fbpx

EDUKACJA MOICH DZIECI – moje niepokoje i fascynujące alternatywy dla szkoły

Autor: Basia Szmydt

Zostaliśmy poniekąd zmuszeni do tego, by się zatrzymać. Część z nas musi, mimo trudnego czasu, chodzić do pracy, część zostaje w domu. Całymi rodzinami, przy jednym stole, w końcu przyglądamy się tym wszystkim rzeczom, na które wcześniej być może brakowało nam czasu. To czas skrajnych i często trudnych emocji, czas nauki przebywania ze sobą w tak dużym wymiarze czasu, w zamknięciu. Kwarantanna zbiera żniwo. Mamy na głowie nasze dzieci i ich sprawy. Jedną z takich spraw, której teraz wszyscy w mniejszym lub większym stopniu poświęcamy swoją uwagę jest bez wątpienia edukacja naszych dzieci. I o niej właśnie będzie mój dzisiejszy wpis.

Na wstępie pragnę zaznaczyć, że dzisiejszy wpis to zbiór moich osobistych doświadczeń
i przemyśleń i dotyczy edukacji moich synów. Daleka jestem od umieszczania wszystkich
w jednym worku. Dzieci są różne. Różne są ich potrzeby, umiejętności i talenty. Są dzieci
(i ich rodzice), które uwielbiają chodzić do szkoły państwowej i uwielbiają odrabiać lekcje
i dla mnie to jest ok. Szkoła szkole także nie jest równa. Różne są równiez nasze życiowe sytuacje i pole manewru. Daleka również jestem od tego,
by wytykać błędy i czepiać się nauczycieli. Nie taka jest moja intencja, bo wiem,
że ci nauczyciele są w tym systemie tak samo poszkodowani jak dzieci. I tak samo jak dzieci zderzają się ze ścianą, mimo swojego powołania i często chęci zmian zaistniałej sytuacji. Niemniej jednak w całej tej historii najważniejsze jest dziecko, a w tym konkretnym poście – moje dzieci. Chciałabym podzielić się z innymi rodzicami swoimi doświadczeniami związanymi z edukacją, które zebrałam przez ostatnie kilka lat. Chciałabym pokazać,
że czasem, jeśli jest taka możliwość, istnieje opcja, by zejść z utartej ścieżki i schematu i uczyć dzieci w inny sposób.

Rozdział I – nasza historia z edukacją domową i z metodą Montessori

Gdyby nie różne zdarzenia w naszym życiu, pewnie nigdy nie doświadczylibyśmy alternatywnych form nauki z naszymi dziećmi. Kiedy 5 lat temu przeprowadzaliśmy się z Lublina na naszą wieś musieliśmy znaleźć chłopakom nowe przedszkole. Okazało się wówczas, że tylko jedno przedszkole miało wolne miejsca (szukaliśmy prywatnych placówek) i było to przedszkole montessoriańskie. Nasz starszy syn był w tym przedszkolu tylko niecały rok, młodszy prawie 2 lata. Jako rodzice byliśmy wtedy totalnie zafascynowani tym jak działa to przedszkole i jakimi metodami się w nim pracuje. Obserwowaliśmy jak są prowadzone zajęcia, jakie umiejętności zdobywają chłopcy, jak pięknie uczą się samodzielności, jak budzona jest w nich ciekawość do świata. Mnóstwo zajęć odbywało się na dworze. Dzieciaki miały na przykład swój warzywny ogródek, w którym przesiadywały godzinami. Uczyły się uprawy warzyw, pielęgnowały hodowlę tychże warzyw, a następnie wykopywały je i w przedszkolnej kuchni przygotowywały jakieś potrawy, które później samodzielnie nakładały na talerze i zjadały na obiad. To wtedy dowiedzieliśmy się, że dziecko nie potrzebuje mieć instrukcji na wszystko, że rozwija się lepiej jeśli doświadcza, popełnia błędy, a my dorośli jesteśmy tylko w pobliżu, w myśl zasady „pomóż mi to zrozumieć”.
Nauczanie metodą Montessori było w naszym przypadku tylko krótką przygodą, ale nawet tak krótkie doświadczenie pokazało nam, że istnieje coś więcej niż tradycyjne przedszkole (do których wcześniej nasze dzieci chodziły), niestety często pełne kar i nagród za zachowanie, rysowania w ławkach szlaczków, braku zgody na wychodzenie poza linie i ogólnej musztry :/

Jakiś czas później nasze życie potoczyło się tak, że wyjechaliśmy na kilka miesięcy za granicę. Michał we wrześniu zaczął naukę w 1 klasie szkoły podstawowej, a nasz wyjazd przypadł na koniec października. Wtedy zdecydowaliśmy się by przejść na system nauczania domowego, a po powrocie dołączyć do klasy Michała. Na Karaiby zabieraliśmy chłopca ze sporymi problemami w obszarze integracji sensorycznej. Chłopca, który w każdy możliwy sposób sygnalizował nam, że nie dorósł do siedzenia w ławce przez kilka godzin. Zdaniem nauczycielki Michał miał duże problemy z pisaniem literek, z usiedzeniem w ławce, z czytaniem i wszystkim, co według podstawy programowej pierwszoklasista na sam początek umieć powinien. Jednym słowem – kiepsko. Będąc 5 miesięcy na wyspie nasze dzieci głównie spędzały czas w wodzie, na palmie kokosowej albo zakopane po szyję w piasku. Czyli integracja sensoryczna odbywała się przy okazji, a pierwszoklasista (i przedszkolak też!) robił wszystko, czego dziecko w jego wieku potrzebuje najbardziej – był w ruchu. Okazało się, że całodniowe ugniatanie piachu miało potężny wpływ na to jak nasze dziecko pisze (mała i duża motoryka). W międzyczasie Michał sam, z nudów, sięgnął po książkę i zaczął składać litery. Po kilku dniach czytał, a jego pierwszą przeczytaną książką były „Przygody Mikołajka”. Ze szkolnym podręcznikiem i szkolnymi zadaniami pracowaliśmy 2-3 razy w tygodniu po 2-3 godziny. Cała reszta to były niekończące się rozmowy naszych dzieci między sobą i z nami, pytania, których nie pozostawialiśmy bez odpowiedzi, obserwowanie życia wyspy, przyrody, innej kultury, osłuchanie z innym językiem itd.
Do szkoły Michał wrócił jako inne dziecko. Nauczycielki go nie poznawały i były ogromnie zdumione. Bo wróciło dziecko, które radzi sobie bez problemu, które nie dość że dogoniło klasę to w wielu aspektach tę klasę wyprzedziło. Stał się bardzo empatyczny, nieustannie opowiadał o tym, co go interesuje i był chętny do nauki.
Dla nas rodziców to był przykład na to, że jeśli dziecku zapewni się przestrzeń, a aktywności dobierze adekwatnie do wieku, to dziecko samo, intuicyjnie zacznie sięgać po różne rzeczy, samo zechce zdobywać informacje na różne tematy, szlifować umiejętności itd. Zarówno przedszkole Montessori i krótkie doświadczenie z edukacją domową sprawiło, że temat nauczania naszych dzieci powracał do nas co jakiś czas. W tym miejscu przypomina mi się cytat, który podkreśliłam ostatnio w numerze 1/2018 Magazynu Kreda:

„Gdy decydujemy się na rozwiązanie pozostawiające więcej przestrzeni dziecku, gdy postawimy mu pytania:
Co cię interesuje? Ile chcesz poświęcić czasu na każdy z przedmiotów? Czym chcesz się zająć w większym stopniu? W jakich dziedzinach chciałbyś być bardzo dobry? Z czego chcesz korzystać? Co uważasz za swoje mocne strony? Jak zamierzasz zobaczyć efekt swojej pracy? I otrzymamy na nie odpowiedzi, stwarzamy możliwość, aby dziecko rzeczywiście się rozwijało. To znaczy myślało, podejmowało decyzje, brało za nie odpowiedzialność, dokonywało wyborów, popełniało błędy, korygowało swoje decyzje, szukało własnego pomysłu na uczenie się, upewniało się w swoich zainteresowaniach i uczyło samodzielnej pracy. A na tym chyba nam, rodzicom, zależy najbardziej. Chyba.” Marcin Sawicki Magazyn Kreda nr 1/2018

Z jednej strony byliśmy totalnie zaskoczeni, ale oczywiście pozytywnie, tym jak reagują nasze dzieci na taką formę nauki. Tym jakie korzyści ten wyjazd im przyniósł. Tym jak się uczą
w swoim tempie, jak rozwijają swoje pasje
i zainteresowania, nawet w wieku 5-7 lat! W moje ręce co jakiś czas wpadały książki
i czasopisma o dziecku, o jego edukacji, rozwoju i potrzebach i temat ten bardzo mnie zainteresował. Z drugiej strony, wróciliśmy do szkoły, która mimo wszelkich swoich zalet, bardzo szybko okazała się być miejscem, w którym wszyscy: dziecko, nauczyciel i rodzic, zderzają się ze słabym, ale bezkompromisowym systemem edukacji.

