LUTY 2026 | NOTATKI Z ŻYCIA
W dzisiejszym poście zimowy Bałtyk, babski weekend, przepis na rozpływające się w ustach oponki i…REMONT naszego domu, który miał być tzw. „czystą robotą”, a okazał się być niezłą demolką. Zapraszam.
Ta wyprawa nad Bałtyk była moim marzeniem. Uwielbiam nasze polskie morze poza sezonem, a tej zimy było ono po prostu spektakularne. Zamarznięte kry, oblodzone molo, mnóstwo śniegu, skuta lodem Motława w Gdańsku i wszystkie odcienie bieli, błękitu oraz granatu. Nic dziwnego, że tegoroczny zimowy Bałtyk przyciągnął do siebie tłumy turystów.
Podróż do Trójmiasta zawsze wydawała mi się wielką wyprawą, którą trzeba planować z dużym wyprzedzeniem. W końcu mieszkam w Lublinie, a to niemal drugi koniec Polski. Dziś już tak o tym nie myślę. Owszem, planuję ją wcześniej – choćby dlatego, że bilety na pociąg można wtedy kupić dużo taniej – ale jednocześnie wiem, że ta podróż mija szybko i potrafi być naprawdę przyjemna.
Czy miałaś ostatnio okazję podróżować koleją, na przykład na trasie Warszawa–Gdańsk? Ja jestem zachwycona poziomem PKP: czystością pociągów, miłą obsługą, daniami w Warsie i komfortem jazdy. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że od czasu do czasu zdarzają się odstępstwa od tego poziomu, ale gdy podróżuję po świecie, jeszcze bardziej doceniam to, jak bardzo zmienia się nasza Polska i ile ma dziś do zaoferowania. Warto to doceniać.
Za każdym razem, gdy widzę morze, cieszę się tak samo. Uważam, że nasze Wybrzeże – zwłaszcza poza sezonem – jest po prostu przepiękne. Kładę duży nacisk na słowa „poza sezonem”, bo właśnie wtedy można dostrzec cały majestat granatowej wody, białego piasku, klifów i drewna wyrzuconego na brzeg. Nie ma wtedy tłumów turystów ani straganów pełnych chińskiego plastiku.
A na miejscu czeka na mnie nie tylko Bałtyk i Trójmiasto, ale także bliskie mi kobiety, z którymi uwielbiam spędzać czas. Ten babski weekend miałam w planach już od dawna. Wiedziałam, że przyniesie mi dużo dobrego i nie zawiodłam się.

Z Monią Tekstualną znamy się już kilkanaście lat, a dokładnie 13, bo tyle mają nasze dzieci, które zabrałyśmy na nasze pierwsze spotkanie w Krakowie, gdy te „berbecie” miały po kilka miesięcy. I tyle też lat (albo i więcej) działamy w Internecie, wymieniamy się doświadczeniami, wspieramy, inspirujemy i rozumiemy się w tej materii jak nikt. Polecam Ci niezmiennie jej bloga i Instagram. Monika jest autorką książek. Napisała 4 poradniki, a niedługo wychodzi jej pierwsza powieść, która już dzisiaj zbiera fantastyczne oceny! Jestem z niej niesamowicie dumna.
Czy Bałtyk nie wygląda przepięknie? I chociaż tego dnia był przeszywający, zimny wiatr, ja stałam jak oczarowana, wpatrując się w ten surowy krajobraz.
Surowy krajobraz cechował też Islandię, którą zawsze wspominam, gdy widzę się z Kamilą. To właśnie tam się poznałyśmy – podczas mojej solo podróży. To była przepiękna wyprawa, z której zrodziła się równie piękna przyjaźń. A to wszystko dzięki temu, że zdecydowałam się wyjść z mojej strefy komfortu i wyjechać sama w tygodniową podróż na Islandię.
Polecam Ci fotorelację z tej podróży:
ISLANDIA – 7 DNI, PLAN PODRÓŻY, KOSZTY, ATRAKCJE

