EDUKACJA MOICH DZIECI – moje niepokoje i fascynujące alternatywy dla szkoły

Autor: Basia Szmydt

Zostaliśmy poniekąd zmuszeni do tego, by się zatrzymać. Część z nas musi, mimo trudnego czasu, chodzić do pracy, część zostaje w domu. Całymi rodzinami, przy jednym stole, w końcu przyglądamy się tym wszystkim rzeczom, na które wcześniej być może brakowało nam czasu. To czas skrajnych i często trudnych emocji, czas nauki przebywania ze sobą w tak dużym wymiarze czasu, w zamknięciu. Kwarantanna zbiera żniwo. Mamy na głowie nasze dzieci i ich sprawy. Jedną z takich spraw, której teraz wszyscy w mniejszym lub większym stopniu poświęcamy swoją uwagę jest bez wątpienia edukacja naszych dzieci. I o niej właśnie będzie mój dzisiejszy wpis.

Na wstępie pragnę zaznaczyć, że dzisiejszy wpis to zbiór moich osobistych doświadczeń
i przemyśleń i dotyczy edukacji moich synów. Daleka jestem od umieszczania wszystkich
w jednym worku. Dzieci są różne. Różne są ich potrzeby, umiejętności i talenty. Są dzieci
(i ich rodzice), które uwielbiają chodzić do szkoły państwowej i uwielbiają odrabiać lekcje
i dla mnie to jest ok. Szkoła szkole także nie jest równa. Różne są równiez nasze życiowe sytuacje i pole manewru. Daleka również jestem od tego,
by wytykać błędy i czepiać się nauczycieli. Nie taka jest moja intencja, bo wiem,
że ci nauczyciele są w tym systemie tak samo poszkodowani jak dzieci. I tak samo jak dzieci zderzają się ze ścianą, mimo swojego powołania i często chęci zmian zaistniałej sytuacji. Niemniej jednak w całej tej historii najważniejsze jest dziecko, a w tym konkretnym poście – moje dzieci. Chciałabym podzielić się z innymi rodzicami swoimi doświadczeniami związanymi z edukacją, które zebrałam przez ostatnie kilka lat. Chciałabym pokazać,
że czasem, jeśli jest taka możliwość, istnieje opcja, by zejść z utartej ścieżki i schematu i uczyć dzieci w inny sposób.

Rozdział I – nasza historia z edukacją domową i z metodą Montessori

Gdyby nie różne zdarzenia w naszym życiu, pewnie nigdy nie doświadczylibyśmy alternatywnych form nauki z naszymi dziećmi. Kiedy 5 lat temu przeprowadzaliśmy się z Lublina na naszą wieś musieliśmy znaleźć chłopakom nowe przedszkole. Okazało się wówczas, że tylko jedno przedszkole miało wolne miejsca (szukaliśmy prywatnych placówek) i było to przedszkole montessoriańskie. Nasz starszy syn był w tym przedszkolu tylko niecały rok, młodszy prawie 2 lata. Jako rodzice byliśmy wtedy totalnie zafascynowani tym jak działa to przedszkole i jakimi metodami się w nim pracuje. Obserwowaliśmy jak są prowadzone zajęcia, jakie umiejętności zdobywają chłopcy, jak pięknie uczą się samodzielności, jak budzona jest w nich ciekawość do świata. Mnóstwo zajęć odbywało się na dworze. Dzieciaki miały na przykład swój warzywny ogródek, w którym przesiadywały godzinami. Uczyły się uprawy warzyw, pielęgnowały hodowlę tychże warzyw, a następnie wykopywały je i w przedszkolnej kuchni przygotowywały jakieś potrawy, które później samodzielnie nakładały na talerze i zjadały na obiad. To wtedy dowiedzieliśmy się, że dziecko nie potrzebuje mieć instrukcji na wszystko, że rozwija się lepiej jeśli doświadcza, popełnia błędy, a my dorośli jesteśmy tylko w pobliżu, w myśl zasady „pomóż mi to zrozumieć”.
Nauczanie metodą Montessori było w naszym przypadku tylko krótką przygodą, ale nawet tak krótkie doświadczenie pokazało nam, że istnieje coś więcej niż tradycyjne przedszkole (do których wcześniej nasze dzieci chodziły), niestety często pełne kar i nagród za zachowanie, rysowania w ławkach szlaczków, braku zgody na wychodzenie poza linie i ogólnej musztry :/

