OPUSZCZAM SWOJĄ STREFĘ KOMFORTU – czyli zaczynam vlogowanie!

Autor: Basia Szmydt

Ja wiem, że to czasem oklepany tekst. Że wciąż jest używany w niekoniecznie dobrym kontekście, i że czasami mamy go po dziurki w nosie. Ale czy rzeczywiście jest się czego czepiać, skoro tak naprawdę to jedno zdanie zawiera całą prawdę o motywacji do rozwoju, do robienia czegoś więcej i inaczej niż zwykle? Według mnie nie i w dzisiejszym poście opowiem ci czym dla mnie jest moja strefa komfortu i jak cholernie ciężko mi z niej wychodzić od czasu do czasu.

Strefa komfortu – co to tak właściwie dla mnie znaczy?

Mogę bywać naprawdę szalona, jeśli chodzi o mniej lub bardziej spontaniczne podejmowanie decyzji, o taką odwagę w codzienności. Tak było, kiedy musiałam zdecydować czy rzucamy wszystko i jedziemy na pół roku na drugi koniec świata. Tak było też kilka miesięcy temu, kiedy w końcu wystawiłam wspólnie z mężem nasz dom na sprzedaż i pomyślałam, że chcę tworzyć swój nowy dom gdzieś indziej. Odważnie – podobno. Takich ruchów rzecz jasna było dużo więcej, ale o tych dwóch wydarzeniach pisałam na moim blogu. Każdy taki ruch sprawia, że ten następny przychodzi z większą łatwością. Człowiek się uodparnia na zamartwianie się jakimiś tragicznymi konsekwencjami swoich decyzji, chce więcej i wie, że może więcej. Skoro już raz coś takiego wywinął to dlaczego ma się nie udać znowu? 🙂
Zatem w życiu codziennym i w takich, powiedzmy rodzinnych decyzjach jestem kozakiem. Serio. Wiem, że z moją rodziną poradzę sobie w każdej sytuacji. Nieważne gdzie będziemy i czy moje dzieci będą chodzić do szkoły w warszawskim śródmieściu, na wsi czy tez będą się uczyć z nami w domu. Dadzą radę, bo mają nasze pełne wsparcie.
Czy będziemy mieszkać w bloku z wielkiej płyty w stolicy, w kamienicy sprzed wojny w Trójmieście z remontem wiszącym nad głową czy też w domku z kontenera postawionym gdzieś nad mazurskim jeziorem – damy radę. Bo jesteśmy razem, jesteśmy rodziną, która wzajemnie się wspiera i wzajemnie tę swoją strefę komfortu opuszcza.

Tak, o tę sferę mojego życia jestem spokojna. Tu czuję się pewnie i mogę porzucić przewidywalność na rzecz tego, by coś się działo 🙂

Prawdziwe schody u mnie zaczynają się jeśli myślę o swojej pracy blogera. O ciągłym rozwoju, o uczeniu się nowych rzeczy, żeby za tym internetem nadążyć, żeby nieustannie móc tworzyć nowe i wartościowe treści, i żeby z blogowania dzień po dniu czynić swoją pracę marzeń.
Och jakże ciężko mi opuścić bezpieczną przystań. Myślę sobie – ale super, opanowałam WordPressa do perfekcji (to ta platforma, na której piszę bloga 🙂 ). Wchodzę sobie w ten wirtualny świat, wiem co gdzie kliknąć, żeby pisany w notesie tekst ujrzał światło dzienne i trafił do moich czytelników. Nauczyłam się tego, choć łatwo nie było, ale jestem ekspertem. Wiem gdzie pogrubić czcionkę, gdzie dodać zdjęcie, gdzie wkleić link. Extra! To ja tutaj, teraz zostanę.
Tylko, że nauczyłam się, że nie mogę zostawać w jednym miejscu zbyt długo. To tak nie działa. Jeśli zostanę – nie pójdę dalej. To brzmi logicznie. Więc muszę nauczyć się nowej rzeczy, żeby być coraz lepszą, żeby się rozwijać i wiedzieć więcej.

Pewnego dnia pomyślałam sobie – „a może by tak nagrać vloga na YouTube”? Od pierwszej myśli do realizacji minął jakiś rok. Może nawet więcej. Naprawdę. Nie koloryzuję. Przez ten rok zdążyłam znaleźć jakieś 832476 powodów, dla których tego nie mogę zrobić.

