fbpx

PONAD ROK Z DZIEĆMI W DOMU – JAK SIĘ ZMIENIŁAM PRZEZ TEN CZAS?

Autor: Basia Szmydt

Dzień dobry bardzo! Uff co za dzień! Jest przepiękny, upalny, czerwcowy wieczór. Właśnie udało mi się opanować pranie, a zmywarka chodzi miarowo. Dzieciaki zajęte czymś w swoim pokoju, a ja z laptopem na kolanach i herbatą w ręce usiadłam do pisania. W moim prywatnym słowniku to synonim „ogarnięcia się”.

Wiesz jaka myśl mi towarzyszy, kiedy to piszę? Że pomimo tych szalonych, ostatnich 2 lat jako rodzina poradziliśmy sobie i wciąż radzimy naprawdę całkiem nieźle. Wprawdzie wywróciliśmy nasze życie do góry nogami. Sprzedaliśmy dom pod Warszawą i zabraliśmy „cały majdan” i przewieźliśmy go w pudłach do domu teściowej. Zabraliśmy też dzieci ze szkoły i rozpoczęliśmy projekt „edukacja domowa”. No i kupiliśmy dom do remontu w Lublinie. Do tego przeżyliśmy to samo, co wszyscy czyli obostrzenia, lockdown, zakazy i nakazy związane z koronawirusem, no i nie zapominajmy o strumieniu złych wiadomości, które pojawiały się ilekroć włączyliśmy choć na chwilę TV lub radio.

Dużo tego!

Jednak gdy zaczęłam robić podsumowanie ostatnich miesięcy na potrzeby dzisiejszego wpisu, okazało się, że paradoksalnie ten czas przyniósł mi wiele dobrego, a ja sama bardzo się zmieniłam. I choć gdybym miała wybór, to jak pewnie większość z nas, wolałabym, żeby ta pandemia, lockdown i obostrzenia w ogóle nie miały miejsca, to jednak trudno mi nie przyznać, że ten czas zdecydował o wszystkich zmianach w życiu moim i mojej rodziny. Większość tych zmian jest na plus. Mimo wszystko.

Za tymi zmianami niewątpliwie stoi też współpraca, której podjęłam się pół roku temu z Panią Swojego Czasu czyli Olą Budzyńską oraz praca z jej książkami i produktami. To właśnie Ola była kobietą, która miała ogromny wpływ na moje podejście do zmiany nawyków, do codzienności i jej organizacji. A organizacja okazała się być słowem kluczowym podczas lockdownu, edukacji domowej, pracy z domu i bycia ze swoją rodziną non stop. 

Dziś chciałabym podsumować ten projekt, a najlepiej zrobię to opowiadając Ci jakie zmiany zaszły we mnie, w mojej rodzinie i co dobrego, a co złego przyniósł mi ostatni czas.

DZIECI W DOMU. WSZYSCY W DOMU.

Marzec 2020. Mamy lockdown. Zamykają szkoły. Sytuacja nowa, niektórzy nawet się cieszą, że taki urlop w środku roku. Praca zdalna, fajnie. Będzie można być w robocie na dresowo, odpoczniemy. Mamy zapasy, nadrobimy Netflixa, chwilowa sytuacja – wiadomo. Zaraz przecież wszystko wróci do normy. Do normalności! Dziś już wiemy, że z tych 2 tygodni zrobił się rok i póki co nie zapowiada się, by ta umowna normalność jakoś szybko do nas wróciła. Dosyć szybko zorientowałam się, że nie mogę wciąż czekać na to, co za rogiem. Na tę normalność właśnie. Bo co jeśli wcale nie będzie jak kiedyś? Co jeśli trzeba będzie uznać, że znana nam dotychczas definicja „normalności” jest już zupełnie nieaktualna? Przecież świat już nas i tak bardzo zaskoczył i stało się coś, co przez całe nasze życie nam się w głowach nie mieściło. A tu proszę. Zaskoczenie.

