fbpx

ISLANDIA – 7 DNI, PLAN PODRÓŻY, ATRAKCJE, KOSZTY. CZ. 3

Autor: Basia Szmydt

To już ostatnia część relacji z mojej tygodniowej wyprawy na Islandię. 7 dni, tyle wystarczyło, bym zauroczyła się tym miejscem totalnie i do dziś nie mam pojęcia, dlaczego aż tak! Przecież ja wolę turkusową wodę, biały piasek na plaży i przyjemne 26 stopni w cieniu. Tak właśnie myślałam, dopóki nie zobaczyłam Islandii. Magia tego miejsca, piękno islandzkiej przyrody i ta atmosfera, której doświadczyłam na organizowanym wyjeździe z Klubem Podróżników Soliści, sprawiły, że już kombinuję jak wrócić tu latem, choć na kilka dni. A latem jest tu podobno najpiękniej.

Zanim pokażę Ci dziś kolejny fragment Islandii, zachęcam do przeczytania części 1 i 2. Wtedy historia będzie kompletna.
Znajdziesz w nich mnóstwo pięknych zdjęć, szlaków i potrzebnych przed wyjazdem informacji. Jednak nie zbieraj ich zbyt dużo. Daj się Islandii choć trochę zaskoczyć <3

ISLANDIA CZ. 1

ISLANDIA CZ. 2

DZIEŃ 4

Lodowiec Vatnajökull

Niektóre źródła podają, że jest to największy lodowiec w Europie, inne że jeden z największych. Pewne jest to, że jest ogromny , a jego powierzchnia to ponad 8 tysięcy km2, co stanowi 8% całego lądu Islandii. To pod tym lodowcem ukrywa się najwyższy szczyt Islandii Hvannadalshnjúkur, a także jedne z największych i najbardziej aktywnych sejsmicznie wulkanów.
Gorąca lawa ukryta pod lodem – takie rzeczy tylko na Islandii.

Niesamowity widok na lodowiec możemy podziwiać przy ładnej pogodzie podczas startu samolotu do Polski. Robi ogromne wrażenie!

Tego dnia trafiła nam się pogoda idealna. Bezchmurne niebo i odsłonięte szczyty gór i lodowiec w swej okazałości.
Dotarliśmy na miejsce w okolice Diamond Beach. Znajduje się tutaj jezioro polodowcowe, do którego wpadają wielkie bryły krystalicznie czystego lodu. Przy odpowiednim świetle lód jest błękitny. Lodowiec cały czas się topi, tak jak wszystkie lodowce na naszej planecie, więc ten krajobraz ze zdjęć nieustannie się zmienia. Bryły lodu w jeziorze łamią się, kruszą, a następnie spływają do Oceanu Atlantyckiego, który mniejsze kawałki wyrzuca na brzeg plaży z czarnym jak smoła piaskiem.

Pomiędzy bryłami lodu pływają foki! Jeśli masz lornetkę – weź ją, żeby lepiej przyjrzeć się tym pięknym zwierzętom.

Diamond Beach czyli Diamentowa Plaża to doskonałe miejsce na spacer i na sesję fotograficzną. Surowy, minimalistyczny krajobraz, lodowe diamenty porozrzucane na czarnym piasku i skrzący się w słońcu ocean. Coś pięknego. Ta plaża wygląda inaczej w zależności od pogody i pory roku. Chciałabym ją zobaczyć zimą lub jesienią w pochmurny dzień.

Zostawiliśmy lodowiec i diamentową plażę, by pojechać w kierunku kolejnego miejsca. Tym razem do kanionu rozsławionego przez idola milionów – Justina Biebera. To właśnie ten gwiazdor nakręcił dwa swoje teledyski na Islandii. Tym samym otworzył poniekąd puszkę Pandory, a jego pielgrzymujące fanki, dosłownie zadeptały niektóre szlaki. Między innymi te w kanionie Fjaðrárgljúfur. Justin w teledysku biega po niebezpiecznych urwiskach jak po zielonej łące, nie zważając na to, że pod nim jest przepaść i żadnego zabezpieczenia. Jak się zapewne domyślasz jego fani i fanki robili to samo. Nie mam niestety żadnych danych dotyczących wypadków w tym miejscu. Tak czy siak wchodzić tam gdzie Justin nie wolno, a kanion podziwiać możemy z wyznaczonych miejsc. Wciąż robi ogromne wrażenie.

