fbpx

WARSZAWA 3 dniowe wakacje

Autor: Basia Szmydt

Plan by spędzić kilka dni samotnie pojawił się w mojej głowie już dawno. A jakże!
Do torby spakowana minimalna ilość rzeczy. Laptop. Notes. Kilka długopisów. Wizja? Tylko ja i moje myśli skrupulatnie spisywane w jakiejś miłej knajpce, przy kubku gorącej kawy. Brak sprecyzowanych planów. Brak wyrzutów sumienia. Sms do chłopaków, którzy zostali w domu co kilka godzin. Doładowanie baterii i totalne wyciszenie się. Tak wyglądała wizja. Jak przedstawiła się rzeczywistość? Nieco bardziej intensywnie niż to sobie przewidziałam.
Kilka godzin w warszawskich, piątkowych korkach (Warszawa przypomniała mi o swoich ciemniejszych stronach, ale o tym za chwilę).
Grafik pękający w szwach od ilości spotkań ze znajomymi i przyjaciółmi. W konsekwencji dla każdego z nich miałam za mało czasu (jak to w Warszawie).
Laptopa nawet nie wyjęłam z torby.
Wieczorne, kulinarne spotkania u przyjaciół przyjemnie przeciągały się do go późnych godzin nocnych.

Intensywnie, hedonistycznie i swojsko. Tak jak lubię.
Czasu na przemyślenia na temat życia i tego co ze sobą w przyszłości zrobić miałam niewiele. Było go jednak wystarczająco dużo, żeby zastanowić się po raz kolejny za co ja tę Warszawę tak naprawdę lubię, a za co niekoniecznie.

Lubię za to, że jest w środku Polski. Dzięki temu, z tymi którzy są ciągle zbyt daleko spotykamy się uczciwie – w połowie drogi.
Za ludzi, którzy je tworzą, na których mogę gapić się godzinami. Reprezentują wszelkie możliwe klasy społeczne, wizerunki i nastroje.
Za predyspozycje i wszystkie możliwości rozwoju, spędzania czasu (wolnego też), doświadczania, jeśli tylko otworzysz się i to weźmiesz.
Za wszystkie knajpki, śniadaniownie i zabite dechami budki, w zaułkach, które serwują najlepszą kuchnię, a wiedza o ich istnieniu jest bardzo cenna.
Za Wisłę, panoramę miasta widoczną z Mostu Siekierkowskiego. Za kamienicę na Pradze, z elewacją poranioną przez kule Powstania.
Za Powiśle i życie toczące się pod Mostem Poniatowskiego. Za Ochotę i ten obskurny blok na Szczęśliwickiej, z którym mam tyle wspomnień.
Za Królikarnię na Mokotowie i park, który z nią sąsiaduje, którego nazwy nigdy nie pamiętam, a w którym kiedyś spotkałam błotnego żółwia.
Za żoliborskie wille i tramwaje.
Za kierowców i ich mega uprzejmy styl jazdy (na zameczek!).
Za energię i tempo, które chyba każdemu nadaje niebezpieczny rytm od poniedziałku do piątku, po to by łagodnie się z nim obejść od sobotniego poranku począwszy.
Wreszcie za anonimowość. w którą mogę się zatopić, która pozwala mi na to, by totalnie nie przejmować się tym jak wyglądam, co mam na sobie i co myślę, kiedy tylko mam na to ochotę.

Nie lubię za to, że bardzo łatwo w Warszawie można pomylić pojęcia „rozwój osobisty” z „wyścigiem szczurów”.
Za korki, które sprawiają, że posiadanie samochodu w stolicy, w moich oczach urasta do rangi absurdu, a bus pas staje się najlepszym kumplem.
Za strefę płatnego parkowania rozrastającą się coraz bardziej.
Za konsumpcjonizm, który chyba nigdzie indziej w tym kraju nie osiągnął takiego rozmiaru. Nie wierzysz? Idź o 17:00 w piątek do Złotych Tarasów. Będziesz w ulu.
Za pysznych ludzi, na każdym kroku podkreślających w dość obsceniczny sposób swoje stołeczne miejsce zamieszkania. Bardzo często mają się za kogoś lepszego, zapominając, że w dowodzie jako miejsce urodzenia (i spędzenia większości swojego życia) mają wpisane np. Lublin, Kraśnik, Ciechanów czy Radom.
Za samowolkę budowlaną na obrzeżach miasta. Za rezydencje rodem z dynastii sąsiadujące z zakładem wulkanizacji w jaskrawych kolorach.