Jakiś czas później nasze życie potoczyło się tak, że wyjechaliśmy na kilka miesięcy za granicę. Michał we wrześniu zaczął naukę w 1 klasie szkoły podstawowej, a nasz wyjazd przypadł na koniec października. Wtedy zdecydowaliśmy się by przejść na system nauczania domowego, a po powrocie dołączyć do klasy Michała. Na Karaiby zabieraliśmy chłopca ze sporymi problemami w obszarze integracji sensorycznej. Chłopca, który w każdy możliwy sposób sygnalizował nam, że nie dorósł do siedzenia w ławce przez kilka godzin. Zdaniem nauczycielki Michał miał duże problemy z pisaniem literek, z usiedzeniem w ławce, z czytaniem i wszystkim, co według podstawy programowej pierwszoklasista na sam początek umieć powinien. Jednym słowem – kiepsko. Będąc 5 miesięcy na wyspie nasze dzieci głównie spędzały czas w wodzie, na palmie kokosowej albo zakopane po szyję w piasku. Czyli integracja sensoryczna odbywała się przy okazji, a pierwszoklasista (i przedszkolak też!) robił wszystko, czego dziecko w jego wieku potrzebuje najbardziej – był w ruchu. Okazało się, że całodniowe ugniatanie piachu miało potężny wpływ na to jak nasze dziecko pisze (mała i duża motoryka). W międzyczasie Michał sam, z nudów, sięgnął po książkę i zaczął składać litery. Po kilku dniach czytał, a jego pierwszą przeczytaną książką były „Przygody Mikołajka”. Ze szkolnym podręcznikiem i szkolnymi zadaniami pracowaliśmy 2-3 razy w tygodniu po 2-3 godziny. Cała reszta to były niekończące się rozmowy naszych dzieci między sobą i z nami, pytania, których nie pozostawialiśmy bez odpowiedzi, obserwowanie życia wyspy, przyrody, innej kultury, osłuchanie z innym językiem itd.
Do szkoły Michał wrócił jako inne dziecko. Nauczycielki go nie poznawały i były ogromnie zdumione. Bo wróciło dziecko, które radzi sobie bez problemu, które nie dość że dogoniło klasę to w wielu aspektach tę klasę wyprzedziło. Stał się bardzo empatyczny, nieustannie opowiadał o tym, co go interesuje i był chętny do nauki.
Dla nas rodziców to był przykład na to, że jeśli dziecku zapewni się przestrzeń, a aktywności dobierze adekwatnie do wieku, to dziecko samo, intuicyjnie zacznie sięgać po różne rzeczy, samo zechce zdobywać informacje na różne tematy, szlifować umiejętności itd. Zarówno przedszkole Montessori i krótkie doświadczenie z edukacją domową sprawiło, że temat nauczania naszych dzieci powracał do nas co jakiś czas. W tym miejscu przypomina mi się cytat, który podkreśliłam ostatnio w numerze 1/2018 Magazynu Kreda:

„Gdy decydujemy się na rozwiązanie pozostawiające więcej przestrzeni dziecku, gdy postawimy mu pytania:
Co cię interesuje? Ile chcesz poświęcić czasu na każdy z przedmiotów? Czym chcesz się zająć w większym stopniu? W jakich dziedzinach chciałbyś być bardzo dobry? Z czego chcesz korzystać? Co uważasz za swoje mocne strony? Jak zamierzasz zobaczyć efekt swojej pracy? I otrzymamy na nie odpowiedzi, stwarzamy możliwość, aby dziecko rzeczywiście się rozwijało. To znaczy myślało, podejmowało decyzje, brało za nie odpowiedzialność, dokonywało wyborów, popełniało błędy, korygowało swoje decyzje, szukało własnego pomysłu na uczenie się, upewniało się w swoich zainteresowaniach i uczyło samodzielnej pracy. A na tym chyba nam, rodzicom, zależy najbardziej. Chyba.” Marcin Sawicki Magazyn Kreda nr 1/2018