Rozdział II – podstawówka

Chłopcy po powrocie kontynuowali naukę w szkole, która była najbliżej naszego domu. Mała, wiejska, kameralna, z fajną atmosferą. To było dla nas bardzo wygodne, a dowożenie dzieci na lekcje czy do zerówki nie było uciążliwe. Wszyscy nasi sąsiedzi ze wsi właśnie tam posłali swoje pociechy, co również było plusem. W szkole były maleńkie, kilkuosobowe klasy i naprawdę super miłe nauczycielki z sercem na dłoni. Temat edukacji domowej został odłożony na półkę. Każde z nas, i ja, i Tomek, mieliśmy swoją pracę, swoje zobowiązania i te kilka godzin, kiedy dzieci były w szkole było nam po prostu potrzebne.

Wszystkie zalety naszej szkoły to było jednak za mało. To szkoła systemowa, państwowa, tradycyjna, a co za tym idzie taka, w której uczeń musi spełnić określone wymagania, w której mimo sprzeciwu rodziców (a raczej rodzica, bo w naszej klasie tylko ja byłam przeciwniczką prac domowych) prace domowe są zadawane nieustannie. W wyniku tego dziecko po kilku godzinach w szkole kolejne kilka godzin musi spędzić w domu nad zadaniami. A dziecko tego nie chce, buntuje się, ma poczucie niesprawiedliwości. Woli się bawić, ganiać po dworze, rysować, układać klocki, oglądać bajki albo filmy dokumentalne i jest to zupełnie zrozumiałe. Bo to są czynności, na które każde dziecko powinno mieć czas i przestrzeń. Ilość obowiązków i przeciążone nimi dzieci tego czasu często nie znajdują. Zwłaszcza jesienią i zimą, kiedy dzień w zasadzie kończy się o 16.
Do tego niekończące się zadania w podręcznikach i ćwiczeniach i poznawanie tematu „na sucho”.
Nie podobało mi się również to, że dzieciaki praktycznie miesiącami nie wychodziły ze szkoły na dwór. Ilość materiału, zadań, testów i stron w podręczniku jest tak duża, żę nauczyciel zwyczajnie nie ma na to czasu. Do tego dochodzą takie rzeczy jak na przykład brak zgody rodziców na spacery po dworze.

Nauczyciele, których mieli moi synowie to byli świetni ludzie, naprawdę. Problem w tym, że zawód nauczyciela to jest ciężki kawałek chleba i nauczyciel nawet jeśli ma w sobie ogromne powołanie i chęć uczenia zgodnie z najnowszymi, najbardziej nowatorskimi metodami to i tak finalnie zderzy się ze ścianą, czyli z systemem.
W naszej bliskiej rodzinie mamy przynajmniej 4 nauczycielki – wiem co mówię. Taki nauczyciel nie dość, że musi uczyć czasem i 30 osobowe klasy dzieci o różnych charakterach, różnych wymaganiach i talentach, to jeszcze ma przed sobą wielogodzinne wypełnianie kwestionariuszy maści wszelakiej, byleby tylko pokazać „górze” jak wyrabia normę. I to jest dramat, bo nauczyciel nie ma wyboru. Bo najważniejsza jest ta cholerna papierologia.

A należy pamiętać, że w całej tej historii z edukacją, wadliwym systemem i rodzicielskich niepokojach i tak najważniejsze jest…

dziecko!

Jak Ministerstwo Edukacji widzi naukę naszych dzieci? Ano tak, że dziecko musi ślęczeć nad książkami z różnych przedmiotów i uczyć się wszystkiego na pamięć (zdać, zakuć, zapomnieć). Dziecko ma wysyłać (lub w normalnych warunkach przynosić do szkoły) rozwiązane zadania w podręcznikach i ćwiczeniach, bo właśnie to jest wyznacznikiem tego czy rozumie czy też nie rozumie dany temat, a nauczyciel jest z tego rozliczany. Liczy się wynik, a nie to jak dziecko doszło do danego wniosku, jak rozwiązało dany problem. Nie jestem pedagogiem, ale jako rodzic obserwujący swoje dzieci podczas nauki, a raczej spełniania wymogów szkoły, widzę, że coś tam ewidentnie nie gra. Czy szkoła jest przechowalnią dla dzieci? Czy uczęszczanie na lekcje powinno prędzej czy później stać się przykrym obowiązkiem czy raczej przygodą, której nie można się doczekać. Uważam, że obecny system edukacji jest po prostu zły, i że nie zmienił się zbyt wiele od czasów, gdy ja chodziłam do podstawówki.
A ja dziś mam prawie 36 lat i wiem już, że moja podstawówka to były stracone lata. Że żaden nauczyciel nie zdołał we mnie obudzić żadnej pasji, ale wszyscy wymagali bym była dobra z każdego przedmiotu. Dziś wiem, że to niemożliwe. Czy naprawdę chcę tego samego dla moich dzieci? Nie!

Bo widzę, że gdy pozwolę nie odrabiać pracy domowej Michałowi, to on znajduje czas na obejrzenie programu dokumentalnego o czarnych dziurach i o dżungli, a potem z tego rodzą się wielogodzinne rozmowy i szukanie książek o kosmosie, które potem to dziecko moje pochłania do późnego wieczora. Następnego dnia prosi mnie od rana o zakup kulek styropianowych, co by mógł z nich zrobić układ słoneczny. I o tym kosmosie, tych dziurach czarnych, w ciągu tygodnia dowiaduje się więcej niż ja przez całą podstawówkę. A w międzyczasie odpowie bezbłędnie ile to jest 7×6, czym jest przysłówek, jak rozmnażają się drożdże i dlaczego ptaki migrują do ciepłych krajów. I wiersze pisze i rymowanki różne.
Gdy młodszego zwolnię z pisania zerówkowych szlaczków to on nagle zamienia się w szalonego chemika i robi smerfną masę, a z plasteliny lepi ludziki, wciąż prosi o nowe kolorowanki, robi ze mną carbonarę na obiad, a wieczorem wyciąga książkę o emocjach do poczytania na dobranoc. Nauczył się też skubany liczyć. Dodaje, odejmuje i mnoży. Efekt chodzenia na dodatkowe zajęcia MathRiders, które były dla niego najlepszą zabawą.
Czy można połączyć naukę z zabawą? Czy nauka poprzez zabawę ma w ogóle szansę bytu? Oczywiście, że tak! Czym jest „zajaranie” się jakimś tematem, zgłębianie go dzień i noc tak, że aż policzki płoną, jeśli nie dobrą zabawą? W takim wieku, w jakim są moi chłopcy edukacja zdaje się odbywać przy okazji.

Jesteśmy teraz w domu całą rodziną i od kilku dni tematem przewodnim naszych rozmów jest szkoła i edukacja naszych synów. No bo oto stanęliśmy przed zadaniem zostania nauczycielami naszych dzieci i realizowania podstawy programowej. I tu zaczynają się schody.
Bo im dalej w las tym większa w nas niezgoda na nasz polski system edukacji. Mamy teraz szansę zaobserwować w jaki sposób uczą się nasze dzieci i mnie ten sposób po prostu nie odpowiada. Jako rodzica zwyczajnie mnie to niepokoi. Wciąż zastanawiam się co powinnam robić. Wciąż myślę o tym czy 8 lat w państwowej podstawówce, 8 lat rozwiązywania testów, równania poziomem do średniej i usilne dążenie do tego, by jako uczeń mieć dobre wyniki z każdego przedmiotu (no bo przecież świadectwo) jest tą ścieżką, której pragnę dla moich dzieci? Wciąż zastanawiam się jakie stoją przede mną rozwiązania. Oto one:

Rozdział III – możliwe rozwiązania

Nie miałam w planie narzekać przez większość wpisu, bo nie chcę by narastająca we mnie złość na system edukacji była główną motywacją do tego, by coś w tym temacie zmienić. Chciałabym, aby tą główną motywacją była prawdopodobnie cudowna przyszłość jaka czeka moje dzieci, jeśli my, rodzice, zdecydujemy się, by zejść z wydeptanej i bezpiecznej ścieżki, czyli opuścić mury naszej podstawówki. By tą motywacją był rozwój moich dzieci, rozpalenie w nich ciekawości do świata, do zagadnień, które obejmuje podstawa programowa i tych, które znacznie poza nią wykraczają (zwłaszcza tych). I przede wszystkim, by motywowała mnie wizja tego, że moje dzieci będą mogły rozwijać się i uczyć w swoim tempie i w swoim stylu.

Mogę więc:

1. Zostawić dzieci w państwowej podstawówce, przemilczeć (tak jak dotąd milczałam) szereg tematów, odbębnić te wszystkie lata i nadrabiać z dziećmi w domu. Buntować się na tyle, ile mogę, a w wolnym czasie podróżować z dziećmi, podsuwać im ciekawe książki, dawać im w domu poczucie bezpieczeństwa i modlić się, by nie utraciły swoich indywidualnych charakterów, by nie zatraciły talentów i motywacji oraz pasji do działania.

2. Zmienić szkołę na taką, która spełnia nasze, rodziców i dzieci wymagania. Prawdopodobnie byłaby to szkoła niepubliczna, ucząca niestandardowymi metodami. Posiadająca wśród swoich metod również te oparte o pedagogikę Montessori, szkołę demokratyczną, waldorfską itd. (nie chciałabym posyłać dzieci do szkoły pracującej tylko w jednym z tych nurtów). Marzyłaby mi się szkoła, w której dzieci traktowane są indywidualnie, w której jest czas i miejsce, by się nad dzieckiem i jego unikalnymi predyspozycjami pochylić. W której dziecko może samo dochodzić do różnych wniosków, doświadczać, popełniać błędy.

3. Edukować dzieci w domu. Wówczas ja i mój mąż stalibyśmy się (przynajmniej na początku tej drogi) nauczycielami swoich dzieci. Dzieci przyswajałyby obowiązujący materiał (według podstawy programowej), a później przystępowałyby do egzaminu w szkole, sprawdzającego ich umiejętności. Miałyby także czas na bycie z nami, na nieskrępowaną niczym zabawę, na podróżowanie o każdej porze, na rozwijanie swoich zainteresowań i pasji. Przyznaję, że pomimo wielu obaw ta opcja kusi mnie najbardziej. To, czego w ED obawiam się najbardziej to fakt, że przebywalibyśmy z naszymi dziećmi niemal non stop i że nie miałyby kontaktu z rówieśnikami w takim wymiarze jak teraz. Tak naprawdę to są moje dwie, największe obawy, ale mam tez świadomość tego, że to jest „problem”, który na wiele sposobów można rozwiązać. Liczba zalet ED jest przeważająca. I tu znowu przypomina mi się zapisany z Magazynu Kreda cytat:

Jestem tylko albo aż rodzicem. Jak powiedział pewien rodzic na konferencji dotyczacej edukacji domowej (nazwiska nie podano, a cytat znalazłam w Magazynie Kreda: „Nie mówcie o sobie, że jesteście tylko rodzicami. Bądźcie świadomi rangi zaangażowania w ten najważniejszy okres życia waszych dzieci. Wasz wysiłek jest nieoceniony. Miłości i relacji rodziców z dziećmi nie da się zastąpić niczym innym. Za doprowadzenie dzieci do dojrzałości rodzice powinni zostać obdarowani najwyższym szacunkiem i uznaniem”.

Rozdział IV, ostatni – choć to nie jest ostatnie słowo.

Nie wiem jak będzie kontynuowana nasza historia. Nie wiem co wybierzemy. Wiem, że z całego serca nie chcę, by edukacja moich dzieci odbywała się w tym systemie. Wiem, że chcę dla nich czegoś więcej. Ufam sobie i przede wszystkim im, moim synom. Ufam swoim wyborom i jestem podekscytowana na myśl o tym, co przed nami.
Póki co czytam mnóstwo książęk dotyczących tematu, kupuję gazety, podsuwam chłopakom różne pomoce, zabawki, coś do czytania. Obserwuję ich.

Jestem ciekawa do jakich wniosków doszłaś ty, droga czytelniczko. Podziel się ze mną nimi w komentarzu. A może twoje dziecko uczysz już w domu i możesz podzielić się swoim doświadczeniem?

W następnym wpisie dotyczącym edukacji podzielę się na blogu książkami i czasopismami, które ja czytam, by zgłębić ten temat. Temat edukacji, rozwoju i wychowania naszych maluchów.

Spodobają Ci się także:

45 komentarzy

Kamila 2 kwietnia, 2020 - 6:17 pm

Czesc Basiu, jestem nauczycielka w publicznej szkole w Niemczech. Zgadzam sie w 100% z tym, ze system potrafi zniszczyc wszystko i nawet super wynagrodzenie nie jest w stanie tego zmienic. Tez chcialam kazdemu uczniowi zagwarantowac tyle uwagi ile potrzebuje, dostrzegac jego indywidualnosc, to czym sie interesuje, jakim jest czlowiekiem. Na to jednak nie ma czasu przy tak duzych klasach.
Roznic w systemach edukacji polskiej i niemieckiej jest duzo. To co mnie podoba sie najbardziej to: brak prac domowych lub ich mala ilosc (uczen nie moze robic pracy domowej dluzej niz 1,5 h). W dobrych gimnazjach stawia sie tez na samodzielnosc i prace projektowa. Poniewaz ja na mur tez natrafilam ( nie moglam na przyklad poprawiac prac kolorem zielonym- a nie zgadzam sie na kulture bledu) zaczelam o tym tez czytac. Ponoc najwieksze sukcesy odnosza absolwenci szkol waldorfowskich! Gdzie kladzie sie nacisk na kontakt z natura, wspomniana juz samodzielnosc, brak kontaktu z tabletami. Zalozeniem jest, ze dzieci i mlodziez maja zdobywac kompetencje socjalne, bo pozniej ich nie nadrobia, a techniczne tak. I ja tez tak czuje. Pracujax z klasa 7. bylam przerazona tym jaki wplyw na dzieci maja telefony/tablety, gry (ich nadmiar). Takze w pelni rozumiem Twoje obawy i niechec do systemu edukacji:) trzymam kciuki za dobry obrot spraw!

Reply
Basia Szmydt 2 kwietnia, 2020 - 6:22 pm

Dzięki za komentarz! 🙂 uściski

Reply
Kasia 2 kwietnia, 2020 - 6:32 pm

Uczę moje dzieci już 4 rok i nie mamy w planach przestawać. Nie jest to rozwiązanie idealne ale dla mnie ma zdecydowanie więcej plusów.
Ps. Obawy takie jak Ty ma każdy znany mi rodzic zaczynający ED

Reply
Basia Szmydt 2 kwietnia, 2020 - 6:49 pm

A czemu nie jest to rozwiązanie dla Ciebie idealne ?