Kanion Fjaðrárgljúfur

A tutaj jeszcze zostawiam teledysk Justina — > KLIK

Choć czwartego dnia na naszej liście był tylko lodowiec i kanion, to pokonaliśmy kilkaset kilometrów naszym busem. Po drodze wstąpiliśmy na pyszną zupę rybną w miasteczku Vik. A na koniec dnia – wiadomo: kolacja, prysznic, gorąca bania przed domkiem i dłuuuuugie rozmowy o tym jaka ta Islandia jest piękna.

DZIEŃ 5

To był jeden z najtrudniejszych dla mnie dni na Islandii. Mam oczywiście na myśli pokonane kilometry i trekking w górach. Tak to jest jak się pracuje przy komputerze stanowczo zbyt długo w ciągu dnia, a potem jedzie nieprzygotowanym kondycyjnie z Solistami na Islandię. No ale dałam radę. I to w całkiem dobrym stylu.

WODOSPAD GLYMUR

Żeby zobaczyć ten prawie 200 metrowy wodospad, najpierw musimy do niego dojść. Czeka nas ok. 1,5 godzinny trekking i tutaj odpowiednie buty to „must”. Bez nich może być ciężko. Tak jak pisałam w poprzednich postach, na Islandii nie znajdziemy zbyt wielu zakazów i barierek chroniących nas przed upadkiem, zatem wspinając się musimy mieć oczy dokoła głowy, bo tuż przy szlaku są 200 metrowe przepaście. Nie ma się czego bać, wystarczy zachować ostrożność.

Widoki zapierające dech w piersiach. Kabanosy zjedzone po takim wysiłku i z taką panoramą to jest mistrzostwo świata.
Wodospad powstaje z rzeki Botnsá. Dla chętnych jest dodatkowa atrakcja. Można się w tej rzece wykąpać. Woda ma temperaturę kilku stopni 🙂

Najpierw weszliśmy na górę, potem trzeba było z niej zejść 🙂 Krokomierze w zegarkach szalały, a to nie był jeszcze koniec chodzenia na ten dzień. Przed nami kolejna atrakcja – wrak rozbitego samolotu. Jednak, żeby go zobaczyć, trzeba przejść się spacerkiem jakieś 3,5 km w jedną stronę. Zatem dzień 5 wyprawy na Islandię, okazał się być rekordzistą, jeśli chodzi o wykonane kroki.

Wrak samolotu na plaży Sólheimasandur

Wrak samolotu amerykańskich sił powietrznych leży na plaży od 1973 roku i mimo ogromu turystów, którzy na niego i do niego wchodzą, ma się całkiem dobrze. Samolot rozbił się, a raczej bezpiecznie się rozbił, z siedmioma członkami załogi. Nikt nie zginął, a wrak do dziś stanowi atrakcję dla zwiedzających. W towarzystwie klifów, niespokojnego oceanu i ciągnącej się kilometrami czarnej, powulkanicznej gleby, wygląda jak z planu katastroficznego, apokaliptycznego filmu. Wiem, ja znowu o filmach, ale tutaj nie da się inaczej. Islandia inspiruje!

Sugeruję odpuszczenie wspinania się na wrak, skakanie po nim czy niszczenie jakiegokolwiek elementu.

Gdy byliśmy już w drodze powrotnej do domku, ktoś rzucił pomysł, byśmy wstąpili jeszcze na Półwysep Dyrhólaey. Byłam już tak zmęczona, że zaczęłam kręcić nosem. Do tego pogoda nie sprzyjała, bo lodowaty wiatr dosłownie urywał głowy. Ale kiedy jesteś na Islandii, nie mówisz „nie”, inaczej ominą Cię najlepsze momenty. Tak samo było i tym razem.

Półwysep Dyrhólaey

Ten widok… Sama siebie szczypałam. Serio. I te ptaki, tysiące białych ptaków jak z filmu Avatar (a jakże!).

