fbpx

ZAJĘCIA DODATKOWE DLA NASZYCH DZIECI – TAK CZY NIE?

Autor: Basia Szmydt

Bycie mamą to dla mnie najpiękniejsza przygoda i jednocześnie najtrudniejsze wyzwanie, z jakim przyszło mi się zmierzyć. Moje dzieci potrafią w 3 sekundy wywołać u mnie łzy wzruszenia, rozbawić jak nikt, rozczulić, doprowadzić do szału i sprawić, że pół nocy nie prześpię, bo się martwię. Prawdziwe morze emocji.

To martwienie się dostałam chyba w pakiecie razem ze słodkim niemowlakiem zawiniętym w becik. 
„Buy one, get one free”. 
Wszystko dlatego, że tak jak każdy rodzic – CHCĘ DLA NICH JAK NAJLEPIEJ <3

Kiedy każdy z nich był tak mały jak bochenek chleba martwiłam się czy przybierają na wadze, czy oby na pewno dadzą radę dopasować się do siatek centylowych, na które zerkałam od czasu do czasu wertując książeczkę zdrowia, stawiając kropki zaostrzonym ołówkiem w odpowiednim miejscu. Martwiłam się czy ten krzyk w nocy to na pewno tylko kolka.

Później, gdy odrośli nieco od podłogi i zaczęli chodzić niepewnie stawiając kroki, martwiłam się o kolejne nabijane guzy, o to że za mało jedli, i że płakali zostając z babcią, kiedy ja wychodziłam do pracy.

Dzisiaj martwię się o ich relacje z kolegami w szkole, o to czy dadzą sobie radę, kiedy ktoś będzie im dokuczał, o to jak wychować ich dobrze jako braci i jak nie wyróżniać żadnego z nich. Martwię się o to czy poradzą sobie w nowej szkole, czy szkoła, którą dla nich wybierzemy jest tą najbardziej odpowiednią. Czy nie za mało się ruszają, czy nie jedzą za dużo słodyczy i czy zbyt długo nie przesiadują na tabletach.

Martwię się umiarkowanie dużo, ale zawsze po cichu.
Głośno ich za to chwalę. 
Nieustannie. 
Dodaję im odwagi, mówię, że kocham, i że dumna z nich jestem cholernie. 
I że mogą wszystko, a ja pomogę im spełniać marzenia ile mi sił starczy (i pieniędzy też 😛 ).

Szkołą się też martwię. Tym czego się nauczą, z jakim bagażem doświadczeń pójdą w świat. Czy nie przegapię odpowiedniego momentu na naukę gry na perkusji, na robotykę, na naukę pływania, tańca, śpiewu, języków obcych. Czy zapewnię im to wszystko w odpowiedniej dawce? I czy w ogóle zapewniać powinnam?

Zajęcia dodatkowe – czasem luksus, na który można sobie pozwolić, by rozwijać umiejętności i talenty naszych dzieciaków. Czasem zmora, gdy mieszkając na wsi albo wracając po ciężkim dniu w pracy, trzeba wozić te nasze pociechy z miejsca na miejsce, bo wydaje nam się, że robimy słusznie, że dajemy im szansę. Czasem przerost formy nad treścią i wyrzucanie pieniędzy w błoto, a czasem… nasze niespełnione ambicje, za które wysoką cenę płacą właśnie nasze dzieci w ekstremalnych przypadkach nie mając czasu na …bycie dzieckiem po prostu.

Dzisiaj opowiem Ci o tym jaki jest mój stosunek do zajęć dodatkowych moich dzieci. 
O tym czy edukacja według mnie rzeczywiście ma miejsce tylko w szkole.
O tym w jaki sposób rozwijam ich talenty i wreszcie o tym, że wcale nie chcę być „matką roku” w tej kwestii.

ZAJĘCIA DODATKOWE CZYLI CO?