Gdańskie uliczki co roku przyciągają miliony turystów i zupełnie mnie to nie dziwi. Są piękne o każdej porze roku, ale zimą mają w sobie coś szczególnie nastrojowego. Podczas spaceru zobaczyłam niezwykły widok: kry na Bałtyku i… ślady stóp prowadzące po lodzie. Ja jednak zdecydowanie wolę podziwiać zamarznięte morze czy rzekę z bezpiecznej perspektywy lądu. Wchodzenie na taki lód zawsze wydaje mi się proszeniem się o nieszczęście.
Jeśli będziesz kiedyś w Sopocie, zamiast na lód, koniecznie wejdź na widoczną na zdjęciu latarnię morską-rozpościera się z niej przepiękny widok na morze.

Polecam też zajrzeć do sklepu Szafa Gdańska. Można znaleźć tam wyjątkowe, wyszukane pamiątki i mnóstwo książek o Trójmieście.

Na niespieszną kawę lub matchę i coś słodkiego polecam Drukarnia Café na Mariackiej 36. Lubię usiąść tu przy stoliku na piętrze i podziwiać z góry pracujących baristów i baristki.
Miejsce ze świetnym klimatem i przemiłą obsługą.

A tu już babski weekend, który zapamiętam na długo. Gdy spotykają się dwie dziewczyny po 40-tce i każda ma podobne nawyki, zwyczaje i podobne poczucie humoru, to jest to sytuacja po prostu doskonała. Był i długi spacer brzegiem morza, i kawka na wynos, i przebranie się w najwygodniejsze dresy świata po powrocie do domu, i Bridgertonowie, i maseczki, i przepyszna kolacja… Wróciłam naładowana dobrą energią, dobrym jedzeniem i dobrą pielęgnacją po same brzegi!
A na śniadanie „na mieście” w Sopocie polecam bistro Cały Gaweł. Wprawdzie trzeba odstać swoje w kolejce, ale warto, bo jest tu naprawdę pysznie.
A skoro o pysznościach mowa, pozwól, że zatrzymam się na chwilę przy tegorocznym Tłustym Czwartku. W tym roku królową tego „święta” została moja mama Małgosia. Ale od początku.
Od samego rana narzekałam, że nigdzie nie mogę trafić na naprawdę dobrego pączka – takiego, który w pełni zadowoliłby mnie swoim smakiem. W pewnym momencie usłyszałam dzwonek do drzwi. W progu stanął mój tata z tacą gorących oponek, które chwilę wcześniej usmażyła moja mama.
Ich zapach w sekundę wypełnił cały dom. Kiedy wzięłam pierwszy kęs, zamknęłam z rozkoszą oczy. Dlaczego? Bo ich smak natychmiast przeniósł mnie do mojego dzieciństwa w latach 90., do kuchni w naszym rodzinnym domu, gdzie babcia i mama co roku smażyły właśnie takie oponki. Przez długie lata ich nie jadłam – dlatego to wspomnienie uderzyło we mnie z taką siłą, że dosłownie mnie obezwładniło.

Ale to nie wszystko, bo moja mama przygotowując te oponki, robiła fotorelację z przepisem! Niczym zawodowa influencenka 🙂 Dzielę się nim więc tutaj z Tobą. Myślę, że to urocza forma. Uprzedzając pytania mleko ma być ciepłe, ale nie gorące, masła ma być cała kostka, stolnicę podsypujemy mąką podczas formowania oponek i smażymy je na rozgrzanym, głębokim oleju. Na koniec posypujemy cukrem pudrem. Jeśli masz jakieś pytania-pytaj śmiało w komentarzu pod tym postem.









