MOJE 30 PLANÓW NA LISTOPAD

Autor: Basia Szmydt

Dopadła i mnie. Przyszła pewnego dnia i odczepić się nie może. Jesienna chandra. Taka, która nie potrzebuje jakiegoś wielkiego powodu, by po prostu wejść i rozgościć się w domu. Taka, która w sekundę robi na buzi posępną minę.
Zobaczyłam się dziś w lustrze. Zgarbiona, ze zmarszczonym czołem i miną jakby mi się działa jakaś wielka, niewypowiedziana krzywda. A przecież się nie dzieje. Przecież wszystko jest dobrze. Tylko tej energii człowiek ma jakby mniej i to też przecież normalne. Przecież co roku ta historia lubi się powtarzać. Czasem chandra lubi się przeciągnąć zupełnie niepotrzebnie, otoczyć nas takim smutkiem ogromnym i zmienić w totalnych „narzekaczy”, a czasem udaje się ją zwalczyć w zarodku. Czasem pomagają na nią najprostsze i najzwyklejsze sposoby, takie jak te: MOJE SPOSOBY NA JESIENNĄ CHANDRĘ, a czasem trzeba się dopieścić jeszcze bardziej. Jeszcze bardziej się otulić i przytulić, jeszcze więcej czasu sobie poświęcić, jeszcze więcej rzeczy odpuścić z tych, które odpuścić można, a nawet trzeba, jeszcze więcej spokojnie sobie pooddychać. Bo jesień to czas, w którym wszystko zwalnia. Wyjrzyj za okno – zobacz jak przyroda się zatrzymała. Jakie wszystko jest ciche i szare, powolne i nigdzie się nie spieszy. My najwidoczniej musimy zrobić to samo.

Dlatego dzisiejsza lista 30 PLANÓW NA LISTOPAD będzie trochę inna niż te poprzednie, w których mogłam góry przenosić, miałam tonę energii, a samo spisywanie tych małych i większych celów niesamowicie mnie motywowało i sprawiało, że miałam ochotę być w ciągłym ruchu i nieustannie doświadczać.

Tutaj możesz zobaczyć jak wyglądały moje poprzednie listy:

Moje 30 planów na kwiecień.
Moje plany na marzec.
Moje 31 planów na grudzień.

W listopadzie chcę zwolnić. Nie mam energii i nie zamierzam z tego powodu mieć wyrzutów sumienia. Wręcz przeciwnie. Listopad to dobra pora, by się sobą zaopiekować, by sobie wybaczyć i odpuścić. By właśnie wtedy, gdy czujemy się totalnie bez siły i do niczego nie dokładać sobie jeszcze więcej. Mój listopad to będzie dobry, rodzinny czas, który spędzę głównie w kuchni pachnącej różnymi, pysznymi rzeczami. Gotowanie to niezmiernie mój najlepszy „pożeracz stresu”. Dobrze się akurat składa, ale o tym za chwilę 🙂

30 PLANÓW NA LISTOPAD:

1. Dokończyć pierwszy, jesienny rozdział mojej książki

Wróciłam! Po kilku miesiącach, kiedy to odłożyłam gotowanie, fotografowanie i pisanie książki, pewnego dnia wstałam i stwierdziłam, że jestem to winna wielu osobom, przede wszystkim mojej babci, którą pożegnałam w wakacje. Jej śmierć zatrzymała na chwilę mój świat i wiele moich spraw. Bez namysłu wtedy odłożyłam na bok bardzo dużo rzeczy, spraw, w tym pracę nad książką, a później za nic w świecie nie mogłam wrócić. Przestałam nagrywać stories, przestałam „gadać” na live’ach do moich czytelniczek, straciłam zapał, odpuściłam.

