fbpx

ZAPACH CZERWCA

Autor: Basia Szmydt

Czy ktoś mógłby w jakiś magiczny sposób zatrzymać zapach czerwca i sprzedawać go w słoikach? Kupowałabym regularnie! Bo czy jakikolwiek miesiąc w roku pachnie tak cudownie jak właśnie czerwiec? Jest jak obietnica wszystkiego, co najlepsze. Totalnej beztroski, długich dni i krótkich nocy, energii do działania, spacerów, wycieczek, ciepłej wody w jeziorze i spontanicznych zmian planów.

Zapraszam Cię dziś na historię o moich tęsknotach za letnimi miesiącami z dawnych lat. Na kadry, które opowiedzą więcej niż wszystkie moje słowa. Na kadry pełne czerwcowych smaków i zapachów. Pełne zieleni, traw, zbóż i natury. Na końcu opowiem Ci o doskonałym „Spacerowym sprayu” pachnącym ziołami i trawą cytrynową, który po pierwsze działa, a po drugie sprawił, że przestałam się tak panicznie bać kleszczy.

Zapach czerwca

Czerwiec jest miesiącem, kiedy tak trudno jest mi wybrać na co mam ochotę do jedzenia, bo wszystko wydaje się najpyszniejsze. Najpiękniej czerwcowy świat pachnie mi około 20:00. Kiedy upał już trochę odpuszcza, a gorące, popołudniowe powietrze miesza się z tym przyjemnym i kojącym, które przynosi chłodny wieczór. Kiedy jaśmin, piwonie, czarny bez, zboża i trawy, koniczyna i akacje uwalniają całą swoją esencję i sprawiają, że spacerując czuję się jakbym była pijana od tych zapachów. Lato! Sam środek roku. I czerwiec, który tymi zapachami przywołuje we mnie taki ogrom wspomnień z dzieciństwa, z liceum, ze studiów, że mam wrażenie, jakbym oglądała film ze sobą w roli głównej. 

Gdy byłam mała…

Każdy wdech tego pachnącego, letniego powietrza przenosi mnie gdzieś, gdzie już byłam. I jest to tak cudowne uczucie!

Wspominam koniec szkolnego roku w podstawówce i tę ekscytację, że to już!
Że gdy tylko wrócę do domu i zdejmę granatową spódnicę i białą bluzkę, którą uszyła mi babcia, a świadectwo odłożę do szuflady, to mogę wskoczyć w krótkie spodenki i koszulkę z Myszką Miki. Mogę założyć trampki, które pod koniec wakacji będą miały dziury na dużym palcu i mogę robić co tylko mi się podoba.
Mogę nudzić się jak mops, skakać po sianie i chodzić nad rzekę u babci.
Mogę zbierać papierówki pod starą jabłonką i zanieść je do babcinej kuchni z prośbą o kolejną szarlotkę i szklankę mleka.
Mogę bawić się z dzieciakami na osiedlu w dwa ognie, Króla Skoczka, w chowanego i podchody.
Mogę robić „widoczki”, czyli ukrywać małe skarby zakopane w ziemi pod kawałkiem szybki ( pamiętasz? ). Mogę godzinami grać z koleżankami w gumę, jeść nieprzyzwoite ilości cytrynowych rożków z małego spożywczaka u pana Krzycha i jeździć z mamą autobusem numer 17 w gości do cioci Irenki.

Szalone czasy liceum

Wspominam czasy liceum, gdy to właśnie z końcem czerwca zaczynał się okres wypadów nad jezioro, o które zawsze musiałam błagać rodziców conajmniej przez tydzień wciąż słysząc „nigdzie nie pojedziesz”, by w końcu jakimś sposobem ich udobruchać.
Pierwsze miłości, z krótkim terminem ważności, bo tylko do końca wakacji. Mimo obietnic, że to na zawsze i aż po grób. Wszystkie te zauroczenia, zakochania do nieprzytomności i złamane co roku serce.
Opaloną na heban skórę i rozjaśnione słońcem długie do pasa włosy.
Ogniska, przy których siedziałam w swoim ulubionym, brązowym polarze, pijąc naprawdę tanie wino i krzywiąc się przy tym niemiłosiernie.
Spanie pod gwiazdami na wątpliwie napompowanym materacu. Do dziś nie wiem jak to możliwe, że te komary mi nie przeszkadzały.
Spacery osiedlowymi uliczkami, przesiadywanie na ławkach ukrytych w cieniu starych drzew z licealną przyjaciółką i palenie pierwszych papierosów. A potem powroty do domu, smarowanie śmierdzących papierosami palców liśćmi orzecha i ta pewność, że rodzice na pewno nie wyczują.

SMS-y wysyłane po kryjomu z Nokii mojego taty, bo przecież swojej nie miałam.
I modlitwa o to, by odpowiedź doszła na tyle szybko, by tata się nie zorientował. 

