WEEKEND W MOIM OBIEKTYWIE – o tym jak się nie dać wirusowi.

Autor: Basia Szmydt

Mnie też dopadają te wszystkie złe emocje. To chyba zupełnie naturalne, że w tym niełatwym przecież czasie pojawia się strach, zniechęcenie, spadek nastroju, brak energii i frustracja spowodowana tym, że nikt z nas nie wie kiedy to wszystko, ta cała okołokoronawirusowa gorączka się skończy. Ja też się martwię. Niemal codziennie.
Martwię się zdrowiem moich bliskich, zwłaszcza rodziców, którzy muszę codziennie stawiać się w pracy, gdzie spotykają wiele osób. Martwię się sytuacją ekonomiczną kraju, moich bliskich, swoją własną. Martwię się tym, że codziennie słyszę o nowych zakazach, w tym o tym najbardziej dla mnie absurdalnym jakim jest zakaz wstępu do niektórych lasów. Martwię się kto te nakazy i zakazy wydaje i dlaczego nie obejmują one zamknięcia kościołów? Dopadają mnie te myśli po trochu każdego dnia. Pozwalam im do mnie przyjść, zwłaszcza wieczorem, kiedy w głowie tyle emocji zebranych przez cały dzień. Przychodzą, ja je akceptuję, przepracowuję je wszystkie, w swoim tempie i wypuszczam z mojej głowy razem z głębokim wydechem. Rozumiem to, że te emocje się pojawiają, ale nie pozwalam im zdominować mojego dnia. Wiesz dlaczego? Bo nieustanne zamartwianie się i narzekanie nic, absolutnie nic mi nie daje. Ciągnie mnie w dół zamiast dodawać otuchy.

A niczego mi tak bardzo teraz nie potrzeba jak otuchy, spokoju i radości. Jak nam wszystkim.

Dlatego kolekcjonuję dobre momenty, zwracam na nie uwagę jeszcze bardziej intensywnie niż zwykle, robię z nich sobie kolaż na koniec dnia albo…wpisuję do małego Notesu Wdzięczności, który trzymam w szufladzie nocnej szafki.

Nie pokażę ci wnętrza mojego notesu, ale pokażę ci kilkanaście zdjęć z naszych ostatnich, domowych dni. Za wszystkie te momenty jestem całym sercem wdzięczna. A potem opowiem ci co robię, żeby zmienić swoje nastawienie i co sprawia, że czuję się o niebo lepiej 🙂

Mogłabym tak usiąść sobie w fotelu albo w łóżku, w piżamie i narzekać. Że kiepsko z pracą, że nie można wyjść z domu, że dzieci nie chodzą do szkoły i wciąż dokazują, że trzeba oszczędzać, kombinować w kuchni, że nie wiadomo kiedy zobaczymy się z rodzicami, że ta kwarantanna potrwa dłużej niż wszyscy myślimy i tak dalej, i tak dalej… Mogłabym, ale nie mam do tego prawa. Bo kiedy tak na spokojnie się zatrzymam i rozejrzę dokoła to widzę, że ja mam już wszystko. Że w tym właśnie momencie jestem spełnionym, szczęśliwym człowiekiem, który ma to szczęście mieć bliskich obok siebie, resztę rodziny (zdrową!) na facetime, ma ugotowany obiad na każdy dzień, wodę w kranie, ciepłe i mega wygodne łóżko, a w swoim domu nie jest zamknięty tylko bezpieczny. Tak, to ja – ten szczęśliwy człowiek, który każdego dnia dziękuje po stokroć za to, co ma. Serio.

I paradoksalnie – czuję w sobie ogromny spokój i wierzę w to, że wszystko będzie dobrze.
Ufam na 100 % w to, że Ktoś tam na górze ma na mnie, na moją rodzinę plan. I wierzę całą sobą w to, że to jest plan doskonały.

Co robię, żeby tak właśnie się czuć? Żeby pielęgnować w sobie ten spokój?

1. Przede wszystkim myślę (na głos) na co tak naprawdę mam realny wpływ, a na co nie mam go ani trochę.

Nie mam wpływu na to co leci w wiadomościach, na to jak długo będzie trwała ta sytuacja i te wszystkie obostrzenia. Niezależnie od tego jak bardzo będę zła z tego powodu nie mam wpływu na to, by zaszła jakakolwiek zmiana w tym zakresie. Mogę zostać w domu i nie spotykać się z ludźmi. Mogę odbyć kwarantannę, kiedy z zagranicy wraca mój mąż, myć ręce, chodzić co jakiś czas do sklepu w maseczce i w ten sposób nie rozsiewać żadnych zarazków. Koronawirusa czy też grypy, czy też innej cholery.
Nie mam wpływu na to, że firmy jedna po drugiej zaczną upadać ze względu na ekonomiczny kryzys. Mój wpływ może ograniczać się do wspierania małych, polskich marek, które tego wsparcia tak bardzo potrzebują albo do kupowania różnych używanych rzeczy na olx, żeby wesprzeć ludzi, dla których te kilkadziesiąt złotych zarobku będzie bardzo istotne w domowym budżecie.