Jeszcze nie mogę zrobić.

Od poniedziałku.
Od nowego miesiąca.
Po nowym roku.
Nie mam dobrego aparatu.
O! Już mam.
Ale nie mam mikrofonu.
O! Też już jest.
Muszę się nauczyć obsługi programu do montowania.
Ok, juz wiem o co w nim chodzi.
Ale dziś już tego nie zrobię, bo muszę posprzątać caaaały dom, złożyć majtki i skarpetki w kostkę, przekopać ogródek i pomalować bramę wjazdową.
No to może dziś czas na vloga?
Zmontowałam, ale dziś chyba też dzień jest zły, bo nie wiem jak go wrzucić na YouTube’a.
Zrobię to NA PEWNO jutro!

I tak w kółko. Nieustannie. Największy krytyk samej siebie. Bałam się zrobić krok naprzód, choć wiedziałam przecież, że te filmy to coś, co mnie będzie kręcić. Że to jest właśnie ta forma przekazu, o której myślałam nieustannie. Że chciałabym pokazać „W RUCHU” to wszystko, o czym piszę od 7 lat !

Aż wreszcie nadszedł ten dzień, kiedy drżącą ręką kliknęłam OPUBLIKUJ i mój pierwszy vlog poszedł w świat.
I wiesz co? Okazało się, że to naprawdę nie bolało tak bardzo. Że wszystko czym martwiłam się dniami i nocami było zupełnie bez sensu, a ja nauczyłam się kolejnej rzeczy. Wiem już jak zmontować film, jak mówić, żeby dobrze brzmiało, jak pokazać jedzenie tak, by mój widz po obejrzeniu od razu skoczył do sklepu po składniki i zaczął robić w kuchni to samo, co ja. Wiem jakie błędy popełniłam, a popełniłam ich w tym pierwszym vlogu całe mnóstwo. Nie wiedziałabym o nich i nie wiedziałabym jak je poprawić, gdybym ich nie popełniła. Jakie to ABSOLUTNIE PROSTE! 🙂

Nauczyłam się tak wiele tylko dlatego, że w końcu ruszyłam 4 litery, zamknęłam na kłódkę swojego wewnętrznego krytyka, wzięłam oddech, spojrzałam na plakat od Tekstualnej „Bój się i działaj” i zrobiłam to, o czym myślałam od dawna. Bo od samego myślenia nic się nie dzieje. Trzeba jeszcze działać. Czasem powoli, pomalutku, krok po kroku, bez żadnej wiedzy, ale z otwartością, by taką zdobyć. Czasem z przytupem, od razu skacząc na głęboką wodę i wyciągając wnioski z popełnionych błędów. Ale działać. Zawsze działać. Bo czas i tak upłynie, czy nam się to podoba czy nie.

Zatem nie przedłużając zapraszam cię na mój kanał na YouTube i na pierwszy, jeszcze świeży odcinek pt. „Jedzenie na pocieszenie”. Zobacz jak gotuję potrawy, które zawsze poprawiają mi nastrój.

Będzie mi miło jeśli zasubskrybujesz mój kanał, zostawisz kciuka w górę jeśli ci się spodoba i skomentujesz. Twój feedback wiele dla mnie znaczy.

O czym będzie mój vlog?

O tym wszystkim, czym od 7 lat dzielę się na moim blogu.

– o jedzeniu i miłości do prostego, zdrowego gotowania
– o podróżach
– o kobiecości, macierzyństwie, rodzinie
– o budowaniu ciepłego domu
– o urządzaniu i dekorowaniu wnętrz
– o spełnianiu marzeń, rozwoju
– o tym, co mnie na codzień inspiruje
– i mam nadzieję, że o projektach DIY, za którymi szalenie tęsknię

A to wszystko będzie miało wspólny mianownik:

PROSTE I PIĘKNE ŻYCIE W DUCHU SLOW 🙂

UŚCISKI
Basia <3

Ps. Próbuj, ucz się, doświadczaj, idź na żywioł. Potraktuj to jako przygodę.
Opcje są dwie:
#1 Trudno najwyżej ci się nie spodoba.
#2 Wow! To jest to! Jaka szkoda, że tak długo zwlekałam.

Spodobają Ci się także: