STYCZEŃ 2026 | NOTATKI Z ŻYCIA
Styczeń bywa miesiącem kontrastów. Z jednej strony przynosi świeży początek, nowe plannery i kalendarze z wypisanymi drobnym maczkiem celami, z drugiej potrafi nas nagle zatrzymać i pokazać nam, że to nie jest odpowiednia pora na wielkie zrywy i zmiany życiowe, ale na odpoczynek i regenerację. Jak może się objawić takie nagłe zatrzymanie? Poprzez infekcję czy ogólne osłabienie organizmu. Sama tego doświadczyłam przechodząc w styczniu potworną anginę. Choroba bardzo szybko zmienia kolejność spraw do załatwienia na naszej liście i drastycznie ją skraca. Innej opcji nie ma, gdy ciało walczy z gorączką, a jedyne na co mamy siłę to sen. Choroba pokazuje nam, jak niewiele znaczą te wszystkie codzienne rzeczy, którymi się martwimy, gdy brakuje nam zdrowia.
Wielu z nas właśnie wtedy zdaje sobie boleśnie sprawę z jeszcze jednej, ważnej rzeczy: nie do końca umiemy odpoczywać. Tak bardzo przywykliśmy do bycia zajętymi i do bycia w ruchu, że jesteśmy wewnętrznie źli na to, że musimy chorować i tyle niezałatwionych spraw nad nami wisi. I to przymusowe zatrzymanie bywa często dużo trudniejsze do zniesienia, niż ból gardła czy gorączka. A przecież choroba jest jednym z najbardziej jednoznacznych sygnałów „stop”, jakie wysyła ciało. Byłoby wspaniale, gdybyśmy nauczyli się te sygnały szanować.
Ten styczeń jest piękny. Zima jak za czasów dzieciństwa, oszronione drzewa, skrzypiący śnieg i kwiaty z lodu „namalowane” na szybach. Czy słyszałaś o tym, że gdy spadnie śnieg, świat wydaje nam się bardziej cichym miejscem? To wszystko dzięki temu, że śnieg działa jak naturalny pochłaniacz dźwięku.
Świeży śnieg składa się z milionów drobnych kryształków, między którymi uwięzione jest powietrze. Ta porowata struktura rozprasza i „zjada” fale dźwiękowe, zamiast je odbijać. Świat dosłownie się uspokoja. Dlaczego więc nam przychodzi to z takim trudem?
Dla mnie styczeń był także miesiącem głębokich refleksji. Szczególnie, że jestem na takim etapie życia, który można chyba nazwać kryzysem wieku średniego. To oklepane hasło, które dotąd kojarzyło mi się z mężczyznami kupującymi po 40-tce czerwone, wyścigowe auta, teraz nabrało dla mnie zupełnie nowego znaczenia. Bo ten kryzys i u mnie, i u moich przyjaciół, którzy są w podobnym do mnie wieku, objawia się tym, że nieustannie zadajemy sobie pytania: o tempo życia, które nam nie odpowiada, o sens pracy, którą wykonujemy, o relacje, które kończą się jedna po drugiej, bo coś zaczyna nas w nich uwierać, o ciało, które zmienia się z roku na rok i o sposób, w jaki chcemy żyć. Coraz częściej pojawia się w nas ogromna potrzeba zmiany, ale nie do końca wiemy, czego ta zmiana miałaby dotyczyć. Wierzę głęboko w to, że to tylko taki etap, i że jest to naturalna kolej rzeczy, ale jeśli jesteś ode mnie starsza i masz podobne doświadczenie, to będę ogromnie wdzięczna, jeśli zechcesz się nim podzielić w komentarzu pod tym postem.