Reply
Ewelina, lat 28 2 kwietnia, 2020 - 6:58 pm

Jesli chodzi o mnie jeszcze nie mam dzieci, ale czytajac Twoj wpis uswiadomilam sobie, ze jestem jedna z ofiar systemu nauczania. Szkola zabila we mnie chec poznawania swiata. Jedyne co pamietam z tego okresu to dlugie godziny nad ksiazkami. Czytanie i uczenie na pamiec wszystkiego. Bylam bardzo ambitnym dzieckiem i chcialam robic wszystko na 100 procent, to nic, ze wiekszosci rzeczy nie rozumialam. Najwazniejsza byla 5 plus i pochwala od nauczyciela. Jak poszlam do liceum, czesto pisalismy interpretacje wierszy i tekstow. Tak bardzo sie wczulam i napisalam o wszystkich swoich odczuciach zwiazanych z pewnym wierszem, taka dumna bylam, bo naprawde dobrze mi poszlo. Moj entuzjam nie trwal dlugo. Nauczycielka skrytykowala moja interpretacje, dajac mi ledwo 3, bo w nie wbilam sie w szablon … od tamtej pory wszystkie moje interpretacje byly odwzorowaniem tego co znalazlam w internecie. Takich przykladow zabijania kreatywnosci, szczerosci, bycia otwartym w dyskusji itd. przez system moglabym wymienic wiele. Uwazam, ze to bardzo wazny temat i rodzice zaczna glosno o tym mowic i dzielic sie takimi przemysleniami i obawami. Moze dzieki temu kiedys to sie zmieni. Dziekuje Ci za ten wpis i zycze powodzenia w podjeciu decyzji w przyszlosci 🙂

Reply
Kasia 2 kwietnia, 2020 - 7:07 pm

Dla mnie jest najlepsze z możliwych:) Piszac idealne miałam na myśli uniwersalne, dobre dla wszystkich. Czasem mysle ze fajnie byłoby gdyby dzieci „znikały” na kilka godzin dziennie ale gdy tak się zdarza ze moje są kilka godzin w większej, zorganizowanej grupie to potem długo dochodzimy do siebie wszyscy po tym jakie emocje nimi targają

Reply
mamba87 2 kwietnia, 2020 - 7:12 pm

Uczę matematyki – w szkole średniej z maturą – blisko 20 lat, z każdym rokiem coraz bardziej przekonuję się o tym że wszyscy mocniej skupiamy się na nauce rozwiązywania testów niż na prawdziwym rozwoju umiejętności matematycznych…ale z drugiej strony najważniejsze jest to czego młody człowiek doświadczył w podstawówce i na jakich nauczycieli trafił, szkoła średnia nie jest obowiązkowa – kiedyś mówiło się że jest dla wybranych, tych którzy chcą iść na studia i służyć ludzkości swoją wiedzą, przyczynić się do rozwoju… teraz średnie wykształcenie może mieć prawie każdy i to jest straszne, nie napawa optymizmem…
mamy dwójkę dzieci, starsze ma 4 latka i chodzi do państwowego przedszkola – z naszego „wiejskiego” zrezygnowaliśmy mimo że w tej szkole pracowała moja mama i ja sama ją ukończyłam, wozimy Młoda 3 kilometry dalej do miejskiego przedszkola i na chwilę obecną jesteśmy zachwyceni, jednocześnie mamy kilka książek o montessori, materiały oparte na planie daltońskim i wydaje mi się, że pomimo kalectwa naszego systemu edukacji możliwość nr 1. z Twojej listy jest złotym środkiem – kontakt z rówieśnikami (bardzo ważny), opanowanie podstawy programowej (niekoniecznie na celujący ;)), skupienie się na ulubionych dziedzinach (bez konieczności bycia prymusem ze wszystkiego, życie i tak później wszystko zweryfikuje) i maksymalne poświęcenie się talentom i zainteresowaniom dzieci poza szkołą jest z mojego punktu widzenia idealne!
Pozdrawiam i życzę powodzenia Wam i chłopcom!

Reply
mamba87 2 kwietnia, 2020 - 7:14 pm

Miało być 10 lat 😉

Reply
Ola 2 kwietnia, 2020 - 7:19 pm

Kochana mam tak samo jak ty. Od początku kwarananny myślę tylko o edukacji domowej. A mam dzieci w prywatnej szkole
Bardzo fajnej i nieszablonowej ale jednak… Szkole. Dlatego chyba od września ed, szczegolnie że nasz 11 latek bardzo by chciał tak się uczyć. Co najlepsze- z ucznia przeciętnego stał się naprawde dobrym. Ucząc się w domu! Szok

Reply
Lena 2 kwietnia, 2020 - 8:00 pm

Pracuję w publicznym przedszkolu. Odniosę się do kwestii kar i nagród. Niestety, ciągle pokutuje myślenie, że nagroda zmotywuje do „grzecznego” zachowywania się czy głoszenia się na zajęciach, a przez karę dziecko nauczy się, jak powinno się zachowywać… Są to działania dobre na krótką metę, bardzo krótką… Dlatego coraz więcej dowiaduję się o pozytywnej dyscyplinie, w której nie ma kar i nagród. Celem jest wzbudzenie wewnętrznej motywacji dziecka do działania. Piszę o tym, bo w jakiś sposób łączy się to z edukacją domową, moim zdaniem. Wydaje mi się, że jest jakiś odcinek i Edukacji Domowej na kanale Mama Lama. Dziękuję za ciekawe teksty i szczerość z nich płynącą. Życzę również sił w starciu ze szkolnymi wymaganiami. Pozdrawiam

Reply
Kasia 2 kwietnia, 2020 - 8:14 pm

Jeszcze dopisze tylko bo dziś mój najstarszy syn fajna rzecz powiedział. Moje dzieci chodziły do przedszkola państwowego i dziś właśnie Jasiek powiedział mniej więcej coś takiego: mamo, fajnie gdyby dało się cofnąć czas i przedszkole tez mielibyśmy w domu. Teraz masz już doświadczenie i sama widzisz ze tak jest lepiej 🙂

Reply
Tyś 2 kwietnia, 2020 - 8:21 pm

Jako nauczyciel w niepublicznym przedszkolu…gdzie mamy czas na szlaczki jak i na bieganie boso po trawie….. nie chce posłać syna do publicznej szkoły….i jest mi smutno,że każda szkoła nie pracuje w taki sposób ,by kreatywnie uczyć,pokazywać,doświadczać….ja staram się być właśnie takim nauczycielem….i cieszę sie że mam taką możliwość…Nie chce syna posyłac na miliony dodatkowych zajęć po szkole….Marze o tym.by to co super ciekawe działo sie właśnie na lekcjach…

Reply
Marta 2 kwietnia, 2020 - 8:46 pm

Basiu, mój starszy syn jest dopiero w zerówce, ale jak słyszę od innych rodziców, co się dzieje w państwowych szkołach, kiedy wspomnę swoje szkolne czasy to też coraz intensywniej myślę o ED. Jak każda pewnie matka uważam, że mam niesamowicie inteligentne dzieci, które w lot łapią to, co usłyszą, uwielbiają czytać i oglądać to, co ich interesuje i boje się, że nadmiar szkolnych obowiązków to zniszczy. Na przykład mój starszy syn zna biografię Napoleona lepiej, niż pewnie moja pani od historii, zna wszystkie stroje ludowe w Polsce (z jakiego regionu) ale nienawidzi pisać szlaczków i literek. Namawiam go, zachęcam. I chciałabym, żeby nadal się tak obydwaj rozwijali, byli ciekawi świata, żebyśmy mogli pokazywać im świat w praktyce.
Ale jedyne, czego się boję przy ED to to, że sama nie jestem na tyle kompetentna, żeby ich edukować. Oczywiście jako starszych już uczniów…

Reply
Kamila De 2 kwietnia, 2020 - 9:12 pm

Basiu totalnie widzę Cię w roli nauczycielki swoich dzieci! Uważam, że to naprawdę fantastyczna opcja. Moja córka chodziła przez rok do przedszkola Montessori i też byłam zachwycona!!! Wiele metod przenieśliśmy do naszego życia i widziałam jak pięknie to procentuje w życiu Martynki. Potem zamieszkaliśmy w Niemczech i to tutaj rozpoczęła edukację szkolną. Uważam, że jest dużo lepiej niż w Polsce, ale mimo wszystko nie tak dobrze jak by mogło być. Dzieci nie muszą w pierwszej czy drugiej klasie (w 2 jest teraz córka) czytać lektur, w naszej szkole zadania domowe są zawsze na weekend, ale mam wrażenie, że dzieci są pozostawione same sobie. Nikt na nie patrzy. Ostatnio było tylko 5 stopni, a pani, która powiedzmy robi za osobę pilnującą po zajęciach szkolnych, powiedziała dzieciom, że mogą wyjść bez kurtek jak chcą. Wiadomo, że każde dziecko wyszło bez kurtki, a potem sporo było chorych. I tak jest w różnych kwestiach. Mogłabym pisać i pisać. Chyba ten temat rozwinę na moim blogu 🙂 tymczasem czekam na Twoją decyzję w związku z edukacją synów. Pozdrawiam