Co się we mnie zmieniło? Choć nie było to dla mnie łatwe to w końcu zaakceptowałam sytuację. To nie jest tak, że nie wolałabym, żeby było inaczej, ale zaakceptowałam fakt, że jesteśmy całą rodziną razem w domu.
Nauczyłam się nazywać ten stan nową normalnością i nieustannie powtarzałam i powtarzam sobie hasło by „grać kartami, którymi się ma”. Bo choć dla mnie dorosłej to był tylko jeden czy 1,5 roku, to dla moich dzieci, które rozwijają się i rosną w szaleńczym tempie to już szmat czasu, wspomnienia i dzieciństwo. To w mojej gestii leży, by czuły się w domu potrzebne, bezpieczne i szczęśliwe. Niezależnie od tego czy pandemia jest czy też jej nie ma. Nie chciałam, żeby moje dzieci czuły się jak niepotrzebny mebel, jak ciężar. Nie chciałam, by słyszały jak narzekam, że non stop są ze mną. Zamiast tego, gdy każdemu było ciężko, bo i takie momenty przecież się zdarzały, rozmawiałam z moimi synami tłumacząc im, że to, że mają siebie czasami dosyć jest ok. Kombinowaliśmy jak by tu zrobić, żeby każdy, pomimo siedzenia na kupie miał swoją przestrzeń i czas. Bo nie tylko dorośli tego potrzebują, uwierz mi.

Myślę, że gdy to sobie uświadomiłam nasza codzienność stała się po prostu lżejsza. Wiadomo, niemal codziennie mam momenty, kiedy irytuje mnie najdrobniejsza wzmianka moich dzieci nt. Robloxa albo innej fascynującej gry. Jednak gdy tylko czuję, że mnie albo komukolwiek w domu zaczyna się robić tzw. menisk wypukły, a emocje sięgają zenitu – już wiem co mam robić.  

Szukam wtedy przestrzeni dla siebie, dla dzieci, szukam swojego czasu. Rozdzielam zadania, zarządzam jakąś wspólną organizację dnia i zrobienie planu. 

Jesienią napisałam o tym tekst na blogu. JAK ZNALEŹĆ CZAS DLA SIEBIE?

Wszystko co wiem na temat organizacji czasu z dziećmi w domu, metody i sposoby, które się u mnie sprawdzają, a także wiele, wiele innych znajdziesz w książce Oli „Dzieci i czas”. Uważam, że to lektura ogromnie przydatna dla rodziców, zwłaszcza małych dzieci.

MOJE DZIECI NIE CHODZĄ DO SZKOŁY

Rok w edukacji domowej sprawił, że zupełnie zmieniłam podejście do edukacji moich synów i do tego, w jaki sposób powinni się uczyć i spędzać swój czas wolny. Jednym słowem już się tak nie przejmuję.
A przejmowałam, i to nawet całkiem sporo. Ten rok pokazał mi jakie dzieci są wspaniałe, mądre, jaki mają w sobie potencjał, chęć poznawania świata i uczenia się nowych rzeczy. Jeśli tylko damy im na to przestrzeń, a sami, jako rodzice, znajdziemy w sobie cierpliwość i pasję, by im tę wiedzę pomóc przyswoić. Dla mnie to jest absolutnie fascynujące. Jest jeszcze jedno – mieliśmy ten przywilej, że mieliśmy na tę domową edukację czas, mnóstwo czasu. Mogliśmy cierpliwie tłumaczyć, mogliśmy dać przestrzeń na swobodne odkrywanie i przyswajanie wiedzy. Charakter naszej pracy nam na to pozwolił i jestem za to bardzo, bardzo wdzięczna.

Nawet jeśli moje dzieci wrócą do systemowej szkoły, ja już raczej nie stanę się mamą, która przejmuje się pałą za brak pracy domowej. Nie będę ich cisnąć, żeby mieli super oceny, bo zobaczyłam, że oceny mają naprawdę niewiele z edukacją. Dzięki decyzji o domowym nauczaniu mam poczucie wygranego dla nich roku. I choć cała sytuacja ma też sporo wad, a największą z nich jest brak kolegów ze szkolnej ławki i fakt, że ja nie mogę pracować tyle, ile bym chciała, to w obecnej sytuacji nie mogliśmy dokonać lepszego wyboru.
Nauczyłam się jeszcze bardziej ufać swojej intuicji i … swoim dzieciom.

Przy domowej szkole i zdalnej pracy niezbędny jest dla mnie choć minimalny plan dnia. W zeszłym roku, kiedy to pomieszkiwaliśmy w Norwegii, napisałam wpis o tym JAK ORGANIZUJĘ I PLANUJĘ CODZIENNOŚĆ W KRYZYSOWYM CZASIE?

JESTEM DLA SIEBIE WAŻNA

Przed pandemią bycie dla siebie ważną oznaczało dla mnie wybranie się na jakiś samotny wyjazd, wakacje, wizytę w SPA itp. Co jeśli nic z tych rzeczy nie jest dostępne? Czy to oznacza, że powinnam się w całości poświęcić rodzinie, dzieciom i czekać na „normalność”? Nie, bo jeśli bym to zrobiła, to bym zwariowała. Nie, bo nie jestem tylko mamą i żoną.