A tę piękną tacę, na której godnie zaprezentowały się oponki mojej mamy, znalazłam w sklepie ze starociami za 15 zł. Czy ja wspominałam jak bardzo kocham lumpeksy z rzeczami o domu? Obiecuję zrobić zestawienie moich ulubionych sklepów na Lubelszczyźnie.

A skoro o domu mowa, to to, o czym za chwilę napiszę, usprawiedliwi nieco moją dosyć długą nieobecność na blogu, w newsletterze i na Instagramie. Otóż zrobiliśmy remont. I to nie byle jaki, ale naprawdę konkretny. Choć nic tego nie zapowiadało.
Wszystko zaczęło się od GDYBANIA. Oczywiście głównie mojego. Brzmiało mniej więcej tak: „a gdybyśmy tak usunęli górne szafki w kuchni?”, „a gdybyśmy zrobili wyspę kuchenną?”, „a gdybyśmy powiesili w oknach piękne, lniane zasłonki?”.
Sypałam argumentami „za” jak z rękawa i chyba w końcu złamałam mojego męża, bo gdy w lutym oznajmiłam, że robimy remont, wyjął swój kajecik i zaczął przechadzać się po domu, notując wszystko, co jest do poprawki. Tomek uznał po prostu, że jeśli już mamy robić demolkę i bałagan, to niech to będzie ostatni remont przynajmniej w tym dziesięcioleciu, bo inaczej – tutaj cytuję – „wykończysz mnie, kobieto!”.
Próbowałam go jeszcze przekonać, że szykuje się właściwie czysta robota i co najwyżej delikatne odświeżenie ścian, które w wyniku mojego gotowania zmieniły kolor ze śnieżnej bieli w „piasek pustyni”. Tomek tylko kiwał głową z dezaprobatą, a ja, widząc jak skuwa kawałki ścian, bo zamarzyło mi się inne oświetlenie w kuchni, po prostu usuwałam się z drogi i gotowałam mu dobre rzeczy. Ale o tym gotowaniu za chwilę – teraz jeszcze remont.
Remont trwał prawie trzy tygodnie. W tym czasie poprawiliśmy wentylację (kucie, dużo kucia!), położyliśmy płytki w łazience, zrobiliśmy w piwnicy łazienkę gospodarczą, usunęliśmy jeden grzejnik (bardzo dużo szlifowania i kucia), poprawiliśmy drugi (bardzo, bardzo dużo kucia i przekleństw), zaszpachlowaliśmy wszystkie dziurki po ramkach i rameczkach, a na koniec odmalowaliśmy cały dom – nawet listwy przypodłogowe.
Oczywiście nie zrobiliśmy tego sami. Bez pomocy Adama, który remontował nasz dom pięć lat temu, nie byłoby to możliwe.
Przez te trzy tygodnie pracowaliśmy po kilkanaście godzin dziennie – stąd moja nieobecność w internecie. Wieczorem zasypiałam dosłownie w sekundę. Ale ten remont choć zmęczył mnie fizycznie, pozwolił mi niesamowicie odpocząć psychicznie. Jest coś pięknie prostego i oczyszczającego w takiej robocie. Odnajduję te emocje w pracach ogrodowych, w odnawianiu czegoś starego, we wszelkich pracach manualnych, w robieniu dekoracji z okazji jakiegoś święta itp.


Wiele osób dziwiło się, dlaczego chcemy remontować dom, w którym mieszkamy zaledwie od pięciu lat. Odpowiedź jest prosta – bo lubimy, gdy jest ładnie. A w wielu miejscach ładnie po prostu nie było.
I choć na zdjęciach często nie było tego widać, mnie takie detale jak na przykład ten grzejnik doprowadzały do szału. Nadszedł więc czas, żeby wyprostować wszystko, co krzywe, dokończyć listwy i dopracować te miejsca, które od dawna prosiły się o uwagę. Zresztą sama zobacz. Mam nadzieję, że mnie zrozumiesz 🙂