Moja tegoroczna, sylwestrowa noc była jak z filmu. Po pierwsze dlatego, że byłam na przyjęciu w pięknej, przedwojennej kamienicy. Po drugie dlatego, że spędziłam go w fantastycznym towarzystwie. I wreszcie po trzecie dlatego, że miałam na sobie sukienkę, w której czułam się jak księżniczka. Przyglądałam się jej na wystawie przez kilka tygodni i wciąż zastanawiałam się, czy ją kupić, czy nie. Aż w końcu weszłam do sklepu, zmierzyłam ją i uśmiechnęłam się, jak mała dziewczynka. Warto słuchać swojej intuicji. Nawet w przypadku zakupu ubrań.

W styczniu zamieniłam się w mola książkowego. Mroźna zima, ciepłe światło lampek, wełniany koc, kubek herbaty z sokiem malinowym i cytryną, padający za oknem śnieg i lektura, której nie da się odłożyć. Czy można sobie wyobrazić lepszy scenariusz dla kogoś, kto kocha czytać? Do tego dołóżmy absolutnego lenia, który towarzyszył mi w styczniu i ten zestaw z książką jest po prostu doskonały.
Moim absolutnym numerem jeden, jeśli chodzi o przeczytane w styczniu książki są „Akuszerki” Sabiny Jakubowskiej. To książka, która według mnie powinna trafić na listę szkolnych lektur. Autorka z niezwykłą wrażliwością i dbałością o detale opisuje świat kobiet na polskiej międzywojennej i wojennej wsi. Kobiet, które zachodziły w ciążę, i które musiały urodzić w warunkach, które dziś ciężko jest nam sobie nawet wyobrazić. Kobiet, które były akuszerkami, cichymi bohaterkami, które te porody odbierały, przynosząc rodzącym spokój, bezpieczeństwo i przede wszystkim dając im szansę na przeżycie. To bardzo często historie naszych prababek, których prawdopodobnie nie miałyśmy szansy nigdy poznać. A ta książka bardzo dobrze przybliża nam czasy, w których żyły.
Styl Jakubowskiej jest fenomenalny. Książkę czyta się jak historię opowiedzianą przez babcię przy kuchennym stole. To książka, która jest momentami trudna i poruszająca, i która bardzo mnie wzruszyła. Pokazała mi, jak niesamowite jest kobiece ciało i kobieca solidarność.
Drugą książką, która również wciągnęła mnie bez reszty, była pierwsza część cyklu „Siedem sióstr” Lucindy Riley. To wciągająca, rodzinna saga o sześciu adoptowanych siostrach, które po śmierci swojego ojca zaczynają szukać informacji o tym, skąd pochodzą i jakie są ich korzenie. Autorka pięknie łączy powieść współczesną z wątkami historycznymi, a po przeczytaniu tej książki i barwnych opisów różnych miejsc, z którymi związana była jedna z sióstr, zapragnęłam polecieć do …Rio de Janeiro!
Każdy tom odpowiada jednej z sióstr, zatem przynajmniej do początku wiosny będę miała co czytać. Polecam!
Sięgnęłam też po powieść Kristin Hannah „Kobiety. Tę autorkę znam doskonale i rzadko kiedy mnie zawodzi, jednak „Kobiety” nie są według mnie jej najlepszą książką. Podczas czytania omijałam przydługie opisy, co nie zdarza mi się często. Pomimo tego po przeczytaniu tej powieści, pomyślałam, że chętnie obejrzałabym film na jej podstawie. Główna bohaterka Frankie to 20-letnia dziewczyna z dobrego, amerykańskiego domu lat 50. Jej rodzice chcą ją dobrze wydać za mąż, bo taka wtedy jest najważniejsza rola kobiety – być dobrą żoną i matką. Jednak Frankie ma zupełnie inne plany. Zgłasza się do służby w wojsku jako pielęgniarka na wojnę w Wietnamie. Trafia do zupełnie obcego świata pełnego okrucieństwa i śmierci. I choć ratując ludzkie życia nie raz czuła się jak bohaterka, to gdy wraca do kraju, nikt tego nie docenia. Wręcz przeciwnie. Frankie nie może się odnaleźć w rodzinnym domu, walczy z zespołem stresu pourazowego i stara się poskładać na nowo swoje życie. Książka w sam raz na weekend.
W styczniu udało mi się tez przeczytać jeden poradnik, który czekał na mojej półce od miesięcy. „The diary of a CEO” Stevena Bartletta to zbiór uniwersalnych porad nie tylko dla przedsiębiorców. To raczej przemyślenia autora na temat odwagi w biznesie, celów, nawyków, relacji z ludźmi, błędów, które warto popełniać czy edukacji. Steven Bartlett to brytyjski przedsiębiorca i twórca jednego z najpopularniejszych podcastów biznesowych na świecie The Diary of a CEO. Karierę zaczął bardzo wcześnie, jako 20-latek, budując własne firmy metodą prób, błędów i intensywnej pracy nad sobą. Jest znany z tego, że mówi zarówno o sukcesie jak i porażkach i o tym jak biznes wpływa na psychikę i życie prywatne. Fajnie napisana, bo bez lukru. Wzięłam z tej książki sporo dla siebie.