Zdjęcie powyżej jest odpowiednio wykadrowane. Pode mną nie ma przepaści tylko zielone zbocze. Jestem przeciwniczką takiej postawy „wszystko za zdjęcie”. To bezsensowne ryzyko. A teraz spójrz w lewy, dolny róg zdjęcia powyżej. Kogo tam widzisz? 🙂

Oczywiście to maskonury! Najsłodsze ptaki, jakie widziałam. Wyglądają jak z kreskówki i są prawdziwą wizytówką Islandii. Do Polski przyjechał ze mną magnes z maskonurem.

Maskonur po łacinie oznacza „braciszek arktyczny” 🙂 Można go spotkać na pełnym morzu. Ten maluch potrafi nurkować na głębokość aż 60 metrów!

Rozzłoszczony ptak rozpościera skrzydła, otwiera dziób i zaczyna tupać, by sprawiać wrażenie groźnego. Jeśli napastnika nie uda się odstraszyć, maskonur atakuje dziobem oraz skrzydłami. Zazwyczaj jednak ptaki te starają się unikać konfrontacji i w tym celu, chcąc zamanifestować swe pokojowe zamiary, opuszczają dziób na pierś, by przechodząc nie prowokować innych osobników. Ptaki te, na co wskazują obserwacje, przykładają ogromną wagę do interakcji społecznych, a ich zachowania potrafią być niezwykle złożone, wręcz ceremonialne. Przykładem może być moment lądowania maskonura, który odpowiednio wysuwa jedną stopę, by pokazać, że nie stanowi dla innych współbratymców zagrożenia

źródło Wikipedia

To był naprawdę dobry dzień. A jego zwieńczeniem była roztańczona zorza polarna, którą podziwialiśmy kąpiąc się w bani pod domkiem. Dobranoc, niech mnie ktoś uszczypnie jeszcze raz.

DZIEŃ 6

Na ten dzień zaplanowano między innymi wycieczkę do stolicy, której ja osobiście nie mogłam się doczekać. I choć Islandia oszałamia przede wszystkim naturą, to ja uwielbiam poczuć choć przez chwilę energię miasta. W Rejkjaviku zabrakło mi… czasu! Dostaliśmy go zdecydowanie za mało, co tylko wzmogło mój apetyt odnośnie powrotu na Islandię. Podczas krótkiego spaceru po tej najmniejszej, europejskiej stolicy, zdążyłam złapać w swoje kadry kilka kolorowych domków i nowoczesną bryłę opery, która swoim kształtem nawiązuje do lodowca. Niesamowita! Wstąpiłam też do kilku sklepów z pamiątkami, na pyszny obiad (oczywiście fish and chips) i kawę z rogalikiem wypełnionym kardamonem i cynamonem.

Polecam tę restaurację. Pyszna, świeża ryba i solidne porcje. Cena ok. 90 zł (fish&chips + pepsi).

Tej witrynie nie mogłam się oprzeć. Co za klimat! W środku tego stareńkiego domku zamienionego na kawiarnię, zapach aromatycznych przypraw i kawy wręcz przytula.

Pamiątki z serialu „Gra o tron” możemy spotkać tutaj niemal wszędzie. W sklepie z wełnianymi swetrami mieszkał sobie kot.

Zachwycający budynek opery Harpa w Rejkjaviku. Wielokrotnie nagradzany na całym świecie. Podoba mi się to, że Islandczycy dopasowują budynki przy brzegu do otaczającej natury, a nie odwrotnie. Opera miała przypominać lodowiec i kryształy lodu. Wygląda pięknie, gdy odbijają się w niej promienie słońca i ocean.

Kolory Rejkjaviku.
Tęcza na chodniku prowadzi wprost do kościoła w centrum miasta.

Musieliśmy zostawić Rejkjavik, bo o konkretnej godzinie mieliśmy wykupiony rejs statkiem na pełną wodę. Cel – poszukiwania wielorybów i innych morskich stworzeń. I choć początkowo nikt oprócz mnie nie wierzył w to, że je spotkamy, to emocje rosły z każdą minutą. Każdy cierpliwie wypatrywał na oceanie wielkich ogonów.

