiać, że w całym naszym życiu chodzi właśnie o tę energię. Od tego ile jej w sobie mamy zależy to jak się komunikujemy z innymi, w jaki sposób na siebie patrzymy, jaki mamy nastrój, pomysły, jakimi jesteśmy rodzicami dla swoich dzieci, przyjaciółmi, małżonkami, jak reagujemy na różne problemy dnia codziennego, jak myślimy. Od niej w zasadzie zależy wszystko.

Tylko pomyśl. Kiedy czujesz się tak wyczerpana wszystkim: pogodą, krótkim dniem, zimnem, słabym jedzeniem, problemami w pracy, zaległościami w szkole dzieci, natłokiem zadań, które czasem ci się przytrafiają, a czasem sama sobie dokładasz – jak się wtedy czujesz? W jaki sposób odzywasz się do innych? Na jakie rzeczy masz wtedy ochotę? Co cię stresuje? Jakie decyzje podejmujesz?

No właśnie. Jest raczej kiepsko. Wszystko widzisz w czarnych barwach, najmniejsza pierdoła potrafi urosnąć w krótkim czasie do wielkiego problemu, warczysz na każdego, kto znajdzie się w zasięgu twojego wzroku, jesteś zestresowana i wkurzona, że nic nie robisz z własnym życiem. Wszyscy są jacyś, a ty najchętniej zrobiłabyś sobie domek z koców i schowała się w nim na miesiąc (co wcale według mnie nie jest takim złym pomysłem). To się nazywa moja droga wyeksploatowanie się totalnie z energii. Doprowadzenie się do takiego stanu, że ból karku to tylko wierzchołek góry. Też tak czasem mam. I dziś powiem ci co robię, kiedy taki stan mnie dopada.

ODPUSZCZAM

Ja wiem, że łatwo powiedzieć. Wiem, że każdy z nas ma inne obowiązki, inaczej wygląda nasz dzień. Jest jednak coś co nas wszystkich łączy – pory roku i sezonowość. I nie ma takiej siły byśmy mieli w sobie tyle samo energii w styczniu, kiedy słońca i witaminy D mamy tyle co kot napłakał i w czerwcu, kiedy moglibyśmy nie wracać do domu ze spaceru i żywić się tylko truskawkami. Po prostu dopasujmy się do tego i zaakceptujmy to.
Ja odpuszczam, głównie sobie. Nie robię niekończących się list z zadaniami, nie dołączam do nowych wyzwań, przestaję się nieustannie krytykować i deprecjonować swoją codzienną pracę. Odpoczywam więcej niż zazwyczaj i daję sobie na to przyzwolenie. Robię to, co najważniejsze, co nie może poczekać. Przy całej reszcie po prostu zwalniam.
Gdy wyjrzysz za okno dostrzeżesz, że przyroda też teraz zwalnia. Czemu my mielibyśmy zachowywać się inaczej?
Szanuj swoje moce przerobowe – przydadzą ci się za kilka tygodni. Wiosna przecież i tak nadejdzie.

UPRASZCZAM

Och jakże to się teraz mi właśnie przydaje! To nie szukanie w dupie raków, jak to mawiała moja babcia Tereska. Upraszczanie to klucz do sukcesu. Bo kiedy pokochasz proste rzeczy i prostą codzienność to odkryjesz ogrom przyjemności w zwykłym czytaniu książki przy kubku herbaty, w graniu w planszówkę ze znajomymi, w zwykłym krupniku, zwykłym spacerze, zwykłej rozmowie o małych rzeczach, zwykłym „dzień dobry” i „dobranoc”. Bez dopisywania do tego żadnej ideologii. Po prostu #hasztagzycie.

CZYTAM

Nie ma chyba lepszej pory na czytanie książek niż nudne, leniwe styczniowe i lutowe wieczory? Wydaje mi się, że to właśnie teraz mnie czyta się najlepiej. Zwłaszcza wszystkie te skandynawskie kryminały. W każdy piątek chodzimy z moimi dziećmi do naszej ulubionej biblioteki. Każdy szuka dla siebie książek, dzieciaki wypożyczają sobie też bajki na DVD na weekend. Potem zmarznięci wracamy do domu, robimy sobie herbatę z cytryną i sokiem malinowym, zakopujemy się pod koc i dłuższą chwilę zastanawiamy się od jakiej książki by tu zacząć. To jedna z najprzyjemniejszych dla mnie czynności podczas tych szarych dni. Książki zabierają mnie w inny świat, pochłaniają mnie, nie dają mi czasu na zastanawianie się czy oby nie robię aktualnie w życiu za mało.

OGLĄDAM STARE FILMY

Na okoliczność odwiedzin rodziców zainstalowaliśmy w domu telewizor. Nie korzystaliśmy z niego od jakiś trzech lat. Jakież było moje zdziwienie, gdy odkryłam jak bardzo lubię stare filmy! Nie mówię tu jednak o jakiś oscarowych dziełach, nie, nie. Prawdziwą miłością darzę filmy z gatunku „zabili go i uciekł”. Nie pogardzę filmami typu „CSI kryminalne zagadki” (stare odcinki), wszystkie szklane pułapki, szybcy i wściekli itd. Odkryć tę formę relaksu po latach – bezcenne. Robimy sobie górę popcornu z moim mężem i wieczorem umawiamy się na oglądanie „szczelanek”. Bawię się dokładnie tak samo jak w liceum.