Moje zakochanie

Wspominam moje studia. Pierwsze konkretne, klubowe imprezy, tańce w białych spodniach, które najlepiej podkreślały opaleniznę – umówmy się.
Tę wolność i powolne odcinanie pępowiny.
Długie, letnie wieczory spędzone nad książkami, bo przecież nie udało mi się podejść w sesji do tych pożądanych terminów zerowych i ups, po raz czwarty trzeba było spróbować zdać biotechnologię.
Pierwsze randki z Tomkiem. Wymykanie się z domu. Najpierw na wieczór, potem na weekend, a na koniec na kilka lat do Warszawy. Bo to w końcu miłość już tak naprawdę!
Nasze bardzo nisko budżetowe wakacje w przyczepach kempingowych gdzieś w Gdyni i w namiocie z Biedronki w Barcelonie.
Lato i letnie zakochanie! W Tomku i w Warszawie. 

Nowa historia

I przez długi, bardzo długi czas czułam potworny lęk przed tym, że te wspomnienia stracę bezpowrotnie.
Że z każdym rokiem w mojej głowie coraz mniej tych letnich, czerwcowych dni, tych wakacji u babci, tych licealnych wybryków i warszawskich zbyt krótkich nocy.
Ogarniał mnie strach za każdym razem, gdy uświadomiłam sobie, że nie mam już ani jednej babci, i że już nigdy nie zjem tego, co ugotowały.
I za każdym razem, gdy poczułam pierwszą, czerwcową mieszankę zapachów to chciało mi się płakać i śmiać jednocześnie.
I gdy ktoś pytał mnie czy gdybym mogła to czy cofnęłabym czas, zawsze odpowiadałam, że najbardziej na świecie chciałabym wrócić choć na jeden, krótki tydzień do mojego dzieciństwa w czerwcu.

Do dzieciństwa, w którym mało było zakazów i straszenia, a dużo beztroski i niesamowitych przygód.
Do dzieciństwa, w którym na zadrapania najlepszy był kompres z babki albo ślina.
I w którym większość problemów rozwiązywała czerwona oranżada i gumy kulki. 

I zupełnie nowe wspomnienia

A potem pojawiły się na świecie moje dzieci, a ja nawet nie zauważyłam kiedy całą swoją siłę zamiast w trzymanie się kurczowo swoich wspomnień zaczęłam wkładać w to, żeby oni mieli podobne.
Żeby im też lato kojarzyło się z cudownymi wakacjami i najlepszym na świecie jedzeniem.
Żeby na myśl o jakimś czerwcu w swoim życiu wspominali moje racuchy z jabłkami, które robiłam im wczesnym rankiem w małym domku nad Narwią u cioci Moniki, gdy jeszcze smacznie spali.
Albo jagodzianki z jagodami, które pomagali mi zbierać w lesie niedaleko Pułtuska.
Chciałabym, żeby pamiętali wszystkie te wycieczki, na które ich zabieram, choć zazwyczaj kręcą nosem.
Te spacery nad rzekę, choć przecież wiem, ze woleliby zostać w domu i grać w Minecrafta.
Intuicja podpowiada mi, że będą mi za to kiedyś wdzięczni. Albo, że przynajmniej uśmiechną się nie raz na myśl o tych letnich dniach. 

Jedziemy na wieś

Uwielbiam na nich patrzeć, gdy robią wędki z patyków i udają, że łowią ryby w małym strumyku.
Albo gdy z buziami umorusanymi truskawkami leżą w hamaku i czytają swoje komiksy.
Gdy mówią, że „las tak pięknie pachnie Mamo” i gdy pieką swoje kromki chleba nad ogniskiem, bo przecież kiełbasy nie tkną. Patrzyłam na moje dzieci, które z brzuchami pełnymi ciepłych racuchów z jabłkami leżą na trawie i zastanawiają się co takiego przypominają różne chmury. Na ich ogromną kreatywność podczas zabawy, tuż po tym, kiedy powiem im, że u cioci Moniki wifi nie ma i nie będzie. Nici z Minecrafta, idziemy nad rzekę!
Czytałam książkę w fotelu patrząc jak chłopcy zajmują się malutkim Luckiem.
I co chwilę chwytałam za aparat, żeby złapać tych momentów jak najwięcej.

Te zdjęcia powstały podczas jednego z takich czerwcowych dni. U mojej przyjaciółki Moniki na wsi.
Kolejne wspomnienie do kolekcji. Kolejne zdjęcia wywołane do albumu.

Lasoterapia i łąkoterapia.

Na koniec tego wpisu będzie o kleszczach, bo ilekroć wrzucam takie zdjęcia dostaję wiadomości „wszystko piękne, ale ja boję się kleszczy”. I ja to rozumiem. Też się bałam i czasami jeszcze boję. Ale uznałam, że ważniejsze niż ten strach i te małe cholery, których jest jakieś totalne zatrzęsienie, jest dla mnie to, by jak najczęściej mieć okazję do dni takich jak te na zdjęciach. Do beztroski i takiego wręcz zanurzenia się w naturze. To najlepsze wspomnienia moich dzieci i najlepsza terapia dla mnie. Lasoterapia lub łąkoterapia – jak kto woli.