To esencja ukochanego miasta według mojego subiektywnego zdania. Tym razem nie zdołałam go uchwycić w moim obiektywie, tak jakbym tego chciała.
Lubię to intensywne życie. Lubię kierunek, w którym zmierzam razem z Tomkiem. Kierunek na nasz wiejski dom. Pod warunkiem, że jest blisko miasta, do którego będę uciekać, by napić się bezsensownie drogiej kawy w papierowym kubku, zjeść lansiarskie śniadanie z chrupiącym, wypiekanym na miejscu, inspirowanym francuskimi recepturami chlebem w roli głównej. Ucieknę by trochę pobyć. Po warszawsku rzecz jasna.

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 DSC_0705 DSC_0719 DSC_0722
(3 ostatnie zdjęcia są autorstwa Adriana)

Na koniec miks zdjęć instagramowych i komórkowych, który bardzo lubię.

5

1. Ukochane Powiśle i wspomniane życie pod Mostem.
2. Okno w mieszkaniu Przyjaciółki <3
3. Lubię ten widok. Lubię to światło.

6

1. Taki piątek. Korki i niefajnie.
2. 17:00 Złote Tarasy. Jestem w ulu.
3. Jak wyżej.

3

1. Poranne śniadanie z moją ulubioną blogerką.
2. Przyjemności, które poprawiły nieco humor, kiedy totalnie przemokłam.
3. Nishka i Monika na Moście Poniatowskiego 🙂

2

1. Krótkie spotkanie z Agą. Za krótkie!
2. Czuły Barbarzyńca na Powiślu i huśtawka na samym środku!
3. Emilia. Moja.

4

1. Pies Manolo, który waży tyle co bułka 😀
2. Chyba najładniejszy zaułek warszawskiej Starówki.
3. Śniadanie z przemiłą Karoliną, Adrianem i Moniką :*

U mnie tyle 🙂
Jak Wasz weekend?

Spodobają Ci się także:

15 komentarzy

natalijka 20 października, 2014 - 8:48 pm

też byłam w Warszawie 🙂
właściwie to zgadzam się z Tobą. Pierwsze 18 lat mojego życia w Lublinie, kolejnych 10 w Warszawie, teraz od 4 lat znowu Lublin i tak póki co zostanie. Ale co jakiś czas warszawskie szlajanie się konieczne. Przeplata się tam wiele wspomnień, wiele świetnych miejsc- ale na co dzień za duża, zbyt chaotyczna. bywam więc i dla mnie tak jest dobrze. myślę że wasze plany też się świetnie zapowiadają!

Reply
Ewa 21 października, 2014 - 6:37 am

Eh Baśka. W życiu w Warszawie mnie nie było ale dzięki Tobie widzę, że tam ciekawie. Czy pięknie? Pięknie jest wszędzie tylko trzeba samemu to odkryć.

Reply
Gosia 21 października, 2014 - 7:58 am

Piękne zdjęcia ,swietnie że masz czas i ochotę pozegnac na chwile cały domowy młyn u wyrwać sie w tak piękne miejsce .

Reply
Paulina 21 października, 2014 - 8:01 am

Najlepsza Warszawa <3 Ja w sobotę wyszłam o 1. w nocy z pracy, ale dla nocnego spaceru po mieście było warto 🙂 Czy wiesz może, gdzie ten piękny beżowo-różowy szal kupiła Monika? 😉

Reply
Basia Szmydt 21 października, 2014 - 8:20 am

Nie mam pojęcia 🙂

Reply
Tekstualna 21 października, 2014 - 2:11 pm

Zara 🙂

Reply
Paulina 13 listopada, 2014 - 3:50 pm

Thank you <3 Chcę go!