Reply
Kasia 3 kwietnia, 2020 - 5:53 am

Mam małe dzieci (1 i 3) i jeszcze nie muszę podejmować takich trudnych decyzji ale wiem, że szybko lata miną, a sama nie mam super wspomnień z czasów szkolnych.. mam 27 lat więc mogę jeszcze sobie przypomnieć moje emocje, bunty i frustracje która mnie tam spotykała. Zawsze byłam uparta, potrafiłam postawić na swoim i nie lubiłam jak ktoś mnie do czegoś przymuszał (’musisz' to było słowo zapalnik. ) Za szkołą nigdy nie przepadałam, ogromny wpływ na moje samopoczucie i pewność siebie mieli nauczyciele – jak mieli pasję i potrafili zainteresować to z uśmiechem siadałam do lekcji, klasówek ale jak trafiała się (mężczyźni praktycznie mnie nie uczyli do studiów) kobieta dosłownie rzucająca spojrzeniem pioruny – chodziłam wtedy z ściśniętym gardłem, sercem i przerażeniem na lekcje co skutkowało obniżonym nastrojem i chęcią ucieczki (najlepsze liceum w mieście okazało się totalnie klęską, a moja wychowawczyni nie lubiła mnie za moje nieobecności bo robiłam wszystko żeby zostać w domu… ) Poza szkołą miałam różne zainteresowania i dzięki pomocy finansowej rodziców i ich wierze we mnie mogłam zapisać się na studia prywatne i konkretny kierunek, na których poznałam wykładowców z pasją, młodych, pełnych chęci i nowych pomysłów. Studia były bardzo nowoczesne, pełne najlepszego sprzętu a same zajęcia to były ćwiczenia i praktyka – po dwóch latach z dużym bagażem portfolio i praktycznej wiedzy (studiowałam grafikę) mogłam śmiało startować do każdej firmy szukającej grafika a miałam tylko w tamtym momencie 21-22 lat, wszystkie rozmowy kwalifikacyjne kończyły się do tej pory pozytywnie. Po licencjacie wyszłam za mąż i wróciłam do rodzinnego miasta gdzie zapisałam się na magisterkę (żeby mieć pełne studia choć nie czułam potrzeby ale byłam już w ciąży i wiedziałam że jak nie teraz to raczej nigdy) na publicznej uczelni – ooooj było ciężko nagle odnaleźć się w epoce kamienia łupanego. Pewnie za kilka lat będę biła się z myślami jak Ty, bo niestandardowo oderwałam się od publicznej edukacji i mogłam nauczyć się w genialnej, równej atmosferze zawodu i wie, że poza utartym schematem może być po prostu lepiej. Pozdrawiam

Reply
Iza S 3 kwietnia, 2020 - 10:42 am

Basiu nie mam jeszcze dzieci, ale koszmar szkolny, ktory zabil u mnie samej jakies rodzace sie zainteresowania lub talenty bo przez wkuwanie bezsensownych rzeczy nie bylo czasu na rozwoj czesto mnie nawiedza. Polecam ci serdecznie przepiekny film Captain Fantastic https://www.filmweb.pl/film/Captain+Fantastic-2016-720204 w tym temacie.

Reply
Karina 3 kwietnia, 2020 - 11:09 am

Cześć Basiu!
Nie jestem jeszcze mamą, za to jestem studentką, dwa lata po maturze, więc na świeżo z systemem polskiej edukacji i jeżeli mogę Ci coś doradzić, to według mnie nauka w domu może mieć sens tylko do końca podstawówki – w liceum zaczynają się przygotowania pod maturę i w tym momencie bez pomocy nauczyciela, który zna sposób oceniania itd, się już nie obejdzie :/
Na szczęście są też kursy prywatne – ja na pewno nie zdałabym tak dobrze matury z matematyki, gdyby nie prywatne lekcje 🙂

Reply
Basia Szmydt 3 kwietnia, 2020 - 11:17 am

Wiem o czym mówisz, tez chodziłam na kursy przygotowywawcze do matury 🙂 super sprawa

Reply
dwannka 3 kwietnia, 2020 - 11:32 am

Wielu z nas nie zgadza się z obecnym systemem edukacji, wszystko jest fajnie jak dziecko jest tak w wieku mniej więcej do 5 klasy. Jesteśmy w stanie ogarnąć wszystko, jednak gdy jest to już 6 i 7 klasa staje się problemem, zwłaszcza gdy mieszkasz poza większymi aglomeracjami. Jak nauczyć siódmoklasistę chemii, fizyki – nie ogarniam tematu. Całą wiedzę można znaleźć w książkach , w internecie, gdzie nauczyciele czasem z pasją, tłumacza zawiłości tematu. Jednak w pewnym momencie ktoś tę wiedzę dziecka musi sprawdzić, zweryfikować (przed egzaminem ofc) i zanim klepnę samodzielną pracę syna, muszę się doszkolić. Dzięki kwarantannie dowiedziałam się o wiązaniach kowalencyjnych, powtórzyłam sobie o tlenkach i pierwsze prawo dynamiki Newtona, już mi słabo jak widzę co jeszcze przede mną. Nie wiem do czego tę wiedzę wykorzystam, może na spotkaniach towarzyskich wyciągnę asa z rękawa. Wiem, że nastolatek powinien już w tym czasie uczyć się sam, co też czyni, a co jeśli są jest to dziecko nie tylko z problemami społecznymi, ale także wynikającymi z różnych dysfunkcji. Czy jestem w stanie zastąpić grupę specjalistów, którzy jednak tego się uczyli przez wiele lat, a często ciągle się doskonalą. O kontakty rówieśnicze byłabym spokojna, wystarczą zajęcia w klubach, na podwórkach itp. Jak widzę mojego nastolatka -doskonale radzą sobie w dobie kwarantanny, rozmawiają na rozmaitych platformach, częściej słyszę śmiech i podekscytowanie tematem, a co ciekawe rozmawia też w języku angielskim, teraz gdy tego czasu ma więcej, bo jakby zadań domowych znacznie mniej niż w on-real. Osobiście, patrząc na program, który należy opanować nie zdecydowałabym się na ED przy uczniu powyżej 5klasy, przy założeniu że to rodzic kieruje edukacją dziecka, bez wsparcia szeroko pojętych korepetycji, a już tym bardziej rodzic pracujący poza domem. My założyliśmy, że syn przystosowuje się do ram szkolnych (za 10 lat będą to ramy zawodowe), pozwalamy mu wyciągać swoje wnioski, a pilnujemy nauki tego co według nas będzie mu potrzebne do życia w społeczeństwie, w przyszłości wybrania zawodu, który będzie chciał wykonywać, roli jaką będzie chciał spełniać. Ma swoje koniki, które rozwija, a że złapie oceny tzw. poniżej standardu (oczekiwań), bo zawalił pracę domową lub nty sprawdzian z Wpływu rozwoju przemysłu na gospodarkę Paragwaju, mam to w nosie. Zatem Basiu, póki dzieci są małe, jesteś w stanie kierować ich edukacją, uważam, źe jak najbardziej ED jest wyjściem, ale czy lekiem na całe zło? A co za kilka lat, trudno będzie się wpasować w sztywne ramy edukacji, gdy wróci do niej jako nastolatek. A może nie? Masz trudny orzech do zgryzienia, czas obserwacji dzieci i ciekawa jestem do jakich wniosków dojdziesz.

