fbpx

MOJE DZIECIŃSTWO – SZALONE LATA 90-te

Autor: Basia Szmydt

Do napisania tego wpisu i przywołania moich najfajniejszych wspomnień z dzieciństwa zaprosiło mnie PZU Pomoc.
Aktualnie, wchodząc na stronę www.wakacjezpzu.pl możesz bezpłatnie ubezpieczyć swoje dziecko na cały okres wakacji od następstw nieszczęśliwych wypadków. Wystarczy wypełnić formularz i wyrazić zgody marketingowe. Ubezpieczenie działa przez 24 godziny na dobę, w Polsce i za granicą. Obejmuje pomoc medyczną, psychologiczną i rehabilitacyjną w razie potrzeby. I choć nasze dzieciństwo nie zawsze było bezpieczne, o czym za chwilę Ci przypomnę, to jako rodzice lubimy czasem dmuchać na zimne. Mam rację?

Przywołać wspomnienia z mojego dzieciństwa? To naprawdę nie jest trudne.
Szalone, analogowe lata 90-te! Wakacje, które według mnie trwały w nieskończoność, miesiące spędzane u babci na wsi, dziecięca kreatywność w zabawie, która nie wymagała często żadnych zabawek, nieustannie posiniaczone kolana
i zadrapane łydki, do leczenia których potrzebna była tylko babka lancetowata i trochę wody.
Mam tego więcej! Pamiętam to wszystko doskonale i kolekcjonuję te wspomnienia niczym największy skarb.
To co? Może przeżyjmy to jeszcze raz? W końcu nas, dzieciaków lat 90-tych jest tutaj naprawdę sporo 🙂


Zakończenia roku szkolnego nie można było wymyśleć w lepszym czasie niż koniec czerwca. Kiedy cała kuchnia mojej mamy pachniała świeżym koperkiem, barszczem z botwinki, rabarbarowym ciastem i kompotem z truskawek. Miałam to szczęście, że kiedy wracałam po szkole do domu, czekała w nim na mnie babcia i dwudaniowy obiad z deserem. Najmilej wspominam właśnie te letnie obiady, zlew pełen słodkich truskawek i kompot pity prosto z dzbanka, mimo że babcia wtedy krzyczała.
Ten obiad należało szybko zjeść, a potem jeszcze szybciej wybiec na dwór, gdzie na trzepaku już czekały na mnie moje najlepsze przyjaciółki. Z mojej kieszeni wystawała zwinięta i długa guma od majtek, którą dała mi babcia. To skakanie przez gumę miało nam zająć cały dzień aż do wieczora. Rozciągałyśmy ją między trzepakiem, a naszymi nogami i rozgrywałyśmy kolejne rundy gry. Dziś już chyba nie przypomnę sobie jej zasad, ale wiem, że byłam w tym mistrzem. Gdy gra w gumę się w którymś momencie znudziła zwisałyśmy do góry nogami z trzepaka i wspólnie odliczałyśmy dni do wakacji. Pod naszymi głowami zamiast atestowanego podłoża bitumicznego leżały sobie po prostu płyty chodnikowe. Nie przypominam sobie, żebym kiedyś spadła z tego trzepaka 🙂 Gdy dzień się kończył, a w roku szkolnym było to zawsze na trochę przed godziną 19:00, wracaliśmy wszyscy do domu na wieczorynkę. Jedyną bajkę, którą emitowano tego dnia. Czekaliśmy z utęsknieniem na kolejne odcinki „Smerfów”, a gdy te się kończyły dźwięk „Wiadomości” mówił nam, że pora na kolację i kąpiel, co by zmyć ten cały trzepakowy brud.