W tym sezonie zabrałam się na poważnie za porządki w ozdobach świątecznych. Zrobiłam ich selekcję i zmodyfikowałam system przechowywania. Ale to brzmi! 🙂 No więc ten system przechowywania to…wytłaczanki po jajkach 🙂 Dzięki nim moje stareńkie bombki po babci nie tłuką się. Układam je w stosik, jedną na drugiej i wkładam do plastikowego, podpisanego pudełka. Lampki choinkowe nawijam na kawałek tektury, którą opisuję. Świąteczne kubki zawijam grubo w folie bąbelkową i tez lądują w pudełku. W tym roku nie kupiłam ani jednej, nowej ozdoby świątecznej. Po prostu dbam o te, które już mam.


A to już moje miasto Lublin w świątecznej odsłonie. Prawda, że pięknie? Te uliczki Starego Miasta to doskonały plan zdjęciowy o każdej porze roku, ale zimą dzieje się tu prawdziwa magia.

Takiej zimy nie było od lat! Jest pięknie, choć mróz chwilami daje w kość. Wyciągnęliśmy grube rajstopy, kalesony, zakładamy po dwa swetry i…spacerujemy choć 20 minut. Dla zdrowotności i żeby wybić te wszystkie bakterie! Polecam wystawić na balkon na kilka godzin wszystkie kołdry i poduszki. Roztocza nie będą miały szans.
W styczniu udało mi się wyskoczyć na łyżwy, a nasz ogród pod grubą pierzyną ze śniegu był i jest niczym namalowany obraz.

Wybraliśmy się na wymarzone, karaibskie wakacje – na Gwadelupę! Będę o tej wycieczce jeszcze pisać, a tymczasem zostawiam kilka rajskich kadrów.

W styczniu na siłowni byłam niestety tylko kilka razy. Najpierw dopadła mnie wspomniana, potworna angina, a potem byłam na wakacjach. Ćwiczeń siłowych zaliczyłam mało, ale za to sporo spacerowałam i jadłam naprawdę zdrowo – nawet na wakacjach. Okazuje się, że te mozolnie wypracowywane nawyki w końcu weszły mi w krew. Pozbycie się nawyku emocjonalnego jedzenia i jedzenie tego, co mi służy jest moim największym sukcesem na drodze do odzyskiwania swojego ciała i formy.