Dla mnie to coś, co sprawia moim dzieciom przede wszystkim przyjemność. Coś co będzie ich rozwijać, ukierunkowywać odpowiednio i uczyć. No właśnie uczyć. Uczyć tak, by nie wiedzieli, że się uczą, by nie mieli poczucia, że po szkole idą do kolejnej szkoły, ale by ta nauka była dla nich przede wszystkim zabawą. Bo kiedy mają się bawić jeśli nie teraz, kiedy są dziećmi?
Kiedy myślę o zajęciach dodatkowych myślę: sport, nauka języka obcego, zajęcia manualne.

Z JAKICH ZAJĘĆ DODATKOWYCH ZREZYGNOWALIŚMY?

Gdy nabierałam doświadczenia jako mama, jednocześnie dzień po dniu uczyłam się obserwować moje dzieci i ich słuchać. Coraz rzadziej dokonywałam wyborów „dla ich dobra” i „bo ja tak chcę”, a coraz częściej w oparciu o ich osobowości, pragnienia i indywidualne potrzeby. Zwłaszcza w kwestii zajęć dodatkowych.
Może zacznę od tego z jakich zajęć zrezygnowałam (oczywiście wspólnie z moim mężem i dziećmi) i dlaczego.

Treningi piłki nożnej.
Odbywały się po szkole, na świeżym powietrzu, czyli super. Jednak trzeba było wieźć chłopców do sąsiedniej wsi na boisko. No i tu zaczynał się problem, bo zmęczeni szkołą Michał i Marcin po prostu zasypiali w samochodzie, a dojeżdżając na miejsce często rezygnowaliśmy, bo żal było tak zaspanego malucha wyciągać z auta. Dziś myślę, że może byli trochę za mali, a może piłka to nie jest ich żywioł? Zrezygnowaliśmy.

Język angielski z Helen Doron.
Do dziś wierzę, że ta metoda jest super, ale nie dla moich synów i nie w tej szkole, do której trafiliśmy. Gdy zapytałam moich chłopców, na potrzeby tego wpisu, które zajęcia dodatkowe wspominają źle, obaj jednogłośnie stwierdzili, że angielski z Helen Doron. Wypisaliśmy ich po jakiś trzech miesiącach na ich prośbę. Próbowaliśmy rozmawiać z właścicielką szkoły, z nauczycielką prowadzącą, z naszymi dziećmi również. Wszystko na nic. Diagnoza: nauczycielka, która nie słuchała dzieci, i która w grupie miała swoją córkę, która uprzykrzała życie reszcie grupy. Moje dzieci i inne dzieci z grupy, wychodziły z zajęć podenerwowane. Chłopcy niczego z zajęć nie wynieśli, a więcej słówek angielskich nauczyli się grając w Minecraft’a. To z kolei nauczyło mnie, by nie trzymać ich na siłę w jakimś miejscu tylko dlatego, że muszą uczyć się języków. By szukać nowych metod i rozwiązań zanim nauka obcego języka będzie kojarzyć się im tylko ze stresem.

Robotyka LEGO.
Tu również w grę wchodziło dowożenie starszego syna na zajęcia. Taki urok mieszkania pod miastem niestety :/ Zajęcia były dosyć drogie i jednocześnie nudne. Wszystkie dzieci były traktowane tak samo niezależnie od wieku, a wiadomo, że w przypadku konstruowaniu z lego i lego technics dzieciaki mają inne umiejętności w zależności od wieku. Michał zaczął się nudzić już na 5 zajęciach, a wykupiliśmy cały semestr. Coś tam poszło nie tak. Grupa była źle dobrana, choć niewielka i przy odrobinie chęci można było skupić się na różnych preferencjach dzieciaków. Miałam wrażenie, że prowadzącemu się po prostu nie chciało i „odbębniał” te 40 minut. Szkoda tylko, że to zubożało mój portfel i czas. Ale zamiast się czepiać po prostu wypisałam Michała z robotyki. Odpadły nam dojazdy, a on wrócił do konstruowania w swoim pokoju.