Reply
Basia Szmydt 3 kwietnia, 2020 - 2:47 pm

I dzieci i rodzice są różni.
Ja wypowiadam się jako mama małych dzieci, z edukacją których sobie radzę. Jak będzie później – nie mam pojecia, ale czuję, że i z tej sytuacji są różne wyjscia 😉
Ja nie wiem czy będziemy się uczyc w systemie ED, tak jak napisałam w poscie, to jedna z opcji, które rozważam 😉

Reply
Asia 3 kwietnia, 2020 - 1:12 pm

Jestem umysłem ścisłym i introwertykiem (infj). Będąc dzieckiem nie miałam ED ale bardzo o tym marzyłam. Nieobecności miałam niezliczone ilości, ponieważ szkoła wywoływała u mnie stres oraz byłam chorowita. Jednak nawet nielubiący mnie nauczyciele potrafili twierdzić, że byłam najwybitniejszym uczniem, ale kompletnym leniem. Jeśli nim chociaż odrobinę byłam to właśnie dlatego, że rodzice nie zabili mojej kreatywności i odmienności – przymykali oczy na moje nieobecności i dawali mi się przez wiele lat rozwijać w zhr-ze (na studiach zauważyłam jak ukształtowało i wiele nauczyło mnie harcerstwo, jeśli nie najwięcej + zapewniło mi kontakt z rówieśnikami, którego unikałam w szkole). Gdy tylko potrzebowałam pomocy to mama potrafiła przepracować ze mną materiał całego rozdziału z matematyki, fizyki czy chemii w jeden wieczór lub noc, co skutkowało 5 i trwałym zapamiętaniem całego materiału, mimo absencji w szkole przez cały miesiąc. W szkole przez ten czas wszyscy przygotowywali się do tego samego testu z marnym skutkiem. Oczywiście oceny końcowe często miałam niskie. Poza ocenami zprzedziału 4-6 z mialam pełno 1 za nieobecnosci czy niezapowiedziane testy pisane pierwszego dnia po powrocie do szkoły. W końcowym rozrachunku miałam beznadziejną średnią, nieodpowiednie zachowanie (mimo bycia niesamowicie grzecznym i kulturalnym uczniem) i jedne z najlepszych rezultatów testów kończących szkołę. Coś tu chyba wyraźnie jest nie tak?!
Super, że szukasz najlepszego rozwiązania dla swoich dzieci i im ufasz! Trzymam kciuki i liczę, że też kiedyś skorzystam z Twoich doświadczeń.

Reply
Ada 3 kwietnia, 2020 - 1:53 pm

Ja,z wykształcenia nauczyciel, mam dzieci w państwowych placówkach(1 klasa i 7 klasa). Od początku powtarzalam: idź do szkoły, naucz się,aby się nie czepiał, abyś zdał lub zaliczył. Idź,poznaj fajnych ludzi: I dorosłych i rówieśników. Wykorzystaj ten czas. Sądzę,że życie to niejako przedłużenie funkcjonowania w placówce. Każdy z nas- idzie do pracy, a co po pracy będzie robił to już od niego zależy. Traktuj szkole jak prace: naucz się funkcjonować w grupie, zdobądź znajomych, przywyknij do norm społecznych…szkoła jest dobrym początkiem życia. Nie uciekniemy od życia wybierając edukację w domu… niech dzieci uczą się i tam. Ale łatwo mi powiedzieć,żadne z moich dzieci nie sprawia problemów wychowawczych, uczą się bez problemu. Uczą się,że obowiązki sie wypelnia- na czas, na odpowiednim poziomie. Identycznie będzie w każdej pracy- czy to prowadząc własną dzielność czy pracując na etacie. Wg mnie ED to jak z domem: kupię dom z ogródkiem i zrobię w nim mini placyk zabaw dla dzieci. Ja preferuję duży plac zabaw w miescie- nauczy się stać i czekać na swoją kolej, dziś ulepić babę z piasku A jutro,na innym placu nauczy się jeździć na rolkach. Niech wychodzą do świata, świat do nich nie przyjdzie…nie ma się co łudzić. W końcu i w domu wszystko poznaja,łącznie z nami. Wolę,aby miały rownolegle światy,ucząc się radzić sobie w obu. Tyłu doświadczeń społecznych co da im szkoła,nie zapewnimy im w domu. Chyba,że ktoś ma w ogrodzie mini boisko do palanta A zima w garażu prowadzi zajęcia z koszykówki.
ED stanowi jakby mniejszość w Polsce, chodzi mi tu o absolwentów. Nie znam nikogo dorosłego,kto ukończył. Nie wiem,jak sobie radzi dalej… Podkreślam,że ja opisuje tylko moje skromne doświadczenie, jako matki dzieci,które trafiły do przyzwoitych Panstwowych Placowek oświatowych.

Reply
Basia Szmydt 3 kwietnia, 2020 - 2:44 pm

Mnie ED nie kojarzy się z siedzeniem w domu i przebywaniem tylko z rodzeństwem i rodzicami. Wręcz przeciwnie. Daje przestrzeń do tego, żeby poznawać wspomniane płace zabaw. Przynajmniej jeden dziennie 🙂
Niemniej doceniam przebywanie w grupie i socjalizację, jaka daje szkołaz

Reply
Agnieszka 3 kwietnia, 2020 - 3:58 pm

Mnie, jako osobie wyedukowanej w systemie polskiej oświaty publicznej, byłej nauczycielce , matce chłopca , który obecnie jest uczniem w szkole luksemburskiej , znajomej osób, których dzieci uczęszczają do bardzo prestiżowych i bardzo drogich , a także uznawanych za bardzo nowatorskie prywatnych szkół w Europie, nasuwa się zawsze jeden wniosek. Mianowicie- prawie każdy rodzic jest niezadowolony , lub nie jest w pełni zadowolony ze szkoły, do której uczęszcza jego dziecko:):):) I prawie każdy uważa, że można lepiej, kreatywniej, z mniejszym stresem. I wiadomo, że można, bo przecież każdy system ma ograniczenia. I nawet tu, w jednym
z najbogatszych krajów świata, gdzie edukacja jest wysoce dofinansowana , a nauczyciele są jedną z najlepiej zarabiających grup zawodowych , szkoła zbiera ostre cięgi od rodziców za nadmiar prac domowych, za zbyt konserwatywne podejście do nauczania etc. Takie opinie podziela np. większość rodziców dzieci z klasy mojego syna. A ja mam zupełnie inne odczucia. Jestem szkole wdzięczna za to, ze moje 10- letnie dziecko mówi płynnie pięcioma językami ( no dobrze jeden z nich to polski , nauczył się w domu), że nauczył się zasad współżycia społecznego w praktyce, bo jako jedynak, nie miał szans nauczyć się ich w domu, za to , że nikt nad nim
nie nadskakiwał i nie
miał dla niego ciagle czasu tak jak
mama, kiedy jako 4-latek rozpoczął obowiązkową edukację, dzięki czemu zmieniła się jego optyka na świat, a proces usamodzielniania się znacznie przyspieszył, za to, że moje dziecko wie tyle rzeczy, których ja nigdy bym go nie nauczyła etc. I za to, że ja zwyczajnie nie muszę tego robić;) Że nie muszę przypominać sobie tego czego nie chcę, ani uczyć się niczego nowego;);)
Moja szkoła podstawowa to czasy chylącego się ku upadkowi komunizmu ( mam 45 lat), bardzo sztampowe podejście do nauczania, cześć nauczycieli wbijająca wiedzę do głowy niemal łopatą, ale nigdy nie uznałabym tego czasu za zmarnowany!

Ja myślę, że wszędzie dobrze gdzie nas nie ma…Te moje wypociny, to nie próba polemiki z Tobą Basiu, ale takie moje spostrzeżenia, które poczyniłam i jako uczennica ( zarówno w polskim systemie, jak i poza nim)i jako nauczycielka, i
jako rodzic.

I jeszcze dodam tylko, że zastanowiło mnie kiedy kilkakrotnie usłyszałam tu w luksemburgu opinię , że ludzie ze wschodu są dobrze wyedukowani. I rzeczywiście, moje doświadczenia z funkcjonowania w bardzo międzynarodowym
środowisku to potwierdzają.
Choć nie wiem w sumie jaki jest stan polskiego szkolnictwa w tej chwili, domyślam się jednak, że …ekhm… taki sobie.
A tak w ogóle to wyrazy podziwu. Szczere. Mnie by się zwyczajnie nie chciało prowadzić ED , nawet gdyby moje dziecko tego pragnęło ( a nie chce, dzięki Bogu!).