Po roku bycia z dziećmi i z mężem w domu, synonimem bycia dla siebie ważną jest dla mnie wywalenie na zbity pysk swojego wewnętrznego krytyka i wewnętrznej perfekcjonistki. I och! Jakże mi z tym wspaniale! Jak lekko i dobrze mi się dzięki temu żyje. Jak to dobrze być dla siebie dobrą. Odpuścić to, co odpuścić można, przestać się tak wszystkim, a w szczególności sobą przejmować. Mieć i robić WYSTARCZAJĄCO. Jakże to wyostrza myślenie, zmienia perspektywę, pozwala być tu i teraz. 

To jest zdecydowania jedna z największych zmian, którą przyniosły mi ostatnie miesiące. Zmiana, na którą ogromny wpływ miały książki Oli Budzyńskiej, zwłaszcza moja ulubiona „Asertywność i pewność siebie”.
To jest taka książka, którą ja z chęcią kupuję swoim przyjaciółkom w prezencie. Nie dlatego, by stawały się bardziej perfekcyjne, ale dlatego, by zobaczyły, że są wystarczająco dobre i mają w sobie ogromną siłę. Na przykład do tego, by powiedzieć „nie” albo „ja też jestem ważna”

Polecam Ci wpis, który napisałam. PERFEKCJONISTKA – O TYM JAK JĄ W KOŃCU WYRZUCIŁAM ZE SWOJEGO ŻYCIA.

STAŁAM SIĘ BARDZIEJ UWAŻNA

Zawsze byłam uważna. Cieszyłam się drobiazgami i czerpałam z życia garściami. Jednak dopiero będąc z rodziną 24 h / dobę i próbując na każdym kroku znaleźć na wszystko czas i wygospodarować chwilę dla siebie, zrozumiałam, że muszę włożyć ogrom pracy w to, by przefiltrować to, czemu chcę poświęcać swój czas i energię. Rozpoczęłam wielowymiarowe i nie zawsze łatwe porządki. Rozpoczęłam ćwiczenia z asertywności. 

Zredukowałam co najmniej o połowę liczbę „znajomych” na Facebooku, z którymi nie zamieniłam słowa od co najmniej 10 lat. Przestałam obserwować wiele kont na Instagramie, uznając, że to nie jest dla mnie miejsce do utrzymywania kontaktów towarzyskich, ale przede wszystkim miejsce mojej pracy. Zaczęłam częściej mówić „nie” w odpowiedzi na propozycje współpracy, które nie były dla mnie. Wyciszyłam powiadomienia w telefonie, ustawiłam status „niedostępna”. Dla tych najważniejszych ludzi w moim życiu jestem dostępna w życiu realnym i jest to dla mnie bardzo wartościowy czas. W końcu mam go dla mojej najlepszej przyjaciółki, z którą niemal codziennie rozmawiam przez telefon. 

Od kilku tygodni redukuję stan posiadania. W pierwszej kolejności zabrałam się za tony naszych gratów, które przechowywaliśmy na strychu teściowej. Ogrom zupełnie niepotrzebnych nam rzeczy, które wywożę, oddaję, sprzedaję, wyrzucam.
Przestałam subskrybować niechciane newslettery, wypisałam się z programów lojalnościowych różnych sklepów.

Wyłączyłam wiadomości, przestałam oglądać telewizję (nawet u rodziców) i słuchać radia w samochodzie. Odcinam się konsekwentnie od złych wiadomości i psychozy, którą serwują nam media. Zamiast tego mam stare płyty CD z muzyką albo kursy językowe, gdy mnie nachodzi ochota, by się trochę pouczyć.

I w ten właśnie sposób odzyskałam i odzyskuję krok po kroku przestrzeń i czas. Czas dla mnie i mojej rodziny. Czas na to, co dla mnie, dla nas naprawdę ważne. Czuję się jakby zrzuciła z pleców kilkudziesięciokilogramowy plecak. 