Cholerne kleszcze + magiczny spray

Oto moje odkrycie – magiczny spray „Mieszanka Spacerowa” od Klaudyny Hebdy. Klaudyna to aromaterapeutka, z którą mam ogromną przyjemność współpracować od jakiegoś czasu. Nie wiem czy miałaś już okazję wypróbować produkty, które tworzy. Na przykład moje ukochane olejki : „Na dobry sen” albo „Na silne emocje”. Bardzo i z całego serca polecam. Używam ich codziennie. Ten na silne emocje noszę w torebce w formie wygodnego roll ona i smaruję skronie, łuk Kupidyna, szyję i nadgarstki kilka razy w ciągu dnia.
Tutaj możesz przeczytać więcej o tych olejkach:

Jak dobrze zakończyć dzień? Moje sposoby na dobry sen.

No dobrze to teraz pora na kleszcze i sposób na to, by się przed tym „dziadostwem” uchronić.
Ja się kleszczy bardzo bałam. Jako dziecko o nich nie myślałam i szczerze powiedziawszy nawet nie wiem czy jakiegokolwiek w życiu miałam. Potem urodziłam swoje dzieci i strach przed kleszczami powrócił. No bo jak mam im pozwolić na te wszystkie szalone zabawy w trawie, kiedy mogą przecież złapać tego strasznego kleszcza. Dlatego więc obsesyjnie oglądałam moich synów po każdym wyjściu na dwór. Raz jeden kleszcz zdążył się wbić Marcinkowi w tył głowy, ale był w jego ciele bardzo krótko. Zazwyczaj wszystkie znajdowałam na ubraniach, dopiero szykujące się do ataku.

Potem dostałam od Klaudyny „Mieszankę Spacerową” czyli bardzo intensywnie pachnący spray.
Oto lista olejków użytych do mieszanki: olejek golteriowy, olejek cytronellowy, olejek z trawy cytrynowej, olejek miętowy, olejek z eukaliptusa cytrynowego, olejek z drzewka herbacianego, olejek rozmarynowy, olejek grapefruitowy, naturalny wyciąg ze skórki grapefruita. Sporo tego prawda? Dla człowieka zapach jest przyjemnie cytrynowy, orzeźwiający. Dla kleszczy śmierdzi okrutnie. Do tego stopnia, że pomimo naprawdę bardzo intensywnego testowania, tarzania się w trawie, biegania po łąkach i chodzeniu po lesie pod gałęziami, na ubraniu nie przynieśliśmy ANI JEDNEGO KLESZCZA!

Spray służy do pryskania ubrań, a nie skóry. Ja zrobiłam pewnego dnia mały eksperyment i wymieszałam niewielką ilość „Mieszanki spacerowej” z oliwką do ciała i dopiero w takiej formie nałożyłam na odsłonięte części ciała. Wówczas nie ma mowy o żadnych podrażnieniach. Więcej informacji o tej mieszance i odpowiedzi na najczęściej zadawane pytania (np. czy można ten spray stosować u zwierząt) znajdziesz na stronie Klaudyny (KLIK!).

Jest też coś na komary!

Pozostając w temacie insektów pokażę Ci jeszcze dwa produkty, które u mnie sprawdziły się bardzo dobrze podczas czerwcowych wieczorów. Świeca Włóczykija, która zapalona wydziela intensywny, ale przyjemny cytrusowy zapach. W małym domku na wsi u Moniki, tego wieczoru nie ukąsił nas żaden komar. To jest jakaś magia. Skład? Trawa cytrynowa, cytronela, eukaliptus cytrynowy oraz rozmaryn.

Zabrałam też ze sobą mój dyfuzor, bo mam aktualnie ogromną „fazę” na olejki eteryczne i zapachy. Tym razem do dyfuzora, dla wzmocnienia efektu dodałam kilka kropel olejku cytrynowego. W sklepie Klaudyny znajdziesz olejek „… i komar nie siada” dedykowany w 100 % walce z komarami.

Wszystkie produkty na kleszcze i komary (spray, olejek eteryczny i świecę) możesz kupić aktualnie w zestawie.
Tutaj zostawiam LINK.

Dodatkowo na hasło „basiaszmydt5” otrzymujesz rabat 5 % na wszystkie produkty w sklepie klaudynahebda.pl

  • Spray na kleszcze „Mieszanka spacerowa” –> KLIK
  • „Świeca Włóczykija” na komary –> KLIK!
  • Olejek do dyfuzora „… i komar nie siada” –> KLIK!
  • Zestaw, czyli wszystkie ww produkty –> KLIK!

Jakie jest Twoje, najbardziej miłe, najprzyjemniejsze wspomnienie z dzieciństwa, liceum, czasów studiów? Jakie wspomnienie przywołuje w Tobie zapach czerwca?

Życzę Ci wspaniałego lata! Nie pozwól, by komary albo wstrętne kleszcze zepsuły Ci zabawę <3

Wpis powstał we współpracy z Klaudyną Hebdą.

Spodobają Ci się także:

1 odpowiedź

Paulina 6 lipca, 2021 - 1:53 pm

Aż czuć ten zapach przez zdjęcia. Świetny post!

Reply

Zostaw komentarz

Serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na wykorzystywanie plików cookies. Ok, rozumiem