Reply
kasia 3 kwietnia, 2020 - 8:36 pm

Jestem mamą dwóch dziewczynek. Zuzia ma lat 10, a Zosia 8. Od kiedy Zuzka skończyła dwa lata, było dla mnie jasne, że nie jest typowym dzieckiem. O takich dzieciach mówi się „trudne”. Na poczatku byłam tym załamana i próbowałam na siłę zmienić ją w typowy model. Nie obyło się bez łez i bardzo chciałabym cofnąć ten czas. Nie dałam sobie szansy na poznanie córki i zapewnienie jej, że może być inna. W drugiej klasie państwowej szkoły zaczęły się coraz większe problemy z dopasowaniem do klasy, a nauczyciel powtarzał, że problem jest w Zuzce. Po trzeciej klasie postanowiłam wbrew całemu światu zmienić jej otoczenie. Na edukację domową nie mogłam sobie pozwolić, więc znalazłam szkołę montessori z elementami metodyki projektowej. Przejście nie było łatwe, ale teraz Zuzka bardzo lubi tam chodzić. Szkoła bardzo stawia na proces i relacje, a nie na wyniki. Okazuje się, że nauka może być zabawą i dziecko może samo chcieć się uczyć. Dzięki temu szkoła świetnie sobie radzi w różnych rankingach. Ostatnio nauczycielki poprosiły mnie o rozmowę po zebraniu. Wiedziałam, że córka była niemiła dla koleżanki, więc już oczekiwałam rozmowy o niedopasowaniu itd, gdy nauczycielki zaczęły mi mówić, że Zuzka potrzebuje wsparcia, że będą się jej przyglądać wraz z psychologiem i żeby przede wszystkim się na nią nie złościć, bo ona nie rozumie tego co się dzieję. Wiem, ze przed nami dużo pracy, ale ta chwila, kiedy zobaczyłam w nauczycielu i podejściu szkoły do problemu partnera, spowodowała, że nigdy nie spoglądam wstecz. Szkoła państwowa pasuje wielu dzieciom, po prostu nie była dla mojej córki. Dla ciekawostki powiem, że młodsza córka jest w szkole państwowej i świetnie sobie radzi. Poza tym bardzo lubi swoją Panią i klasę. Jeszcze nie podjęliśmy decyzji, czy ją przenieść ją do szkoły montessori. Na razie jej się przyglądamy i staramy się być uważni na jej potrzeby.

Reply
Basia Szmydt 3 kwietnia, 2020 - 9:13 pm

Piękna historia, która pokazuje jak różne są dzieci, ale i to, o czym pisałam, że często jest tak, że szkoła szkole jest nierówna 🙂
Pozdrawiam Cię ciepło ❤️

Reply
Monika 4 kwietnia, 2020 - 12:09 pm

Szczerze polecam lekturę książki ” Jak nie spieprzyć życia swojemu dziecku”. Otwiera oczy na to, czym jest teraz edukacja a czym powinna być. Książka skierowana do rodziców, bo może od nich ma szansę zacząć się rewolucja w edukacji, która dzisiaj nijak się ma do obecnych czasów.

Reply
Basia Szmydt 4 kwietnia, 2020 - 5:48 pm

Dzięki za polecenie ❤️

Reply
Edy 4 kwietnia, 2020 - 10:52 pm

To ja też polecę : film „Alfabet” Wagenhofera (dokument) i książkę „I nigdy nie chodziłem do szkoły” Adré Sterna. Stern szczególnie rozgrzesza rodziców, którzy rzekomo nie zapewniają dzieciom wystarczających kontaktów z rówieśnikami wskazując, że równie ważne są kontakty z osobami z różnych grup wiekowych. Trzymam kciuki, chcieć to móc!

Reply
Kasia 5 kwietnia, 2020 - 7:13 am

Zachęcona odniosę się do wątku tak zwanej socjalizacji (za każdym razem obiecuje sobie, ze to ostatni raz). Klasa szkolna jest bardzo sztucznym tworem, który już nigdy w życiu się nie powtórzy. Nie do końca wiec jest prawda twierdzenie, ze chodząc do szkoły uczymy się norm społecznych. Kto w dorosłym życiu ma tak, ze funkcjonuje w grupie 30 osób z tego samego rocznika kierowanych przez jedna osobę dorosła? W jakiej pracy tak się funkcjonuje?
Moje najlepsze przyjaźnie zawarłam dopiero w dorosłym życiu ale chodząc do szkoły miałam najlepsze koleżanki ale z podwórka nie z klasy.

Reply
Karolina 6 kwietnia, 2020 - 9:42 pm

A ja chciałabym powiedzieć, że takie miejsca są, sama w takim pracuje jako psycholog, w szkole, a do przedszkola chodzi córa, za chwilę pójdzie syn 🙂 warto szukać alternatyw z autorskim systemem nauczania. Miejsc gdzie kształtuje się odpowiedzialność za zdobywanie wiedzy w uczniach, gdzie rozbudza się ciekawość poznawczą, gdzie do pewnego momentu nie ma prac domowych, ale jest trochę pracy własnej w szkole, gdzie pracuje się na celach, bez ocen, za to ze wspierającą pisemną informacją zwrotną, gdzie ta droga edukacyjna jest bardzo zindywidualizowana. Temat edukacji też jest tym, który mnie trapi zarówno w kontekście zainteresowań zawodowych, ale też moich własnych dzieci. Mam dla nich póki co bardzo dobre miejsce, choć nie powiem, że pod wpływem ostatnich doświadczeń ED jest pociągająca bardzo.

Reply
Kasia 7 kwietnia, 2020 - 3:27 pm

Ja mam 3,5 latka w przedszkolu z podejściem daltonowskim,ale to jednak nadal system-sztywny i skostniały.Podejście fajne,słuszne ,ale niestety nie wszystkie nauczycielki są na bieżąco choćby z rozwijaniem i tłumaczeniem emocji dzieci…Synek poszedł do przedszkola we wrześniu,od końcówki grudnia głównie chorował,teraz kwarantanna i widzę,że dopiero teraz znów jest sobą.Śmiały,ciekawy świata,mądry chłopiec z niesamowitym zasobem słów.W przedszkolu cichy,nieśmiały…Panie są tak zafokusowane na realizację programu,że nawet problemem jest to gdy rano przyniesiemy do sali książkę z przedszkolnej biblioteczki:(Myślę o ED,ponieważ sama w pierwszej klasie podstawówki miałam fobię szkolną,a w kolejnych klasach na przemian okresy kujoństwa przeplatane klęskami edukacyjnymi.Dla mnie polska szkoła to beton,którego nikt nie chce ruszyć i zmienić.Jeśli interesuje Cię temat ED to polecam blog i Instagram @korneliaorwat.Doświadczona,napisała nawet ebook.Uczy trójkę swoich dzieci.Pozdrawiam serdecznie

Reply
Basia Szmydt 7 kwietnia, 2020 - 4:19 pm

Dzięki za polecenie, chętnie zajrzę.
Mój młodszy syn miał to samo w przedszkolu… to jest dramat. Raz, że nauczycielki mają stawiane wysokie wymagania a dwa, że system edukacji po prostu kuleje.

Reply
Ewela 8 kwietnia, 2020 - 2:04 pm

Basiu, mam takie same odczucia jak Ty. Super wpis.

Reply
Domi 14 kwietnia, 2020 - 8:30 pm

Basiu, zgadzam się z Tobą w każdym słowie. Mój starszy syn kończy w tym roku 8 klasę. I jeśli mogłabym cofnąć czas, to nie posłałabym już dzieci do szkoły z państwowym systemem edukacji. Żałuję. Syn z resztą słusznie podsumował cały ten etap edukacji: uczeń jest chomikiem w kołowrotku i jego zadaniem jest wbijać do głowy wielkie ilości nieprzydatnej wiedzy. Nie ma czasu na indywidualność, rozwijanie zainteresowań i przyjaźni, gdy ma się 39 godzin lekcyjnych w tygodniu (witamy w klasie 8!!!!!!), a potem kilka godzin zadań domowych. Teraz, jak siedzimy w domu i może uczyć się we własnym tempie i z wielu źródeł, to mówi, że odzyskał chęć do życia! A ja się zastanawiam co dalej? Co zrobić z młodszym dzieckiem? Co po 8 klasie? Czy szkoła średnia wygląda tak samo?