JAKIE ZAJĘCIA DODATKOWE OKAZAŁY SIĘ BYĆ STRZAŁEM W 10?

Wiedzieliśmy, że naszym dzieciom potrzebne są zajęcia sportowe.
Wiedzieliśmy też, że język angielski w szkole to za mało.
Wiedzieliśmy również, że ich miłość do budowania z klocków lego to niewątpliwy talent, który można przekuć w coś extra.

Jakie zajęcia wybraliśmy? Które z nich okazały się być strzałem w 10? Oto one:

Karate
To jedyne zajęcia, na które aktualnie regularnie wozimy nasze dzieci. Opuścili tylko kilka, ze względu na podróże. We wszystkie inne dni bez żadnego marudzenia pakują swoje kimona do torby i jada na zajęcia. Dlaczego akurat te zajęcia sportowe u nich „zatrybiły”? Powodów jest kilka, ale według mnie głównym jest trener czyli sensei, który potrafi doskonale chłopaków zmotywować, poprowadzić zajęcia i sprawić, że „zziajani” wychodzą z sali i za każdym razem mówią, że było…epicko J Kilka dni temu zdali egzamin na pomarańczowy pas! Jestem dumna. W dniach, w których mają treningi zasypiają wieczorem natychmiast.

Nauka angielskiego w domu z Allright 
Tak jak wspominałam najpierw była nietrafiona przygoda z Helen Doron. Potem próba spotkań z nauczycielką angielskiego, która przyjeżdżała do chłopaków do domu – z tego też zrezygnowaliśmy. Chłopcy niechętnie zbierali się na te lekcje i narzekali, że mają szkołę po szkole, i że to oczywiście niesprawiedliwe, bo oni chcą się bawić. Potem zaczęłam przyglądać się lekcjom angielskiego on-line. Zastanawiałam się czy to okaże się być dobrą metodą nauki języka dla moich dzieci, które już zdążyły się źle do nauki angielskiego nastawić :/ 

Gdy dostałam maila z propozycja współpracy ze szkoły on line AllRight umówiłam mojego starszego syna na pierwszą próbną lekcję.
Michał na początku stresował się bardzo i tylko kiwał głową. Nauczycielka po drugiej stronie monitora potrafiła go jednak ośmielić, rozbawić i rozruszać, tak że po 30 minutach Michał stwierdził „Ale to już? Tak szybko? Kiedy następne spotkanie?”. Po tym małym sukcesie wykupiliśmy lekcje dla obu naszych synków. Na początek raz w tygodniu. Docelowo planujemy, by spotykali się z nauczycielem dwa razy w tygodniu. Obaj póki co są chętni do nauki, co cieszy nas ogromnie!

Dlaczego akurat ta forma nauki języka zdała egzamin na tym etapie rozwoju chłopców?

– Lekcja w Allright to nauka języka poprzez zabawę. Chłopcy są jeszcze mali i zabawa jest jednak priorytetem – umówmy się. Podczas lekcji dziecko bierze udział w interaktywnych językowych zabawach. Rysuje palcem po ekranie, rozwiązuje zagadki, uczy się piosenek – wszystko z angielskim w tle. 

W szkole angielskiego Allright można wybrać lekcje z native speakerem lub z lektorem mówiącym również w języku polskim. Wybraliśmy drugą opcję, z językiem polskim. WIedzieliśmy, że dla naszych synów, na początek tej przygody to bardzo ważne. Bali się, że nie będą rozumieć nauczyciela i stresowało ich to.

– Pierwsza lekcja jest zupełnie darmowa. W ten sposób można sprawdzić czy ta metoda odpowiada nam i naszemu dziecku.