Wiem, że ona bardzo mocno mi kibicowała i wiem też, że mam już wszystko co trzeba, by spiąć to w całość. Jako, że obiecałam sobie, że wszystkie przepisy w mojej książce znajdą się w niej zgodnie z porami roku to aktualnie w mojej kuchni trwa wielkie, jesienne gotowanie. Moja kuchnia pachnie najlepszą grochówką mojej Babci, bułeczkami z kaszą gryczaną babci Zosi i najlepszym na świecie brownie polanym sosem z solonego karmelu, na który przepis zawsze wysyła mi moja przyjaciółka Joka. Ta książka będzie zbiorem wszystkich tych przyjemnych smaków, które mnie kojarzą się z pięknymi chwilami, z ważnymi w moim życiu ludźmi. Wkładam w nią ogrom mojego serca i tonę pracy. Mam ogromną nadzieję, że uda mi się tę energię, miłość, zapachy i smaki przelać na papier tak, aby ta książka stała się zbiorem być może również Twoich ulubionych przepisów.
Dlatego mniej mnie. I tutaj na blogu i mniej mnie na instagramie. Moje życie teraz od rana toczy się w kuchni, jestem umorusana mąką, a na szyi wisi mi aparat. I cudownie mnie to odpręża! Jestem w połowie „Jesieni” 🙂 Do końca listopada chcę mieć już wszystkie jesienne przepisy. Trzymaj kciuki <3

2. Joga

W tym miesiącu ( i w następnych pewnie też ) odpuszczam wszystkie wyzwania na pośladki, na „sześciopaka” i na talię osy. Nie mam siły. Za to joga… Joga to jest magia. Choć wygląda niepozornie, to te wszystkie, powolne wygibasy na macie mają po prostu niesamowitą moc. Po 5,5 h w aucie, kiedy stałam w potwornych korkach. Wtedy, gdy wykańczał mnie PMS i migrena. Gdy byłam zestresowana i bolała szyja. To właśnie joga w jakiś magiczny sposób pozwala się tego wszystkiego pozbyć w kilka chwil. Wycisza, uwalnia napięcia mięśniowe, sprawia, że czuję się lepiej. Jestem totalną amatorką, niczego nie wiem, nie znam nazw asanów, ale włączam Gosię Mostowską na Youtubie, rozkładam się na macie na 15 minut i robię to co potrafię. Chciałabym znaleźć się na tej macie każdego wieczoru i poranka.

3. Matcha latte zamiast kawy

Znasz matchę? To soczyście zielone, sproszkowane liście zielonej herbaty, które potrafią dodać dwa razy więcej energii niż kubek czarnej kawy. Samo przygotowanie matcha latte, czyli łyżeczki proszku z ciepłym mlekiem, na przykład owsianym, to już swoisty rytuał, przy którym trzeba się chwilkę zatrzymać. Lubię to. Zwłaszcza, że matcha ma wspaniałe właściwości prozdrowotne. Matcha to bardzo silny antyoksydant, a te jak wiadomo wiążą wolne rodniki. Wolne rodniki to są najprościej rzecz mówiąc ( a wiem to z „Było sobie życie”) niesparowane cząsteczki tlenu, które krążąc po naszym organizmie szukają „pary” i atakują zdrowe komórki. W ten sposób niszczą nasze zdrowie, przyczyniają się do wielu chorób, zwłaszcza do chorób nowotworowych. Filiżanka matchy bardzo wczesnym porankiem zamiast kilku kubków kawy? Jestem na tak.

4. Kupić sobie piękny zeszyt, w którym będę prowadzić dziennik

Jestem totalnym papierniczym freakiem, uwielbiam notesy, dobre długopisy i uwielbiam pisać. Wiesz, że każdy blogowy post najpierw piszę ręcznie w zeszycie? Inaczej nie potrafię. Ale blog to nie wszystko, to tylko maleńki ułamek mojego życia, a ja mam ogromną ochotę zapisywać mnóstwo innych, bardziej prywatnych rzeczy właśnie w dzienniku. Przez wiele, wiele lat pisałam pamiętniki, które mam do dzisiaj. Wiem, że gdybym nie zapisała tych wszystkich historii w pamiętnikach, gdybym w maleńkich notesikach nie zapisywała pierwszych słów moich dzieci – nie pamiętałabym tego. Stąd też pomysł na moją pierwszą książkę – by to wszystko pamiętać.
Znaleźć piękny zeszyt, który będzie moim grubym dziennikiem, pamiętnikiem – to mój cel na listopad. Daj znać jeśli widziałaś gdzieś coś takiego.