Gdy tylko Tomek zdjął górne szafki kuchenne, ja natychmiast zajęłam się projektowaniem. Bardzo profesjonalnym, przyznaj 🙂 Usiadłam w mojej kuchni i zaczęłam sobie różne rzeczy wyobrażać, a potem te wyobrażenia wcielać w życie. Oczywiście głównie rękami mojego męża. Ja byłam od szpachlowania i zacierania dziurek po ramkach, malowaniu listew przypodłogowych, sprzątania i gotowania i bardzo mi ta rola odpowiadała.
Zwróć też uwagę na moje fantastyczne grafiki i kolaże, które miały pomóc mi podjąć decyzję w sprawie okapu. Gdybyś kiedyś potrzebowała takich rysunków, projektów i wsparcia – polecam się. Pełna profeska 🙂



No dobrze tutaj skończyły się już moje argumenty dotyczące minimalnej ilości pracy, którą przewidziałam.

Sztuka podejmowania wyboru. Kiedyś było tylko kilka opcji, a dziś pan w sklepie z farbami pokazuje mi wzornik z 40 odcieniami białego, a pani od zasłon kilkanaście odcieni zwykłego, szarego lnu. Czuję się lekko zagubiona.


Efekty remontu pokażę już niedługo. Tymczasem uspokajam – ponadstuletni stół, który do tej pory stał w naszej kuchni, pełni teraz rolę biurka w moim gabinecie. Lniane zasłonki w oknach kupiliśmy, gdy na świat miał przyjść nasz syn, który dziś ma już 16 lat. Uwielbiam przedmioty, które są z nami przez tyle lat.

Może i mój kochany mąż kręcił głową, gdy cały w pyle realizował moje remontowe wizje, ale kiedy w środku tego bałaganu złapało mnie jakieś choróbsko, stanął przy kuchence i w tych niemal polowych warunkach ugotował dla mnie wielki gar rosołu na kaczce. I dla mnie to są najpiękniejsze prezenty. Serio.
Tomek nie jest typem faceta, który wręcza mi spontanicznie bukiety kwiatów albo wyszukaną biżuterię. Nie. On zapomina o Dniu Kobiet, rocznicach i Walentynkach, ale zrobi mi remont, o którym marzę i ugotuje rosół, kiedy jestem chora. I myślę sobie wtedy, że to jest absolutnie piękne.


Pozostając w temacie gotowania, muszę powiedzieć, że jestem z siebie – i z nas – naprawdę dumna. To, jaką pracę nad zmianą stylu życia wykonaliśmy przez ostatnie pięć lat, zaskakuje dziś nawet nas samych. Bez wyrzeczeń, bez ciągłego zastanawiania się, co zjeść, bez odmawiania sobie czegokolwiek jemy zdrowe, pełnowartościowe posiłki. Niezależnie od tego, czy mamy w domu remont, jedziemy pociągiem, czy lecimy za granicę. I uwielbiam to, że robimy to głównie dlatego, bo chcemy pozostać ze sobą jak najdłużej zdrowi i sprawni.
Nasze jedzenie jest proste i szybkie w przygotowaniu, a jednocześnie odżywcze, pełnowartościowe i o niskim indeksie glikemicznym – tak, żeby dodawało energii, a nie nas usypiało. Takie gotowanie to mój numer popisowy. Obiecałam sobie, że nauczę moją społeczność kobiet właśnie tak gotować, żeby one też mogły poczuć się tak jak ja.


Na tych dwóch palnikach przygotowałam większość naszych potraw. Zaimprowizowałam również niewielką jadalnię 🙂 Zobacz, co udało mi się przyrządzić do jedzenia nie tylko podczas remontu, ale i do zabrania w podróż.


Bajgle z serka wiejskiego z pastą z makreli, ogórkiem kiszonym i sporą garścią zieleniny.
Omlet z szynką i sałatką. Im więcej zielonego – tym lepiej. Kupuję teraz na przedwiośniu mnóstwo rukoli i kiełków.