– Kolejna, bardzo istotna sprawa – laptop lub tablet. Fakt, że nasi synowie mają okazję, by użyć tych sprzętów jest już zaletą samą w sobie. Takie czasy, że do elektroniki ciągnie ich bardziej niż do ręcznie zrobionych fiszek ze słówkami. Przykład na to jak można dobrze to wykorzystać 🙂

ps. Zapomniałam o jeszcze jednej, szalenie ważnej rzeczy – nie musimy naszych dzieci wozić na zajęcia z angielskiego, a to przy mieszkaniu na wsi i robieniu dziennie kilkudziesięciu kilometrów przy tak zwanej okazji baaaaardzo duża zaleta i wygoda.

Jeśli chcesz zobaczyć jak taka lekcja wygląda, teraz jest dobra okazja, by spróbować, bo mam dla Ciebie kod rabatowy. Jeśli wykupisz pakiet 5 lekcji w szkole Allright dodatkowo, po wpisaniu hasła „BASIA” w miejsce kodu rabatowego otrzymasz dwie lekcje gratis. Oferta jest aktywna do końca lutego 2020. 

KOD RABATOWY –> KLIKNIJ TUTAJ

Nauka poprzez zabawę w szkole, czyli zajęcia rozwijające z klockami LEGO w tle

W naszej szkole od września są dodatkowe zajęcia, które okazały się tak super, że zapisało się na nie większość dzieciaków z klas 0-3. Dzieci w grupach dobranych wiekiem spotykają się dwa razy w tygodniu, w godzinach pracy szkoły (ok. 13-14). Na zajęciach prowadzący najpierw snuje jakąś opowieść dotyczącą danego tematu, np. rakiet kosmicznych, niedźwiedzi polarnych czy dżungli. Potem pokazuje jakiś problem, który dzieciaki muszą rozwiązać. Do dyspozycji mają klocki LEGO i swoją niczym nieograniczoną kreatywność. Ostatnio mój syn rozpłakał się, kiedy musiał opuścić te zajęcia, bo wyjeżdżaliśmy. To wystarczający dowód na to, że są trafione. Chłopcy są zachwyceni i w tym przypadku również twierdzą, że jest… epicko. Dla mnie te zajęcia to dodatkowy plus – nasi synowie integrują się z rówieśnikami i spędzają z nimi wartościowy czas zamiast nudzić się na świetlicy albo wracać do domu tuż po lekcjach. No i też nie musimy ich wozić 🙂

ZAJĘCIA, KTÓRE ORGANIZUJEMY IM SAMI

Teraz trochę przewrotnie, bo przecież nie od dziś wiadomo, że ja ze swoimi synami bawić się za bardzo nie lubię i nie umiem. Ale jest coś, co sprawia, że moje dzieci uwielbiają spędzać ze mną czas – najlepiej na świecie czytam książki wcielając się w różne role i organizuję najfajniejsze wycieczki. Jestem też naprawdę dobra we wszystkich plastycznych aktywnościach i po mistrzowsku opanowałam recepturę na masę solną. 

Niech mi ktoś powie czy nauka rzeczywiście ma miejsce tylko w szkole? Moim zdaniem absolutnie nie! Mam poczucie, że nasze dzieci ogrom wiedzy zdobywają w czasie poza szkołą. A my, ich rodzice im w tym pomagamy. Jak? Oto nasze sposoby:

Podróże mniejsze i większe
To jak chłopcy chłoną świat i uczą się patrzeć na wszystko z szerokiej perspektywy, to jak uczą się nowych smaków, zapachów, nowych kultur, miejsc, jak doświadczają przyrodę – to jest coś, czego nie da im żadna książka, żadna godzina lekcyjna w szkole i żaden film na dvd. Jestem bardzo, bardzo wdzięczna, że mam możliwość im to dać. Że mogę zabrać je na weekend do Trójmiasta, że możemy zwiedzać świat. Wydałabym na to każdy grosz, serio. Podróże kształcą, a wspomnienia zostają na zawsze. Nasi chłopcy niemal codziennie przypominają sobie jakąś rzecz, przygodę z danej podróży. Czasem są to wspomnienia z Chorwacji, a czasem ze wsi niedaleko Tomaszowa Lubelskiego.

