WEEKEND W MOIM OBIEKTYWIE

Autor: Basia Szmydt

Kupuję te wszystkie talerze, ręcznie malowane, wyszukane w pudłach, na stoiskach, na pchlich targach.
Te wszystkie szklanki z wisienkami przypominające mi te moje, z których piłam kompot truskawkowy u babci na wsi.
Kiedy je kupuję zawsze wtedy wyobrażam sobie ludzi, którzy będą z nich jedli. Wyobrażam sobie mój dom i stół, na którym rozłożę je wszystkie, nie pasujące do siebie, ale pasujące do mnie totalnie i do atmosfery, która panuje w moim domu, kiedy wypełniają go ludzie.
Przynoszę je do domu zapomniane, niechciane. Nie są już dla nikogo piękne. Przykryte warstewką kurzu,  w mojej kuchni, w tym zlewie pełnym piany odzyskują swój blask sprzed lat. Czyszczę je, wycieram do sucha i z wypiekami na twarzy układam na półkach. Tylko po to, żeby za chwilę je z nich zdjąć. Przecież jadą goście.

Jestem pewna, że w mojej sofie jest jakiś czujnik, który informuje wszystkie dzieci w zasięgu, że matka miała czelność usiąść wygodnie.
Nie jestem w stanie zliczyć ile razy usiadłam i wstałam, by nalać szklankę malinowego soku wszystkim dzieciom, które biegają po naszym domu w weekend. W te szklanki z wisienkami. Właśnie tak wyobrażałam sobie je w mojej kuchni. Trzymane w dłoni przez małe rączki.
Z zimnym sokiem malinowym, tym od mojej mamy, który gasi pragnienie podczas niekończących się zabaw w piratów i star wars.
Patrzę na te wszystkie dzieciaki, które się ze sobą trzymają tu, u nas na wsi. Patrzę na ich pierwsze przyjaźnie, konflikty, na pierwsze wspólne pasje, na ich wieczory bajkowe i na to jak dzielą się kocem na sofie, na skakanie do nieba na trampolinie i na szukanie skarbów gdzieś na podwórku.
Patrzę na nich i się dziwię mocno, że to już. Że tak szybko.
Że jeszcze wczoraj byłam tym samym dzieckiem i piłam sok malinowy z identycznych szklanek.
A dziś jestem mamą, która robi podwieczorki, zakleja skaleczone palce plasterkami i pozwala karmić kota parówkami.



A w naszej wsi wiosna na całego. Nie pamiętamy takiego kwietnia – przyznasz chyba? Ty czekałaś na tę wiosnę, bo zima w tym roku przeczołgała wszystkich strasznie. Ja czekałam również, bo zimę spędziłam naprawdę daleko. I choć z Karaibów wróciłam niecały miesiąc temu, to gdy oglądam nasze zdjęcia z rajskich plaż, z targów pachnących przyprawami, iguany i palmy kokosowe, to czuję jakbym oglądała jakiś film. Jakby to się wydarzyło wszystko w jakimś innym wymiarze! Zapomniałam już, że 5 miesięcy spędziłam na Gwadelupie, a przecież to kawał mojego życia był! Tak sobie myślałam dlaczego tak się dzieje i odkryłam przyczynę! Nie mam kiedy pomyśleć o tych rajskich Karaibach, bo moje życie tu, na miejscu, w Polsce jest zbyt ciekawe, szczęśliwe i intensywne. Mój dom non stop wita nowych ludzi, w mojej kuchni wciąż coś pachnie i się gotuje. Dzieciaki od rana do wieczora biegają całą ferajną, umorusane od stóp do głów. Gdy kończy się dzień nie myślę o tym jak cudownie by było poleżeć na plaży w Sainte Anne, ale o tym jak mi dobrze, tu i teraz.
Mam nadzieję, że powiem to samo w listopadzie 😀 Ale póki listopada nie ma to niech się wszystko dzieje tak jak teraz. Niech wszystko tak pachnie, smakuje i wygląda. Niech te dzieci mnie wciąż proszą o ten sok malinowy, niech bałaganią, kruszą i się śmieją.