Jednak są rzeczy, na które mam olbrzymi wpływ. Ogromny wręcz! i to ja sama jestem za te wszystkie rzeczy odpowiedzialna. Spisałam je sobie wszystkie na kartce i czytam tę listę niemal codziennie.

2. Dbam o to, jakie informacje przyswajam.

Mogłabym usiąść w fotelu i oglądać wiadomości. W końcu lecą 24 h na dobę. Wszystkie złe, katastroficzne, pełne smutku, wirusa i śmierci. Przepychanki polityków o to kto ma rację, przekłamywanie faktów i te nieustannie migające na czerwono napisy, które każą nam słowem „epidemia” wypełnić cały dzień.
Wypisuję się. Wyłączam. Dłużej juz tego słuchać nie mogę. Już więcej nie chcę analizować tego, kto ma rację. Tego co jest prawdą, a co czystą manipulacją i polityczną grą. Wystarczy.
Tak samo jak złe wiadomości, którymi każdy z nas jest karmiony jak z kroplówki, odstawiam na bok ulubione kryminały i thrillery. To nie czas dla mnie na książki pełne krwi, śmierci, tajemniczych morderstw, smutku, depresji i samotności. Jestem tym co czytam, słucham i oglądam i mam na to duży wpływ. A teraz chcę być chodzącym spokojem. Teraz jedyne czego pragnę to spokoju, miłości i radości dla siebie i swojej rodziny.

Próbowałaś kiedyś włożyć na uszy słuchawki z lecącą spokojnie mantrą? Na przykład podczas gotowania obiadu. Wyobraź sobie, że zamieniasz lecące w tle wiadomości na mantrę wdzięczności. Na przykład taką jak ta (link).
Na początku może być śmiesznie, ale jeśli tylko pooddychasz sobie spokojnie i po prostu skupisz się na czynności, którą robisz i na muzyce lecącej w tle, możesz, tak jak ja, poczuć jak stres odpuszcza.
Kiedy włączam wiadomości czuję jak wzrasta we mnie napięcie.
Kiedy słucham spokojnej muzyki czuję jak ogarnia mnie spokój.
Dla mnie wniosek w tym przypadku jest bardzo prosty.

Przyjmuję dobre informacje. W internecie oglądam ludzi, którzy uśmiechają się do tej kamerki telefonu i całym sobą próbują przekazać swoją dobrą energię światu. Ja to kupuję! Internet teraz rozkwitł! Trzeba tylko umiejętnie filtrować treści. Trzeba sobie wzajemnie poprawiać nastrój.

Oglądam bajki Disneya z dziećmi i płaczę ze wzruszenia. Śmieję się w głos, gdy włączamy „Kuchenne rewolucje” z Magdą Gessler. Słucham wspaniałej, pełnej miłości muzyki, słucham opowieści moich synów (czasem naprawdę niekończących się). Czytam pozytywne książki, które wnoszą dużo do mojego życia, które uczą mnie spokoju, opowiadają piękne historie.

Dzwonię do przyjaciół, do rodziców i razem się śmiejemy.

Mam wpływ na to, jakimi informacjami się karmię. To ja dokonuję wyboru.

2. Planuję to jak będzie wyglądał mój dzień.

To czemu poświęcam swój czas zależy ode mnie. Czy spędzę go w łóżku, zajadając smutki chipsami, czy zrobię porządki w szafie i z dużą starannością poskładam wszystkie swoje ubrania. Czasami każda z tych opcji jest dobra. Ważne to wsłuchać się w siebie i w swoje potrzeby. Ważne to wiedzieć na co dziś mamy energię. Rekomenduję jednak nie wylegiwać się w tym łóżku zbyt długo ani nie podchodzić do codzienności zbyt ambitnie. Znajdźmy złoty środek 🙂 Na mnie ogromny wpływ miały słowa mojej przyjaciółki Moniki Mrozowskiej (polecam ci jej konto na instagramie), która pewnego dnia na swoim stories oświadczyła wszem i wobec, że ona ten czas kwarantanny zamierza poświęcić sobie i temu, by kiedy wszystko wróci do normy, założyć gotową już przepiękną, żółtą sukienkę bez pleców i wyjść z ogromną radością w miasto. Czyż to nie jest wspaniała wizja? Żeby właśnie teraz robić wszystko na co brakowało nam czasu, a na co nie potrzeba ogromnej ilości pieniędzy? Ja czytam wspaniałe książki, co chwilę zaparzam sobie dzbanek ciepłej wody z imbirem, cytryną, goździkami, miętą i cynamonem. Szoruję się szczotką na sucho, biorę naprzemienne prysznice, zdrowo sobie gotuję (nawet z resztek!) i codziennie ćwiczę jogę (czasem tylko 10 minut!). Ba! nawet robię antystarzeniowy masaż twarzy po kąpieli i wmasowuję w twarz jakieś cudowne olejki i guzik mnie obchodzi czy to dzia