Wspólny czas – planszówki, lepienie z masy solnej, czytanie, robienie kolaży 

Czyli po prostu czas w domu i spokojne weekendy, jeszcze z rodzicami. Nasi chłopcy są jeszcze w takim wieku, kiedy spędzanie czasu z rodzicami jest fajne. Zostało nam tego czasu niewiele – wiem to. Dlatego tak ważne dla mnie jest teraz zbudowanie z nimi więzi, pokazanie, że w domu mają swoją bazę, do której zawsze mogą wrócić, w której mogą poczuć się bezpiecznie. Kiedyś miałam problem z tym, że chłopcy najchętniej siedzieliby non stop w domu. Ja z naturą wiecznego „szwędacza” nie mogłam tego zrozumieć. Dziś myślę sobie, że to nawet dobrze, że czują tu spokój. A w świat i tak ich porwę prędzej czy później. Albo porwą się sami pewnie szybciej niż mi się zdaje 🙂
Co robimy w domu w wolnych chwilach? To zależy, bo każdy z naszych synów jest zupełnie różny. Z Marcinem ja lepię z masy solnej, wycinam obrazki z gazet i robię kolaże, rysuję, maluję farbami, przesadzam kwiatki i czytam mnóstwo książek. Z Michałem, najczęściej Tomek, gra w planszówki, ja oglądam z nim dokumenty na Netflixie, podsuwamy mu kolejne książki, które pochłania i nieustannie dyskutujemy. Ja i mój mąż na zmianę 🙂 Wszystko dzieje się w tak zwanym międzyczasie, bez spiny. Czas z nimi to nieustanne rozmowy, odpowiadanie na dziesiątki pytań, kłótnie i dyskusje, objaśnianie jak to działa, ale i zostawienie ich w spokoju, bo jesteśmy z Tomkiem zwolennikami nudzenia się, kiedy jest się dzieckiem. Z nudy powstają najlepsze pomysły.

Wypady do biblioteki
To moja ulubiona ostatnio aktywność. Odkryłam biblioteki na nowo. Ja i moje dzieci. Jeździmy tam co piątek. Co w bibliotece można spotkać oprócz książek? Autorów ulubionych lektur podczas organizowanych z nimi spotkań autorskich, kolejne (darmowe) zajęcia z robotyki i programowania, wystawy, miękkie fotele, w których można się zatopić, gdy chcemy natychmiast coś poczytać. Biblioteki mają w sobie magię. Wierzę w to, że te wycieczki uczą moich synków kultury i tego, że czytanie zawsze potrafi zabrać nas w zupełnie inny świat.

Nauka samodzielności
Pozwalam, choć czasem zamykam oczy ze strachu. Ale pozwalam. Coś pokroić, wbić coś młotkiem, czegoś spróbować, pójść gdzieś samemu, zrobić drobne zakupy, podjąć samodzielną decyzję. Pozwalanie im to jedna z cenniejszych dla nich lekcji.

Zabawki 
Nie za dużo i nie wszystkie. Nie odmawiam moim dzieciom książek, ulubionych komiksów Michała, materiałów plastycznych dla Marcina, zabawek edukacyjnych, takich, z których cos można konstruować, budować, lepić. Kupuję im tez audiobooki, bo idealnie sprawdzają się u nas podczas jazdy samochodem i gdy nie chce się spać – zamiast kołysanki. 