Prosta, jednogarnkową potrawka z pieczonych warzyw, soczewicy, kurczaka i kolendry.
Obiad u rodziców, czyli duszony indyk, pieczone warzywa, kiszonki i ziemniaki.


Gdy nie mam ze sobą swojego jedzenia, kupuję moją ukochana sałatkę w Salad Story.
Obiad do pociągu: makaron pełnoziarnisty z tuńczykiem, suszonymi pomidorami, cukinią i jogurtem.


Kolejny obiad na wynos zjedzony przy stoliku blisko dworcowych fastfoodów: kasza z marchewką i brokułem w orientalnych przyprawach i kurczak.


Na spotkaniu w knajpce z koleżanką zamówiłam hummus z halloumi, batatami, sosem tzatziki i kiszonkami.
Jeden z moich ulubionych deserów: pudding proteinowy. Na moim blogu znajdziesz przepis na pudding czekoladowy. Ja ostatnio zajadam się jego waniliową wersją,
A czasem jest tez tak: wiejska kiełbasa na gorąco, żytni chleb, keczup i musztarda. Uwielbiam!


Luty był również dla mnie miesiącem nieprawdopodobnych metamorfoz – nie tylko tych w domu 🙂 w ciagu jednego dnia potrafiłam wyglądać jak siedem nieszczęść i jak gwiazda 🙂


Jest też moja kolejna przyjaciółka, Magda, która – podobnie jak ja – ma zajawkę na to, by dobrze się czuć i dobrze wyglądać po czterdziestce. Swoją drogą zawsze uśmiecham się na myśl, jak wyglądał kiedyś słynny czterdziestolatek Stefan Karwowski, a jak wyglądają i czują się dzisiejsi czterdziestolatkowie. Mamy tę moc!
Bardzo cieszy mnie ten trend, by dbać o siebie holistycznie i nie poddawać się w tym dbaniu o siebie – niezależnie od wieku. Mnie dziś nie inspirują dwudziestolatki z sześciopakiem na brzuchu. Gratuluję im wykonanej pracy, ale nawet nie próbuję się do nich porównywać.
Inspirują mnie za to kobiety pięćdziesięcio- i sześćdziesięcioletnie: zdrowe, sprawne, zadbane, mające siłę, by tańczyć, podróżować i być aktywne w swoim wieku. To właśnie jest moja największa motywacja i mój cel.

Dlatego tak bardzo wierzę w dbanie o siebie. Bo prawda jest taka, że nikt nie przyjdzie i nie zrobi tego za nas. To my jesteśmy jedynymi osobami, które mogą się sobą naprawdę zaopiekować. Wiem, że nie zawsze chce się wstać z kanapy i pojechać na trening – uwierz mi, wiem coś o tym. Ale kiedy po kilku czy kilkunastu miesiącach zobaczysz, jaka ogromna moc kryje się w tych wszystkich małych krokach, które wykonałaś, kiedy poczujesz, jak dobrze jest Ci samej ze sobą – nie będziesz już chciała wracać do miejsca, w którym tak się nie czułaś.


Jeśli dotrwałaś do tego miejsca, to polecę Ci jeszcze dobrą książkę i wzruszający film. Książka to kolejna część z serii „Siedem sióstr” Lucindy Riley.
Seria „Siedem sióstr” Lucindy Riley to jedna z tych sag, w które można wpaść na dobre. Opowiada historię sześciu adoptowanych sióstr wychowanych przez tajemniczego milionera zwanego Pa Saltem. Po jego śmierci każda z nich otrzymuje wskazówki dotyczące swojego pochodzenia i wyrusza w podróż, by odkryć własne korzenie.
Każdy tom przenosi czytelnika w inne miejsce na świecie i splata współczesną historię z wątkiem z przeszłości. To opowieść o rodzinnych tajemnicach, miłości, tożsamości i o tym, jak bardzo przeszłość potrafi wpływać na nasze życie. Jeśli lubisz wielowątkowe historie i książki, przy których można naprawdę odpocząć, ta seria wciąga na długie wieczory.
W kwestii filmów pozostaję wierna tym z lat 90. i wczesnych 2000. Bardzo wzruszyłam się na „Wichrach namiętności”. Niesamowity klimat, emocje, piękne krajobrazy Montany i… młody Brad Pitt, od którego trudno oderwać wzrok. To epicka opowieść o rodzinie, miłości i losie, który potrafi poprowadzić życie w zupełnie nieprzewidywalnym kierunku. Historia trzech braci i kobiety, która pojawia się między nimi i na zawsze zmienia ich życie. Polecam.