5. Obejrzeć kolejne filmy z Meryl Streep.

Czasem wydaje nam się, że powinniśmy obejrzeć wszystkie te seriale i filmy, które są aktualnie na topie i w pewnym momencie czujemy, że chyba za tymi wszystkimi nowościami nie nadążamy. I tak pewnie nie zdążymy. Ja już nie gonię. Nie przeczytam wszystkich książek, które tak pięknie wyglądają na półce w księgarni. Nie obejrzę wszystkich seriali na Netflixie. W tej kwestii również nie chodzi o ilość, ale o jakość. O to, by się nad daną książką zatrzymać, pomyśleć o niej przez resztę dnia, gdy właśnie skończyłam ją czytać. O to, by się wzruszyć albo zachwycić na filmie i by wybierać takie tytuły, które są warte naszego czasu. W tym miesiącu chcę obejrzeć kolejne filmy z moją ukochaną aktorka Meryl Streep.
Wybieram „Boską Florence”, „Żelazną Damę” i „Pralnię”.
Jeśli jeszcze nie widziałaś to polecam Ci moje ukochane filmy z Meryl:
„Co się wydarzyło w Madison County”
„Julie&Julia”
„Sprawa Kramerów”
„Mamma Mia”
„To skomplikowane”
„Pożegnanie z Afryką”

6. Wysprzątać samochód.

Moment, w którym wsiadam do posprzątanego samochodu, z wyszorowaną deską rozdzielczą, umytymi z wszelkich bułkowych okruchów wycieraczkami, z zatankowanym bakiem, z uzupełnionym płynem do spryskiwaczy, z ulubioną płytą w odtwarzaczu i aromatyczną kawą w kubku termicznym tuż pod moim prawym łokciem to jest jedna z moich małych życiowych przyjemności. Niestety przy dwójce dzieci doświadczam jej zdecydowanie zbyt rzadko, a po wyglądzie siedzeń z tyłu można spokojnie odtworzyć listę wszystkich przekąsek, które jadły moje dzieci przez ostatni miesiąc.
Odkurzacz w dłoń i zabieram się za to jak najszybciej.

7. Wyjechać na weekend tylko dla siebie.

Posprzątany samochód przyda mi się, bo już 22 listopada wyruszam aż do Ojcowa niedaleko Krakowa, do przepięknego hotelu na warsztaty PROJEKT SELF LOVE, które jak sama nazwa wskazuje mają za zadanie zachęcić mnie albo niejako zmusić nawet, do zadbania i zaopiekowania się sobą. W programie joga, medytacja, warsztaty z psychologiem i rozmowy o pewności siebie i samoakceptacji, lekcje makijażu podkreślającego urodę, a nie zakrywającego ją i przede wszystkim pobyt w przepięknie położonym hotelu z fantastyczną strefą spa i wellness, z której zamierzam korzystać ile mi sił starczy. To będzie dobry, kobiecy czas. Nie mogę się doczekać! Może dołączysz?

Tutaj zobaczysz PROGRAM.
A tak wygląda HOTEL.

8. Nagrać sobie jesienną składankę do auta.

Pozostając w temacie auta i podróży – dobra muzyka to coś czego mi bardzo, bardzo potrzeba. Stacje radiowe mnie zawodzą, Youtube nie zdaje egzaminu, gdy zasięg pośrodku jakiegoś lasu jest kiepski. Potrzebuję swoich starych, dobrych, podpisanych markerem i autorskich składanek. Tylko jak taka nagrać skoro mój komputer nie ma nawet wejścia na płytę? Jestem dinozaurem…

9. Zrobić selekcję w ubraniach i oddać potrzebującym te, których ja już nie potrzebuję.

Moje listy nieodłącznie wiążą się z porządkami. Tak już mam. Porządek w domu, w rzeczach to porządek w duszy. To ze sobą idzie w parze. Mnie samej daje to również taką świadomość, że mam już wszystko, że nie potrzebuję kolejnych zakupów. Za każdym razem odkrywam jakieś przedmioty, o których istnieniu zapomniałam. Za każdym razem zmniejszam swój stan posiadania, porządkuję jakąś przestrzeń, upraszczam ją. Jest coś jeszcze. Ostatnio zwracam większą uwagę na skład ubrań, które noszę. Jakieś 2 miesiące temu skusiłam się na piękny sweter w panterkę z popularnej sieciówki. Wiesz jak wygląda po kilku praniach? Jak szmata. Jego skład to akryl i poliester (główne źródło mikroplastiku w morzach i oceanach). Jest cały zmechacony i „na miasto” raczej w nim nie pójdę. Chyba, że poświęcę kilka wieczorów na jego golenie. Za to sweter z wełny merino albo lniana koszula pomimo intensywnego noszenia wciąż wyglądają wzorowo. Po raz kolejny sprawdza się zasada mniej znaczy więcej. Zatem robię kolejną selekc