To chyba tyle. Nie wiem czy to wystarczy, nie wiem czy robimy dobrze, ale wierzę, że dajemy im jako rodzice wszystko, co możemy – nasz czas, naszą uwagę i miłość. Przekazujemy im naszą wiedzę, bez oczekiwań, że będą w czymś najlepsi. Odpowiadamy na ich niezliczone pytania, wyjaśniamy, tłumaczymy i choć czasem brakuje nam śliny i cierpliwości to wierzę, że wychowujemy ich na dobrych chłopaków. Takich, którzy potrafią powiedzieć „kocham”, „przepraszam”, „nie chcę”, „proszę”. Takich, którzy w siebie wierzą, znają swoją wartość i możliwości, którzy nie będą bać się przekraczać swoich granic w spełnianiu marzeń. Wierzę, że wszystko co teraz im pokazujemy, wszystkie doświadczenia, które zdobywają będzie nie tylko wspomnieniem, ale też tym, co ich ukształtuje. 

————————————————————-
Partnerem mojego dzisiejszego wpisu jest szkoła AllRight

Loading

Spodobają Ci się także:

19 komentarzy

Olamari 4 lutego, 2020 - 8:30 pm

No i fajnie dzieci mają z Wami! A martwienie się chyba rzeczywiście dostajemy w pakiecie… Trudno przed tym uciec i chyba nie ma takiej potrzeby. Byle umieć nie umęczyć tym dzieci. Moje dzieci są już dorosłe i rzeczywiście czas, kiedy martwiłam się o sprawy, o których piszesz szybko minął. Troska o nich dalej jest, ale patrząc teraz na to, jak dobrze sobie radzą, taka powiedziałabym pełna radosnego oczekiwania…

Reply
Basia Szmydt 5 lutego, 2020 - 9:35 am

Lubię czytać komentarze rodziców dorosłych dzieci – to daje mi zupełnie nowe spojrzenie ba różne rzeczy i … spokój masz rację – byle nie umęczyć tym dzieci

Reply
Melodia 4 lutego, 2020 - 8:59 pm

Jak tylko dzieci chcą to czemu nie. Ale ta strona do angoelskiego to nie po naszemu
Muszę powiedzieć, że mnie zaskakujesz i to pozytywnie. Zawsze coś ciekawego u Ciebie znajdę i nawet korzystam z rad. Dajesz mi motywacje i konsternacje.

Reply
Basia Szmydt 5 lutego, 2020 - 9:36 am

A czemu nie po naszemu? 🙂

Reply
Magda 4 lutego, 2020 - 9:00 pm

Genialny post Basiu. Dzięki temu będę wiedziała na co zwrócić uwagę przy wyborze zajęć dodatkowych u moich jeszcze przedszkolnych dzieci. Ja miłam w głowie taką wersję, że zapiszę je na zajęcia które wg mnie będą się im podobały a następnie same zdecydują na które chcą chodzić. W taki sam sposób jak Ty. A ten angielski jest super pomysłem. Ile czasu się zaoszczędza nie spędzając go w samochodzie a pieniądze które wydałabym na paliwo mogę przeznaczyć na edukację dzieci. Dziękuję za wskazówki

Reply
Basia Szmydt 5 lutego, 2020 - 9:37 am

Cieszę się ❤️

Reply
Marlena 5 lutego, 2020 - 9:29 am

Uważam, że na zajęcia dodatkowe warto zapisać dziecko nawet jeśli ono samo nie chce. Dzieciom powinniśmy stale pokazywać nowe rzeczy, uczyć ich nowych czynności. Wg mnie całkiem fajnym pomysłem jest nauczenie dziecka gry w staromodne szachy 🙂
Na pewno ta gra pozytywnie wpływa na rozwój dziecka.