To już wszystko na dziś. Mam nadzieję, że Twój luty był dobry i że do Twojego domu też powoli puka wiosna. Ja dziś widziałam pierwsze żurawie i pierwsze nieśmiało przebijające się przez zbutwiałe liście szafirki. W powietrzu czuć już cieplejsze dni i wszystkim nam one się należą po tej pięknej, ale długiej zimie.
Uściski!
Basia Szmydt



Dobre życie i mądrość <3
Basiu, uwielbiam Cię czytać!
Ty nie narzucasz nic czytelnikowi, nie przekonujesz, że to właśnie Ty znalazłaś słuszny i jedyny przepis na szczęście. Ty po prostu opisujesz to czym żyjesz i to jest takie piękne i nienachalne, że ani myślę o tym, aby Cię kopiować, ale czuję się mocno zainspirowana do życia po swojemu.
Gratuluję! Zaryzykuję stwierdzenie, że Twoje teksty wnoszą ten sam spokój i radość co teksty Agnieszki Maciąg. Czytałabym Twoje książki 💗😚 Pozdrawiam.
Dziękuję Ci za tak cudowny komentarz, nawet nie wiesz ile on dla mnie znaczy <3
Basiu piękny był ten Twój miesiąc Luty
i wyprawa nad Bałtyk.
Też kocham polskie morze i lasy o każdej porze roku,ale tak jak piszesz poza sezonem jest on bardziej klimatyczny.
Czuć ten spokój i mocniej słychać szum fal i plaża jest czysta,nie zaśmiecona,bo niestety latem idąc brzegiem o wschodzie słońca widać śmieci które ludzie zostawiają po sobie zakopane w piasku,choć niedaleko stoi kosz…przykre to.
Pochodzę z nad morza i pamiętam zimy jak byłam dzieckiem,zamarznięte morze,sople lodu przy falochronach,dużo śniegu….piękne widoki i wspomnienia,a przy sztormach szum fal słychać przy otwartym oknie,gdzie mój dom rodzinny jest 500metrów od morza idąc przez las.
Obecnie mieszkam poza granicami Polski,ale ostatnio często jeżdżę w rodzinne strony i spaceruję brzegiem morza ładując tą dobrą energię, wdychając jod i ciesząc się spotkaniem z najbiższymi ❤️
Dziękuję Ci za polecajki i za inspiracje do dobrego i zdrowego dbania o siebie,aby czuć się dobrze w każdym wieku.Bo te małe kroki dbania o siebie pod każdym względem, które wykonujemy każdego dnia robią wielką robotę 🥰
Pozdrawiam
Dziękuje Ci za tak miły komentarz, a domu rodzinnego nad samym morzem szczerze i pozytywnie zazdroszczę 🙂 Uściski!
Widzisz Basiu. najpierw przejrzałam wpis bez czytania i zobaczyłam to zdjęcie z krzywym kaloryferem. I moja pierwsza myśl była taka: „U Basi to nawet z krzywego grzejnika jest stylówka. Ma Dziewczyna odwagę do bycia „po swojemu”. Szacun!”
Także widzisz 🙂
Z niecierpliwością czekam na relacje z po-remontu!