SPRZĄTAM

Nie mówię o wielkim sprzątaniu, szorowaniu podłóg, myciu okien itd. Nic z tych rzeczy. Teraz mi się nie chce. Ja porządkuję. Przeglądam swoje rzeczy, mierzę się z ich nadmiarem, ich posiadanie skłania mnie do refleksji i dochodzę do wniosku, jak co roku, że chcę mieć ich mniej. Ten spokojny styczeń i spokojny luty okazuje się być dla mnie dobrym na to czasem. Przeglądam więc książki, kuchenne szuflady, ubrania z których wyrosły moje dzieci, odkładam je, a potem organizuję jakąś wyprzedaż. To mnie relaksuje i odmóżdża, nie wymaga ode mnie jakiś ogromnych nakładów sił i przy okazji daje mi zastrzyk gotówki, a ta przyda się, bo…

PLANUJĘ PODRÓŻ

A na nią przyda się każda złotówka 🙂 Zwłaszcza, że kiedy w naszej Polsce zimno i mokro, na każdym kroku kuszą mnie zdjęcia rajskich plaż i szumiących na wietrze palm. Co jeśli na palmy i plaże raczej się nie zapowiada? Wyruszam gdziekolwiek. Do przyjaciółki do Trójmiasta lub Krakowa, albo do swojego rodzinnego miasta odwiedzić rodziców albo do Warszawy na spienioną po mistrzowsku kawę. Za każdym razem to robi mi dobrze na głowę. Wystarczy tylko wolny weekend. Bez jakiegoś wielkiego planu i oczekiwań. Tak jak poprzednio – #hasztagzycie. Po prostu dobrze jest gdzieś sobie pojechać.

POPRAWIAM SOBIE HUMOR JEDZENIEM

Wiem, wiem to niestosowne, a jedzenie nie powinno nam się kojarzyć z poprawianiem nastroju, ale z odżywianiem. Ja jakoś nie potrafię się do tego dopasować. Nic tak nie leczy złamanego serca, wielkich smutków, chandry, doła czy niepowodzeń w pracy jak jabłka pod migdałową kruszonką w towarzystwie kubka earl greya, miska makaronu z domowym pesto, frytki cienko pokrojone przez Tomka czy kubek gorącej kawy z kardamonem i cynamonem. Nigella od początku miała rację. Jedzenie, w moim przypadku to, które przypomina smaki dzieciństwa, sprawia, że w ciągu kilku chwil czuję się lepiej. Jest mi dobrze i bezpiecznie 🙂

ZAMYKAM OCZY I…

Na koniec coś, co mnie bardzo pomogło odzyskać energię i spokój, gdy spotykałam się z moim terapeutą. Ten punkt powinien był znaleźć się na początku mojej dzisiejszej listy. Za chwilę przekonasz się dlaczego 🙂
Pamiętam, gdy zadał mi pytanie: „Co cię ładuje? W jaki sposób odzyskujesz swoją energię?”. Zaczęłam mu opowiadać o tych wszystkich rzeczach, o jedzeniu, gorących kąpielach z pianą, książkach, filmach itd. On, w swoim stylu stwierdził, że gadam bzdury i kazał wyobrazić sobie moment, w którym czułam totalną beztroskę 🙂 Zamknęłam wtedy oczy i podczas pracy z nim wyobraziłam sobie pierwszy moment, który przyszedł mi do głowy. Wróciłam pamięcią do czasów, w których miałam ok. 10 lat. Była czerwcowa, wakacyjna niedziela. Właśnie wróciłam z rodzicami z kościoła, zjadłam niedzielny obiad i wyszłam na dwór. Przypomniałam sobie jak siedziałam z moją przyjaciółką na krawężniku, w pięknej spódnicy w tukany, którą uszyła mi babcia i z wielką kokardą we włosach. W ręku miałam monetę, zapewne na lody Bambino, które zaraz miałyśmy kupić. Pamiętam, że mrużyłam oczy od słońca, pamiętam jak prześwitywało przez drobne, zielone listki brzozy. Pamiętam jak wtedy pachniało na dworze, jak było cicho. Pamiętam, że nic wtedy nie musiałyśmy, nie miałyśmy żadnych planów. Czysty moment i największa beztroska jaką wówczas mogłam sobie wyobrazić. Po co ci o tym piszę? Bo właśnie wtedy, gdy sobie to wszystko wyobrażałam, sekunda po sekundzie moje ciało się rozluźniało, moje problemy i rzeczy, którymi się stresowałam stawały się nieważne, a ja ładowałam się tą życiodajną energią. Pamiętam, że mocno się wtedy zdziwiłam. Dzisiaj, z perspektywy czasu mogę śmiało stwierdzić, że tamtego dnia mój terapeuta w dosyć sprytny sposób nauczył mnie praktykowania uważności. Od tamtej chwili doskonale wiem, że to dużo ważniejsze niż wszystkie punkty, które wymieniłam ci wyżej. Żaden z nich nie zadziała jeśli najpierw nie pogadasz sama ze sobą.

Bycie tu i teraz, uważność, oddech, wyobrażenie sobie tej beztroski, odpuszczenie wszystkiego. Choć na chwilę. Jak najczęściej. Przestać gonić, przestać być częścią tego wyścigu, przestać mieć poczucie, że tyle musimy.

Spróbuj. Co ci szkodzi? 🙂

Prawdziwe źródło energii jest w nas samych. Wystarczy dać mu dojść do głosu.
Życzę Ci tego z całego serca.