Koniec roku! Wyczekany, wytęskniony. Pamiętam jak maszerowałam do mojej podstawówki w białych podkolanówkach do kolan, butach zwanych lakierkami, aksamitnej granatowej spódnicy, którą co roku szyła mi babcia, białej bluzce i kokardą we włosach większą niż moja głowa. Ah! No i z kwiatkiem i słowami mamy, które musiałam zapamiętać: „Pamiętaj Basiu, by kwiatka Pani dać kwiatem do góry”. Dużo tych rzeczy było do zapamiętania. Mogłam to jednak przećwiczyć. W końcu droga do podstawówki, którą pokonywałam sama już od najmłodszych lat, miała jakieś 2 kilometry, kilka przejść dla pieszych i skrzyżowań. Uwielbiałam chodzić do szkoły na piechotę, a jeszcze bardziej z tej szkoły wracać do domu. Ileż człowiek wtedy po drodze rzeczy odkrywał, ileż skarbów znajdywał! Standardowo droga do szkoły zajmowała mi pół godziny, natomiast droga powrotna jakieś 3,5 godziny.


Po szkolnym przedstawieniu, po wysłuchaniu przemówienia pani dyrektor i piosenki o lecie, które czeka na nas już za rogiem, po odebraniu świadectwa w końcu mogliśmy wszyscy wybiec ze szkoły i poczuć tę cudowną wolność, którą dawały wakacje. Nigdy nie zapomnę tego uczucia. To było jak obietnica wszystkiego, co najlepsze, mimo że nikt z nas nie myślał o nowych zabawkach. Przed nami była wizja niekończącej się zabawy, wielkiej nudy, włażenia wszędzie tam, gdzie wchodzić nie powinniśmy, jedzenia lodów wodnych w smaku przypominających płyn do mycia naczyń i chipsów, które nazywały się chyba „Rufelsy”, w paczkach których można było znaleźć najprawdziwsze pieniądze złożone w kosteczkę.

Bawiliśmy się w podchody, huśtaliśmy się na huśtawkach osiągając maksimum ich możliwości, graliśmy w dwa ognie na ulicy, ścigaliśmy się na „wigrusach”, a niektórzy na BMX-ach, a na rolkach osiągaliśmy tak zawrotne prędkości, że do dziś zastanawiam się jak to było możliwe? Może jechałam na tych rolkach tak szybko, bo znalezionym w garażu śrubokrętem taty odkręciłam z nich hamulce? To była prędkość! Wakacje w mieście miały swój urok, ale to na te wiejskie czekałam najbardziej na świecie. Dwa letnie miesiące u babci Zosi. Bez rodziców i bez całodziennej opieki dorosłych. Pamiętam, że u babci nie miałam żadnych zabawek, ale mój dzień wypełniony był po brzegi. Chodziliśmy nad rzekę i budowaliśmy na niej tamy ze znalezionych wielkich głazów. Trochę bolało, gdy spadł taki na dużego palca u nogi, ale z pomocą jak zawsze przychodziła babka lancetowata. W tej rzece pływaliśmy na wielkich dętkach z traktorowych opon do momentu, aż nasze usta były sine. Wystarczyło wtedy wyjść trochę na łąkę, ogrzać się w letnim słońcu, zjeść kawałek chleba z masłem i cukrem i można było wracać do zabawy.


Budowałam też domki. Już wtedy kręciło mnie urządzanie wnętrz. Znajdowałam sobie jakiś kąt na podwórku u babci. Mógł to być skrawek ziemi pod wielką wierzbą albo balkon bez barierki w domu, który dopiero się budował, albo kąt w garażu pełnym, traktorów i kombajnów. Zewsząd znosiłam do tego mojego domku różne graty: stare fotele, zardzewiałe fajerki, pustaki, poobijane i przerdzewiałe garnki, noże, widelce, miotły, wyszczerbione szklanki i inne przedmioty codziennego użytku. Rano chodziłam do babcinego ogrodu z motyką i wykopywałam warzywa na zupę. Trochę na tę zupę prawdziwą, na którą po południu wołała mnie babcia i był to jedyny słuszny powód, by przyjść z dworu do domu, a trochę na zupę dla lalek, bo barszcz z buraków wychodził mi po mistrzowsku. Do tego kotlety mielone z błota oczywiście. Wieczorem szłam z blaszanym kubeczkiem do cioci, do obory, w której dojone były krowy. Do tego kubeczka ciocia przecedzała mi mleko, które razem z pajdą chleba posmarowanego masłem i miodem z dziadkowej pasieki stanowiło najlepszą w życiu kolację.
Zasypiałam przykryta niemożliwie grubą kołdrą wypełnioną gęsim pierzem, spod której nie było mnie widać, rozmyślając o tym, co spotka mnie następnego dnia. I tak przez całe wakacje.
Nie pamiętam, byśmy się nudzili, byśmy chodzili za dorosłymi z prośbą, by się z nami pobawili. Oni byli zajęci swoimi sprawami, a my swoimi. Niekoniecznie bezpiecznymi, niekoniecznie takimi, które by się im spodobały, ale to właśnie między innymi z takich chwil i zabaw składało się nasze dzieciństwo. Czasem wracaliśmy do domu z krwawiącymi kolanami, czasami ranę trzeba było polać obficie wodą utlenioną i zabandażować, a czasem jeszcze, choć rzadko, ale jednak, wracało się do domu ze złamaną ręką. I przysięgam, że bardziej niż bolącą ręką martwiłam się jak ja mam teraz o tym powiedzieć rodzicom?! Przecież się wyda, że właziłam na najwyższe drzewo w okolicy albo „spacerowałam” po betonowych płytach, z których budowano nowe bloki nieopodal.