Kupiliśmy piec do pizzy! Doceniam to, że mam duży dom i dużą kuchnię, bo to daje mi spore możliwości przechowywania różnych sprzętów 🙂 A piec do pizzy był na mojej liście już dawno. Głównie dlatego, że w naszym domu mamy tradycję przyrządzania piątkowej pizzy dla dzieci. Cena pizzy na wynos poszybowała tak w górę, że przy ostatnim zamówieniu dosłownie złapałam się za głowę.
Zatem decyzja zapadła. Kupiliśmy piecyk, ja zagniotłam dużo ciasta, zaprosiliśmy przyjaciół i urządziliśmy ucztę. Pizza wyszła pyszna. Polecam.
Mamy ten model–> KLIK

Coraz częściej słyszymy o tym, jak ważne jest robienie różnych rzeczy ręcznie: dla spokoju umysłu i dla relaksu. Nieustannie to polecam i dodam jeszcze, że równie ważne jest, by robić to w miłym towarzystwie i starać się być częścią społeczności. Warto jest umówić się raz na jakiś czas z przyjaciółką lub siostrą, by wspólnie coś tworzyć. A jeśli nie mamy rodzeństwa czy bliskich przyjaciół, pokusić się o założenie własnej grupy wsparcia, korzystając np. z mediów społecznościowych czy zawieszając ogłoszenie na tablicy korkowej w bibliotece. Ja przeprowadzając się do Lublina ogłosiłam nabór do założonego przeze mnie Klubu Książki. Na początku klub miał być okazją do rozmawiania o książkach, a na przestrzeni ostatnich kilku lat zamienił się w miejsce, w którym rozmawiamy na tematy wszelakie, organizujemy sobie różne wyjścia, warsztaty i dużo się śmiejemy. W marcu z okazji Dnia Kobiet urządzamy sobie sesję fotograficzną. Podczas ostatniego spotkania robiłyśmy mapy marzeń, czyli tzw. vision board i omawiałyśmy książkę „Akuszerki”.
W styczniu zaczęłam tez prowadzić swój notes do journalingu, w którym za pomocą naklejek, wycinek z gazet, pamiątek z podróży, farb i mojego pisma dokumentuję różne wydarzenia z życia. Coś a la szkolna kronika. Niesamowicie mnie to bawi i relaksuje.

Na koniec trochę wspomnień. Co działo się w moim życiu dokładnie 10 lat temu w 2016 roku?
Moje dzieci były jeszcze malutkie, a mnie zdaje się, jakby to było wczoraj. Zabieraliśmy je na wakacje do Chorwacji. Jechaliśmy kilkanaście godzin autem na kemping i spaliśmy w namiotach wśród dźwięku cykad. Na turystycznej kuchence smażyłam im mnóstwo naleśników i robiłam pikniki na plaży. Mieszkaliśmy w zupełnie innym domu, który potem sprzedaliśmy. Ale zanim to zrobiliśmy, to urządzaliśmy go „po taniości”, bo nie było nas wtedy na zbyt wiele stać. Nieustannie organizowałam moim synom plastyczne zabawy, zabierałam na spacery po łąkach i lasach i pozwalałam im piec muffinki w kuchni. To były moje ulubione formy zabawy. W inne nie umiałam się bawić. Urządzałam im pokoiki tym, co akurat miałam pod ręką i non stop kombinowałam. Najtańszą komodę z Ikea oklejałam kolorowymi tkaninami, a na ścianie 4-latka wieszałam stareńką tablicę szkolną, którą zdobyłam za darmo, żeby mój maluch mógł na niej tworzyć. Pisałam bloga, dużo fotografowałam, organizowałam randki z moim mężem i byłam w Rzymie. To właśnie w 2016 roku wrzuciłam do Fontanny di Trevi monetę, a myśląc życzenie, powiedziałam „Życzę sobie i moim bliskim tylko zdrowia”. To życzenie nie zmieniło się od tego czasu.
To był 2016 rok, a przez następne 10 lat tyle się wydarzyło! Warto więc dokumentować te wszystkie piękne, czasem trudne dni naszego życia. Wszystkie są ważne. Warto wywoływać zdjęcia, kręcić filmy z wakacji, prowadzić dzienniki, żeby te wszystkie historie zostały w nas najdłużej.
Mam nadzieję, że Twój styczeń był dobry, i że jesteś zdrowa.
Uściski!