Reply
Iwka 21 kwietnia, 2020 - 5:20 pm

Nie mam dzieci jeszcze, wiec ten problem narazie mnie nie dotyka. Jednak dla mnie chyba największa obawa w ED byłoby wzięcie odpowiedzialności za wiedzę moich dzieci. Nie czułabym się kompetenta…. 🙁

Reply
Marta 23 kwietnia, 2020 - 4:34 pm

Mój czterolatek od kilku miesięcy chodził do przedszkola publicznego, które jest w położone w sąsiedztwie (główny, jeśli nie jesdyny atutu). Mieliśmy ogromne kłopoty z adaptacją – dziecko było rozhisteryzowane, niewspółpracujące, niedozniesienia. Zaczęłam go odbierać coraz wcześniej kosztem mojej pracy w domu. Było lepiej. Przyszła pandemia. Wyjechaliśmy do domu z ogrodem, gdzie przebywała moja siostra z nieco starszymi córkami. Dzieci większość dnia spędzają na dworze, ale też same upominają się o zadania kolorowanki. Efekt 2 tygodni nowych warunków był taki, że moje dziecko zaczęło chętnie kolorować i rysować (temat dowolny, nie tylko narzucone przez Panie biedroneczki i kwiatki), a także pisać literki. Wcześniej kompletnie się tym nie interesował. Jestem pod ogromnym wrażaeniem tego progresu i teraz widzę wyraźnie, jak bardzo system tłamsi moje dziecko i jak bardzo potrzebuje on swobody działania w swoich własnym stylu i rytmie.

Reply
Basia Szmydt 25 kwietnia, 2020 - 3:39 pm

Otóż to, każde dziecko potrzebuje swojego tempa i pracy w swoim stylu.

Reply
Julia 26 kwietnia, 2020 - 10:26 am

Chcialam odpowiedziec na komentarz Kamili, ktora pracuje w Niemczech, ale niestety cos mi sie nie udaje, wiec pisze tak ogolnie z nadzieje, ze go zobaczy 🙂 Mieszkamy w Niemczech (dzieci 1 i 4 lata) niestety nasz jezyk niemiecki pozostaje wiele do zyczenia (oboje z mezem pracujemy po angielsku, wiec ten niemiecki to taki sklepowo-restauracyjno-spielplatzowy :D) dlatego chcialam sie o kilka rzeczy wypytac kogos kto w temacie sie porusza. Dzieci beda chodzic do szkol, edukacja domowa w naszym wypadku odpada, poniewaz przede wszystkim chcemy zeby jezyka sie nauczyly..Ale syn jest tak zafascynowany kosmosem i widze te energie do nauki a ozniej patrze na jego starsze kuzynostwo, ktore chodzi do szkoly (w Polsce) przypominam sobie siebie i ten brak motywacji.. to chce cos zmienic. Potrzebuje chyba drogowskazu 😀

Reply
Kasia 27 kwietnia, 2020 - 11:56 am

Basiu droga, rozumiem Twoje rozterki. Mieszkam z mezem w Londynie i nasza 4 i pol-letnia coreczka chodzi tam do zerowki przy szkole podstawowej (tzw. reception class). Wczesniej chodzila do cudownego zlobka Montessori, ktory edukowal cala nasza rodzine. Szkola, do ktorej moja corka chodzi obecnie jest szkola panstwowa, ale w fajnej dzielnicy i ma bardzo dobra renome, wiec oczywiscie nie wypowiadam sie za wszystkie szkoly w UK. Ogolnie, i w skrocie, jestem zachwycona tutejszym systemem. Ogromny szacunek do dzieci, ktorych traktuje sie jak ludzi (tylko tyle i az tyle). Rozmowy i inicjatywy w sprawie bullyingu, mental health, itd. Plus, bardzo sprawne zaangazowanie rodzicow w zycie szkoly (tzw. poranne sesje stay and play czy piatkowe czytanie ksiazki dla calej klasy). Do tego nauka przez zabawe i to calkiem powazna jak na 4/5-latkow – np. czytanie, pisanie, podstawy matematyki, geometrii, geografii, historii. Wszystko w malych i interesujacych dawkach. Do tego tematy przewodnie miesiaca, np. dinozaury (lacznie z jajami schowanymi w szkolnym ogrodzie, wizyta w Natural History Museum i zrobieniem wlasnego muzeum z eksponatami i sztuka traktujaca o dinozaurach i zaproszenie rodzicow na otwarcie) czy ekologiczna moda (pod patronatem jednej z brytyjskich marek, ktorej pracownicy przychodzili regularnie do szkoly, zeby zainteresowac dzieci moda i uwrazliwic na ekologie, po czym pomogli zaprojektowac i uszyc wlasne stroje, co zostalo uwienczone pokazem mody). Wszystko to mimo liczebnych klas – rocznik mojej corki ma dwie klasy po 30 osob, ktore maja zajecia razem. Poza tym wszystkie dzieci sa w szkole codziennie miedzy 8:45 a 15:30, co pozwala na stala rutyne i sensowna organizacje zycia rodzinnego i zawodowego.

W pozniejszych klasach nie ma za to kartkowek, odpytywania i nauki na pamiec. Dzieci uczy sie przed wszystkim samodzielnie myslec, aktywnie uczestniczyc w debacie i kwestionowac to, co slysza i czytaja. Ja takich umiejetnosci z polskiej szkoly i uniwesytetu niestety wynioslam i duzo wysilku wkladam, aby nie odstawac w pracy od brytyjskich kolegow, ktorym wiele rzeczy przychodzi naturalnie (np. zabieranie glosu na spotkaniach).

Takze, jesli wrocimy do Polski (a myslimy o tym), na pewno nie umiescimy corki w polskiej szkole i polskim systemie, a poszukamy czegos prywatnie. Edukacja w domu nie jest dla nas rozwiazaniem, bo wazne sa dla nas relacje z rowiesnikami i wiem z doswiadczenia, ze bliskie przyjaznie, jakie nasza corka zawiazala juz w zlobku, a potem w szkole, wymagaja czasu, a potem pielegnacji. Ale oczywiscie kazdy ma swoje doswiadczenia i sciezke w zyciu 🙂

Trzymam mocno kciuki, abyscie znalezli wlasciwe rozwiazanie dla Waszej rodziny!

Usciski,
Kasia

P.S. Chcialabym bardzo podziekowac Ci za wspanialy i cieply blog, ktory nieraz podniosl mnie na duchu (a zupa pomidorowa z soczewica na stale zagoscila w naszym domowym menu). Super babka z Ciebie!

Reply
Basia Szmydt 27 kwietnia, 2020 - 12:04 pm

Wow! Brzmi świetnie! Sama bym chciała chodzić do takiej szkoły 🙂 Dziękuję Ci za ciepłe słowa, powodzenia w dalszych planach 🙂

Reply
Anu 8 maja, 2020 - 5:13 pm

Mnie kwarantanna nauczyła, żeby dziecku – 5 klasa podstawówki w szkole z dystansem do oczekiwań MEN – po tym wszystkim też pozwalać na okresową naukę z domu. Syn lubi szkołę ze względu na kontakty z innymi dziećmi, ale nauka może mieć trochę inna formę niż narzuca szkoła… Wystarczy, że będzie nieobecny,”chory przez cześć tygodni.

Reply
Aga 30 lipca, 2020 - 2:48 pm

Jako młoda mama jestem dopiero na początku tej drogi, ale dziękuję za wpis, bo temat sercem jest mi bliski. Swoją edukację uważam za czas stracony i bardzo chciałabym uniknąć tego dla moich dzieci. Dlatego dziękuję za wszystko czym podzielisz się Ty oraz wszelkie mamy mające doświadczenie ED i szkół alternatywnych. Pozdrawiam

Reply
Julka 27 listopada, 2020 - 11:40 am

Świetnie Pani potrafiła przekazać doświadczenia nabyte podczas wychowania dzieci. Myślę, że niektóre informacje mogą pomóc świeżo upieczonym mamą.

Reply
westom 26 maja, 2021 - 3:16 pm

inspirujące i dobrze opisane

Reply

Zostaw komentarz

Serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na wykorzystywanie plików cookies. Ok, rozumiem