Z rzeczy miłych – jestem na finiszu porządkowania rodzinnych zdjęć. Wywołane, wklejam do albumów, podpisuję i kolekcjonuję wspomnienia. Słucham przy tym fantastycznych webinarów i podcastów. Kupiłam też ostatnio Dziennik Wieloletni

Jestem nim oczarowana. Każdego dnia odpowiadam na jedno pytanie do mnie samej. Przez cały rok. Jedno pytanie na jeden dzień. W następnym roku będę robić to samo – odpowiadać na dokładnie te same pytania.
I tak przez 5 lat, bo to dziennik 5 letni. Codziennie wieczorem siadam z kubkiem herbaty i wpisuję swoją odpowiedź, wyobrażając sobie, że kiedyś moje wnuki będą to czytać, i że będzie to po mnie niesamowita pamiątka. Uwielbiam ten dziennik. To jak jest wykonany. Za jego kolor, druk, przepiękny papier i płócienną okładkę. To jeden z takich przedmiotów, który po prostu sprawia radość.

JESTEM ZORGANIZOWANA

I będę o tym mówić głośno ☺ Zawsze myślałam, że nie mam prawa tak o sobie mówić, że jeszcze tyle pracy czeka mnie, żeby móc być zorganizowaną. Bo przecież zdarza mi się zapomnieć walizkę jadąc w podróż. Albo mieć potworny bałagan. Albo nie kończyć tego, co zaczęłam. Albo odwoływać spotkania, bo się nie wyrabiam. Albo przesuwać kilka razy tzw. „deadline’y”. Współpraca z Panią Swojego Czasu, jej książki, webinary, jej filozofia, pokazały mi, że sposoby na organizację i sama organizacja jest dla ludzi, a nie odwrotnie. Że możemy planować i się organizować tak jak nam się podoba. Że możemy mieć na to swoje, nieidealne sposoby, byleby tylko nam służyły. Bylebyśmy nie wpadli w pułapkę perfekcjonizmu w organizowaniu się.

I przede wszystkim, że zrobione jest lepsze od doskonałego. 

Zatem jestem zorganizowana po swojemu i bardzo mi z tym dobrze. Już nie wyobrażam sobie swojej codzienności bez różnych narzędzi, które wcześniej leżały poupychane w szufladach, bo ja czekałam na doskonały moment. Na to, ąż będę mogła być porządnie zorganizowana. Dzisiaj moja codzienność to pokreślony do granic kalendarz, Planner Pełen Czasu do wszystkiego, karteczki elektrostatyczne, które zwalniają przestrzeń w mojej głowie, tak że nie muszę już o wszystkim pamiętać. Wystarczy, że je przykleję, gdzie tylko się da. I najlepsze na świecie pióro kulkowe Pilota. Jako maniaczka zapisywania wszystkiego znalazłam po latach ideał. Steve Jobs miał swoje czarne golfy, ja do końca swoich dni będę mieć swoje czarne Piloty ☺To właśnie nimi zapisuję najpierw wszystko, co później wysyłam do Internetu 🙂

CO POSZŁO NIE TAK?

Zastałam się i zasiedziałam. Moje ciało przypomina mi o tym każdego dnia różnymi bólami. Za dużo siedzenia przy komputerze, za dużo telefonu i pochylonej nad nim głowy. Boli kark, bolą plecy. Do tego mnóstwo podjadania i dodatkowe kilogramy, które wcale nie chcą sobie pójść. Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. Sama to sobie zrobiłam. Hasztag „zostań w domu” u mnie właśnie takie spustoszenia poczynił. Oczywiście to tylko wymówka, bo ruszać się można zawsze i wszędzie, ale ja typem sportowca nie jestem i muszę włożyć ogrom sił, by znaleźć w sobie motywację. Oczywiście mam nadzieję, że już za chwilę, już za momencik, może jak się remont skończy to wtedy ja, cała na sportowo zacznę wyciskać siódme poty na macie. Ale czy to też nie jest znowu bezsensowne czekanie na to, co za rogiem? Mam nadzieję, że w końcu wrócę na dobre tory, bo wcale się ze sobą dobrze. nie czuję przez to „zasiedzenie”.

Tak czy inaczej zmieniłam się, dorosłam i dojrzałam. Czuję to całą sobą! Nauczyłam się głośniej mówić innym „NIE’, a sobie „TAK”. Dostrzegłam to jak fajny dom stworzyłam z Tomkiem dla naszych dzieci i w kontekście naszych ostatnich przeprowadzek wcale nie mam na myśli budynku ☺

Nauczyłam się wiele o sobie, odkryłam w sobie nieznane mi dotąd pokłady cierpliwości. Nauczyłam się jeszcze bardziej słuchać swoich dzieci, otwierać się na ich problemy. Dbając o siebie stałam się fajniejszą mamą.