Kiedy to wszystko wspominam myślę sobie, że my dzieci lat 90-tych mieliśmy i dużo beztroski, i swobody i jednak szczęścia, że jesteśmy dziś cali i zdrowi. Tych wspomnień nikt nam nie odbierze. To się już nie powtórzy. Gdybym mogła tylko jeden, jedyny raz w całym moim życiu cofnąć czas, to chciałabym właśnie przeżyć wakacyjny tydzień, kiedy byłam dzieckiem. Poczuć znowu tę wolność, ponudzić się i poczekać, aż z tej nudy powstaną jakieś genialne, nie zawsze bezpieczne pomysły, pograć w króla skoczka i spróbować nie rozbić sobie głowy, poskakać na wielkim stogu siana, pojeździć z wujkiem kombajnem, wykąpać się w rzece i jeść czereśnie prosto z drzewa. Chciałabym poczuć się dokładnie tak jak wtedy.
Dziś prawie 30 lat później uśmiecham się szeroko na myśl o tych wszystkich dniach, ściskam w ręce plik bezcennych zdjęć i marzę o tym, by moje dzieci miały choć w połowie tak piękne wspomnienia z dzieciństwa jak ja. Bo może to tylko nam dorosłym dziś wydaje się, że my mieliśmy lepiej? Może nasze dzieci, w swoich dziecięcych główkach mają myśli podobne do naszych, kiedy byliśmy mali? Mam ogromną nadzieję, że tak właśnie jest!


A jakie są Twoje najpiękniejsze wspomnienia z dzieciństwa? Na myśl o czym uśmiechasz się dziś od ucha do ucha? Gdzie rozbijałaś swoje kolana i łokcie i gdzie najwyżej udało Ci się wdrapać? 🙂

Na fanpage’u PZU właśnie wystartował konkurs, w którym do wygrania są vouchery o wartości 2000 zł. Wystarczy, że pokażesz swoje zdjęcie z dzieciństwa i opiszesz swoje najpiękniejsze wspomnienie. 

Wpis powstał we współpracy z PZU Pomoc.

Spodobają Ci się także:

15 komentarzy

Asia 5 czerwca, 2019 - 8:07 pm

Jakże podobne mam wspomnienia z dzieciństwa, ach te lata 90te w gumę najlepiej skakało się w czeszkach. Babcia mojej przyjaciółki miała lodziarnie, cudownie bylo gdy nas tam zapraszała i można było najeść się lodów pod korek i to nie tych wodnych o smaku płynu do naczyń tylko najprawdziwszych włoskich z maszyny. U nas babka lancetowata również działała cuda.