Rejs statkiem i wieloryby

Udało się! Młody humbak wynurzył się tuż przed naszymi oczami kilka razy. Ciężko jest zrobić takie zdjęcie, gdy trzeba zbierać szczękę z podłogi. Wtedy trzeba wybierać: albo zdjęcie albo przeżycia. Taki moment, gdy zwierzę się wynurza nie trwa długo.

Widzieliśmy mnóstwo delfinów, dwa młode humbaki i setki nurkujących maskonurów 🙂

DZIEŃ 7

Ostatniego dnia naszej wyprawy, wczesnym rankiem, zrobiliśmy wspólne śniadanie ze wszystkiego, co zostało nam w lodówce, spakowaliśmy się, posprzątaliśmy domek i ruszyliśmy w stronę Rejkjaviku. Samolot do Polski mieliśmy dopiero wieczorem, a to oznaczało, że czeka na nas jeszcze jedna atrakcja.

Sky Lagoon czyli geotermalne SPA okazało się być wisienką na torcie tej wyprawy. Nikt z nas nie spodziewał się takiego efektu WOW.

Baseny podgrzewane gorącymi źródłami, doskonale zaaranżowane i wkomponowane w czarne, wulkaniczne skały. Naturalny wodospad, widok na Ocean Atlantycki, bar z zimnym prosecco i siedmiostopniowy rytuał dla ciała. Najpierw kąpiel w lagunie, potem schłodzenie się w kilkustopniowej wodzie, następnie gorąca sauna z wielkim oknem na ocean, wejście do zimnej mgiełki, cukrowy peeling całego ciała, łaźnia parowa i prysznic. To było taaaaaakie dobre!

Cena takiej atrakcji to 360 zł. Drinki nie są wliczone w cenę. Na miejscu jest też restauracja, w której zjedliśmy pyszną i sycącą zupę. Tak zrelaksowani mogliśmy ruszyć na lotnisko.

To już koniec relacji z mojej islandzkiej wyprawy Mogę śmiało stwierdzić, że to był jeden z najlepszych wyjazdów w moim życiu. Zrobię wiele, żeby znowu tam wrócić.

Jeśli chciałabyś przeżyć swoją islandzką przygodę, ale boisz się samodzielnego jej organizowania albo nie masz z kim pojechać, albo chciałabyś poznać nowych super znajomych, to ja gorąco polecam Ci trip ISLANDIA CLASSIC z Klubem Podróżników Soliści. To jest naprawdę fantastyczna przygoda!

ISLANDIA CLASSIC – ZOBACZ TUTAJ SZCZEGÓŁY TAKIEJ WYPRAWY

Na koniec obiecany, krótki, ale treściwy film z mojej islandzkiej wyprawy. Zapraszam!

Spodobają Ci się także:

6 komentarzy

Atka 19 maja, 2022 - 8:53 pm

Basiu, świetna relacja z podróży. Islandia również jest moim marzeniem, a oglądając Twoje relacje miałam ochotę natychmiast wykupić wycieczkę u Solistów. Muszę przyznać, że kilka razy dziennie oglądałam Twoje relacje z podróży…Coś pięknego. Naprawdę dobra robota. Dziękuję Ci.

Reply
Basia Szmydt 20 maja, 2022 - 5:16 am

Dziękuję

Reply
Halina 21 maja, 2022 - 9:27 am

Piękne zdjęcia i interesujący przekaz-wspaniała relacja.Cieszę się,że nie rezygnujesz z bloga.Lubię tu do Ciebie zaglądać.

Reply
Basia Szmydt 21 maja, 2022 - 9:36 am

dziękuję <3

Reply
Kasia 21 maja, 2022 - 10:31 am

Basiu, byłam podekscytowana Islandią z twojej relacji. Dawkowała sobie wpisy, uważając, żeby nie obejrzeć u nie przeczytać całości za szybko. Wspaniały wpis i wspaniała przygoda. Dzięki, że jesteś moimi oczami na świat 🙂 pozdrawiam serdecznie!

Reply
Basia Szmydt 21 maja, 2022 - 11:32 am

Kasiu dziękuję Ci za miłe słowa. Robiłam dużo, żeby uchwycić w kadry Islandię. Życzę Ci tego świata i odkrywania go <3

Reply

Zostaw komentarz

Serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na wykorzystywanie plików cookies. Ok, rozumiem