Reply
Karolina 21 października, 2014 - 9:34 am

W Warszawie nigdy nie byłam, jakoś było mi nie po drodze i zapierałam się, że nie pojadę bo nie lubie tego miasta. Oglądając te Twoje relacje z samotnych weekendów sama mam ochotę się tak wybrać (tym bardziej, że mam tam kilku znajomych). Wirtualnie zarażasz miłością do tego miasta, mimo że jakieś tam wady wg Ciebie ma.

Reply
chola 21 października, 2014 - 2:26 pm

W Warszawie żyje się nie lekko, ale też uważam, że koniecznie będzie to moje miasto do pobycia. Raz na jakiś czas:)

Reply
Pani_B 21 października, 2014 - 7:50 pm

Kocham Warszawę. Na co dzień jednak nie doceniam tego co mam. W weekend widzę ją znowu oczami zakochanej dziewczyny:) Lublin też uwielbiam – tam studiowałam, tam (wciąż) kieruje wspomnienia. Fajnie żyć i tu i tu. Fajnie, że niedługo będziesz bliżej:)))) Mam nadzieję, że kiedyś Cię spotkam na ulicy:)

Reply
charlottebu 22 października, 2014 - 11:42 am

Mieszkam w Krakowie, od kilku lat. Pochodzę z południowej Małopolski, studiowałam w Lublinie, a tutaj spotkałam swojego męża, no i zostałam ku mojemu wielkiemu zachwytowi, bo zawsze w Krakowie mieszkać chciałam. W dzieciństwie, w czasach licealnych i studenckich wyjazdy do Krakowa kojarzyły mi się z podróżami do centrum wszechświata, gdzie wszystko pachnie, nawet bruk o poranku, gdzie wszyscy są piękni, nawet gdy są brzydcy i gdzie są sklepy, w których nawet ktoś taki jak ja- dziecko prowincji, poczuć się może jak milion dolarów, choćby kupił to, na co go stać- zwykłą bluzkę, ale z metką, która rzuci się w oczy wszystkim, którzy w Krakowie ze mną nie byli. Sklepy z płytami winylowymi, odrapane kamienice, trakcje tramwajowe i zapach podwójnie egzotycznych kebabów dopełniały zawsze wszystkiego, za czym tęskniłam. A teraz mieszkam tutaj, pracuję i będę wybierać tutejszego prezydenta miasta. W Rynku jestem raz na ruski rok, w komnatach wawelskich byłam raz, nie mam czasu na łażenie po sklepach z winylami. Ale nadal kocham to miasto. A kiedy bardzo do niego przywykam i zapominam, jaka jestem szczęśliwa, że tu jestem, sięgam po zapach Famme Angel Schlesser, który lata temu kupiła w krakowskiej Galerii Centrum (Basiu, czy lubelska przy Krakowskim Przedmieściu/ Narutowicza jeszcze istnieje?????) moja mama. W moim nowym Krakowie mam swój stary Kraków, inaczej to nie ma sensu. Póki czas, łap Warszawę i kolekcjonuj wspomnienia. Zapachy przede wszystkim! To takie piękne, że można zakląć czas w miejscu, które się kocha. Pozdrawiam ciepło.
ps. A mój weekend był taki jak być powinien weekend po bardzo ciężkim tygodniu pracy:)

Reply
Basia Szmydt 22 października, 2014 - 3:21 pm

Super komentarz dziękuję 🙂
Galerii Centrum w Lublinie juz nie ma, za to w podziemiach całkiem fajny klub 🙂

Reply
RedRose 30 października, 2014 - 9:28 pm

Emilia? Blogujaca? Lubie ten Twoj uśmiech

Reply
Hostel Mish Mash 11 stycznia, 2018 - 7:56 am

Bardzo inspirująca relacja z weekendu w naszej pięknej Stolicy 😉 Można żyć w Warszawie przez wiele lat i wciąż nie mieć pojęcia o wielu jej urokliwych zakątkach. Dzięki takim blogom poszerzamy swoją wiedzę o miejscach godnych uwagi. Świetne zdjęcia!

Reply
Cart 28 marca, 2018 - 6:09 am

Złote tarasy najlepsze. Super konstrukcja 😀

Reply

Zostaw komentarz

Serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na wykorzystywanie plików cookies. Ok, rozumiem