Reply
Mama A 6 czerwca, 2019 - 5:52 am

Babka lancetowata „leczyła” nawet dziurę w stopie, gdy gwóźdź przebił moje letnie sandały „plastiki”.
Gra w gumę (powiązana z różnych kawałków) i skakanka i gra w klasy, państwa – miasta od rana do wieczora. Dziś uczę tej gry w gumę moją córkę choć sama mało już pamiętam.
A jak sobie przypomnę to huśtanie na maksa na huśtawce …

Reply
blue_89 6 czerwca, 2019 - 6:57 am

Jak czytam o tych Twoich historiach Basiu to tak jakbym widziała siebie. Moje wspomnienia są bardzo podobne do Twoich. Aż łezka się w oku kręci,że nie ma tej możliwości przeniesienia się w czasie na ten tydzień dziecięcych wakacji u babci.

Reply
Marta 6 czerwca, 2019 - 7:52 am

Też mam mnóstwo takich wspomnień <3 Pamiętam, jak moja starsza siostra woziła mnie na swoim rowerze klekocie we wszystkich konfiguracjach – na bagażniku, na ramie i na kierownicy… Pamiętam, jak urządziłam sobie z koleżankami wyścigi na rowerach i rolkach i jak kurczowo trzymałam się bagażnika jednej z nich, kiedy wywaliłam się na tych moich rolkach, a ona mnie dalej ciągnęła i tak bardzo zdarłam sobie wtedy kolana, że trudno było chodzić, a ja najbardziej martwiłam się podartymi dresami 😀 Huśtawka zrobiona na skarpie wielkiego wzgórza, z której skakaliśmy całymi dniami i wszyscy dalej żyjemy, choć naprawdę zachodzę w głowę, jak to możliwe… Dzięki za ten wpis, robię dziś fajną podróż wstecz 🙂

Reply
Karolina 6 czerwca, 2019 - 1:11 pm

Wspominam te lata tak jak ty. Próbowałam nawet niedawno „pograć w gumę” i zastanawiam się, jakim cudem nie poplątały nam się nogi i nie powybijaliśmy zębów 🙂 Wspominam jeszcze z sentymentem „domek na drzewie” – drzewo w które kiedyś uderzył piorun, pękło na pół a my właziliśmy w koronę, jak dziś o tym myślę, to aż strach że nikt do drzewa nie wpadł. Jabłka kradzione z sadu były najlepsze we wsi, ale strach towarzyszący wracaniu do domu z porwanymi portkami największy w życiu 😀 No i ta dobranocka, nikt nie miał zegarków a wszyscy zdążyli na czas. Pod blokiem krzyczeliśmy „mamooo, rzuć mi kanapkę”, gotowaliśmy zupy z trawy, najedliśmy się tony piachu. Za złotówkę można było kupić oranżadę, loda, chrupki i jeszcze na gumę kulkę zostało! Nie było telefonów, ale jak się umówiliśmy pod blokiem czy na trzepaku, to wszyscy się pojawiali. Jeden stawał za drugim murem jak ktoś coś przeskrobał i trzeba się było tłumaczyć przed rodzicami. Tęsknię za tymi czasami. Wyglądam przez okno, widzę dzieci z telefonami i myślę jakie mieliśmy szczęście dorastając w latach 90tych. <3

Reply
martarynk 6 czerwca, 2019 - 5:04 pm

Świetny wpis! Również moje wspomnienia odżyły podczas czytania. U nas również królowała gra w gumę, wszelkie zabawy na trzepaku, podchody oraz każda gra z piłką. Pamiętam, jak na ulicy prowadzącej do szkoły miał być kładziony asfalt – najpierw wysypany został żwir i tego samego wieczoru przekopaliśmy pół ulicy, porobiliśmy sobie żwirowe górki i bawiliśmy się w Wojownicze Żółwie Ninja. Hmm, jest 19:03 … chyba obejrzę jeden odcinek w ramach wieczorynki 🙂

Reply
Wiktoria 6 czerwca, 2019 - 9:26 pm

Mam podobne wspomnienia jeśli chodzi o dzieciństwo w latach ’90. W mieście wiecznie na rowerach, trzepakach, skakanie na gumach, skakankach, a latem bieganie od rana do wieczora po podwórku z przerwą, kiedy mama wołała na obiad. Cudowne czasy.