Reply
Basia Szmydt 5 lutego, 2020 - 12:07 pm

Jasne, można pokazywać – z tym się zgadzam. Szachy są super. Mój starszym gra ze swoim tatą często. Dla mnie niestety to czarna magia

Reply
Asia 5 lutego, 2020 - 11:25 am

u nas króluje Odyseja Umysłu kolejny rok 🙂 cudowne zajęcia na których dzieciaki uczą się pracy zespołowej, mają przestrzeń na kreatywność 🙂
Mimo tego, że zajęcia wymagają sporo czasu i zaangażowania dzieci i mojego – wiem, że warto 🙂

Reply
Basia Szmydt 5 lutego, 2020 - 12:05 pm

Mam podobnie z zajęciami w naszej szkole, o których piszę w poście super, ze dzisiaj mamy tyle możliwości.

Reply
Kasia 5 lutego, 2020 - 12:11 pm

Strona otwiera się z linka po rosyjsku, dlatego ktoś pisał, że nie po naszemu

Reply
Natalia 5 lutego, 2020 - 5:06 pm

Moje dzieci są nieco starsze ale mamy raczej problem ze wszystko by chciały, więc jest umowa że każdy może wybrać 2 rzeczy plus angielski obowiązkowo (nie online, bo temu jako nauczyciel jestem przeciwna z wielu względów). Ale są to zajęcia które sami wybierają zgodnie ze swoimi zainteresowaniami (sport, tańce, programowanie). Korzystamy sporo z domów kultury, są naprawdę spoko. A na mieszkanie w mieście zdecydowaliśmy się min. Po to, żeby nie mieć problemów z dowozeniem, w mieście łatwiej.

Reply
Basia Szmydt 6 lutego, 2020 - 7:35 am

A czemu jesteś przeciwna lekcjom on line?

Reply
Agata 5 lutego, 2020 - 5:59 pm

Myślę że jesteś wspaniała mama, pozdrawiam

Reply
Karolina 6 lutego, 2020 - 1:00 pm

Hej, Basiu jako mama 6 latka uważam, że najważniejsze to „nic na siłę”. Ale dla odmiany powiem, że u nas zarówno angielski metodą Helen Doron jak i lego robotyka sprawdzają się doskonale! (choć dziecko mam wybredne…) To zasługa wspaniałej kadry, ludzi niesamowicie zaangażowanych w to co robią. Także polecam wszystkim sprawdzić, kto i jak prowadzi zajęcia w Waszej miejscowości 🙂 pozdrawiam

Reply
Basia Szmydt 6 lutego, 2020 - 7:50 pm

Zgadzam się ❤️

Reply
puch ze słów 7 lutego, 2020 - 2:17 pm

Siatki centylowe …. to koszmar… popełniłam błąd że dałam się tym siatkom zaplątać…
Zajęcia dodatkowe to sprawa indywidualna każdego z nas każdego dziecka bo każdy z nas innym jest… 🙂

Reply
Izabela 19 lutego, 2020 - 7:12 am

Jak będę miała dzieci, to oczywiście będę słuchać ich i brać pod uwagę ich pragnienia i potrzeby, ale bardzo chciałabym, żeby od najmłodszych lat uczyły się języków obcych – jeśli będzie to możliwe to angielskiego i jeszcze jakiegoś innego oraz uprawiały jakiś sport. Nieważne, czy to basen, gry zespołowe czy sporty walki. Inne rodzaje aktywności – niech próbują, jeśli będą chciały.

Reply
Adrianna 23 lutego, 2020 - 4:49 pm

Ja miałam trudny orzech do zgryzienia, ponieważ moje dzieciaki nie paliły się do zajęć dodatkowych, a uważałam, że dodatkowe umiejętności zawsze się przydadzą. Córka bardzo lubi robić zdjęcia i stwierdziłam: a może fotografia? Niechętnie poszła na pierwsze zajęcia, a teraz sama się przygotowuje do wyjazdów i nie może się doczekać kolejnych zajęć. Dla niej to forma rozrywki, a ja się cieszę, że się rozwija. Muszę jeszcze namówić na coś synka. Super wpis, jak zawsze zresztą.

Reply

Zostaw komentarz

Serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na wykorzystywanie plików cookies. Ok, rozumiem