Jest coś jeszcze. Przestałam szukać poczucia bezpieczeństwa w świecie zewnętrznym, bo ten zmienia się jak w kalejdoskopie i wciąż jest niepewny. Znajduję je w sobie. Razem z siłą, kreatywnością, zaradnością, intuicją, mądrością i spokojem. Wszystko jest we mnie. Uświadomienie sobie tego jest najcenniejszą lekcją, jaką dał mi miniony rok.

Jakie lekcje dał Tobie?


Dzisiejszy wpis powstał we współpracy z Panią Swojego Czasu

Spodobają Ci się także:

6 komentarzy

SL 19 czerwca, 2021 - 10:56 am

Myślę, że musi Ci być ogromnie ciężko. Czytając Twój artykuł czuć jak mocno kotłuje się w Twojej głowie. Jesteś bardzo uważna ale oprócz niewątpliwych korzyści to może być przekleństwo, bo przecież tak dużo rzeczy jest wartych uwagi. Na pewno ta cecha pomaga prowadzić bloga, bo sprzyja tworzeniu wartościowych treści:).
Gdy czytam Twoje artykuły, widzę prawdziwego człowieka, a moim zdaniem to jest bardzo rzadkie. Na pewno wymaga ogromnej odwagi. Cieszę się, że o tym piszesz, bo dla innych może to być przyśpieszony kurs refleksji wewnętrznej:).
Ja jestem gdzieś w połowie drogi, o której piszesz. Również wyciszam telefon, ponieważ nie znoszę jak mi dzwoni gdy spędzam czas z rodziną. Straciłam przez to część znajomych, gdyż nie zawsze jestem w stanie oddzwaniać. W dodatku rozmowy telefoniczne mnie męczą. Odczuwam wręcz fizyczny ból gdy w komunikacji brakuje mi części niewerbalnej. W dzisiejszych czasach budzi to duże niezrozumienie ;/

Reply
Aneta 20 czerwca, 2021 - 10:06 am

Bardzo wartościowe słowa: „To w mojej gestii leży, by czuły się w domu potrzebne, bezpieczne i szczęśliwe. Niezależnie od tego czy pandemia jest czy też jej nie ma. Nie chciałam, żeby moje dzieci czuły się jak niepotrzebny mebel, jak ciężar. Nie chciałam, by słyszały jak narzekam, że non stop są ze mną. Zamiast tego, gdy każdemu było ciężko, bo i takie momenty przecież się zdarzały, rozmawiałam z moimi synami tłumacząc im, że to, że mają siebie czasami dosyć jest ok. ” – tekst polecam dalej! Cały artykuł jest dla mnie wartościowy – dziękuje! Ale te słowa mocno mnie ujęły <3

Może patrze troszkę z innej perspektywy, dopasowałam tekst pod siebie – który dał mi kopa! Dziękuje! Wiele rzeczy w codzienności pomijamy, miło było przeczytać to rodzinne ciepło, które dajesz najbliższym <3

Reply
Aneta 20 czerwca, 2021 - 10:09 am

PS: Poznaję Dziennik Wieloletni <3 Pani Swojego Czasu i fantastyczny gang <3 Pozdrawiam

Reply
RezerwatBarw 22 czerwca, 2021 - 9:57 am

Super wpis, Pozdrawiam 🙂

Reply
Kasia 22 czerwca, 2021 - 5:21 pm

Mimo, że ten rok (z pandemią w tle) wiele nie zmienił w organizacji naszego domu – poza stwierdzeniem, że praca męża w domu ze mną i synem nie wychodzi najlepiej :D, to dał jedną, bardzo ważną lekcję: nie czekać! Nie czekać z umówieniem się na spotkanie z przyjaciółmi czy znajomymi, aż przyjdzie dobry moment, nie czekać z wyjściem z mężem do filharmonii czy restauracji, aż może ktoś sam zaproponuje pomoc w opiece nad synem, nie czekać z wyjazdem do dalej mieszkającej rodziny, aż nam się zechce, nie czekać, po prostu nie czekać na coś co jest możliwe do realizacji, wymaga tylko minimum wysiłku, a nam na tym zależy. Bo przychodzi taki czas, że wszystko to staje się niemożliwe. PS. I niestety, obostrzenia schodzą, a ja się łapię na tym, że znów odsuwam w czasie pewne spotkania, ehh…Pozdrawiam, Kasia

Reply
Basia Szmydt 30 czerwca, 2021 - 2:39 pm

Dokładnie tak, ja też postanowiłam nie czekać 🙂

Reply

Zostaw komentarz

Serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na wykorzystywanie plików cookies. Ok, rozumiem