Reply
Anna 7 czerwca, 2019 - 6:01 am

Moje dzieciństwo to lata 80-te, i wiele wspomnień się pokrywa. Różnica jest taka, że mieszkałam na wsi i działo się przez cały rok, a w wakacje największą atrakcją dla mnie były odwiedziny kuzynki w mieście. Za każdym razem jazda windą wywoływała emocje, spanie na łóżku piętrowym w jej tycim pokoiku, spełnienie marzeń. Lody włoskie z automatu smak luksusu. Dziś się uśmiecham do tych dziecięcych marzeń o mieście.

Reply
Anb 7 czerwca, 2019 - 6:33 pm

Gra w lunatyka! Z zamkniętymi oczami chodzilo/wspinalo sie po drabinkach, próbując złapać koleżanki i kolegów, którzy już z otwartymi oczami uciekali. Jeśli stanęli na ziemi a „lunatyk” to usłyszał, wpadli I zamiana ról. Oczywiście zamiana ról następowała przy schwytaniu wspoltowarzyszy. Pamietam kola w piaskownicy takie ogromne chyba miały służyć jako tunel?! W każdym razie robiło się na nich namiot, albo chodzilo sie po nich starając utrzymać równowagę… starając nie raz upadlam tak mocno że ledwo oddychalam. A na hustawce, hustalismy się „na okrętkę” czyli rozbujanie tak aby zrobić obrót 360′. Cieszę się, że żyje pozdrowienia z Kaszub

Reply
puch ze słów 8 czerwca, 2019 - 9:06 am

Witam.Piękne wakacje to wakacje na polskiej wsi i właśnie takie pamiętam. Nie ma tego już i nie będzie. Nasze dzieci (Tak jak napisałaś) może doświadczą tego tylko w połowie, może…
Pamiętam las pełen pereł – jagód. Pamiętam rzeki i potoki w których dzieci bawiły się do wieczora gdy słońce kładło się ukośnie. Pamiętam rubinowe maliny. Zwierzęta. Słońce. Pamiętam brudne ręce i nogi. Tak wiele pamiętam – poezja. Uśmiech 🙂

Reply
Agata 10 czerwca, 2019 - 5:06 am

Ja również mam podobne wspomnienia, a komentarz dodam inaczej. My mamy takie piękne wspomnienia ale czy my rodzice nie odbieramy naszym dzieciom właśnie takie wspomnienia? Czy pozwalamy na taką samodzielna zabawę? Ile z nas pozwoliło by na samodzielne wyprawy nad rzekę, do lasu? Czy nawet na całodzienne bieganie po okolicy bez kontroli? Zaraz byly by komentarze że dzieci zostawione same sobie bez kontroli. Na szczęście mieszkam na wsi i mam naprawdę duży zarośnięty ogrod i moje dzieci mogą bez kontroli zająć się sobą i wymyślać swoje zabawy i przygody.

Reply
Prezenty i Gadżety ForHim.pl 18 czerwca, 2019 - 12:33 pm

Świetny artykuł! Taki powrót do dzieciństwa może dać naprawdę wiele dobrego, a sposób, w który opisałaś te lata – naprawdę bardzo dobry!

Reply
Dietetyk Na Walizkach 19 czerwca, 2019 - 12:38 pm

Masa wspomnień 🙂

Reply
Szyciownik 21 czerwca, 2019 - 4:44 pm

W,
Moje dzieciństwo to też zdarte do krwi kolana (cały czas! Aż się dziwię, że teraz nie mam blizn ;D), zabawy z kolegami z podwórka i chleb z margaryną u babci. To były czasy, których już nigdy nie będzie. A szkoda, bo były super 🙂
Pozdrawiam,
Kasia

Reply
Natalia 30 czerwca, 2019 - 2:22 pm

Moje dzieciństwo to gra w gumę 🙂 z kolegami korkiem bo umiałam kopać , mamba, oraz chrupki Flips nie było zabawek to się latało z piłką i urządzało tor kto najdłużej będzie szedł z nią i ją odbijał, wymiana Pokemonów 😉

Reply

Zostaw komentarz

Serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na wykorzystywanie plików cookies. Ok, rozumiem