O TYM DLACZEGO POSTANOWILIŚMY SPRZEDAĆ NASZ DOM.

Autor: Basia Szmydt

Dziś doszłam do wniosku, że jako jedno z postanowień noworocznych powinnam wpisać sobie podpunkt: „podszkolić się z social mediów”. Przyznaję, że jestem w tym dosyć kiepska. Nie chodzi nawet o same posty, słowo w nich pisane czy też złapanie odpowiedniego kadru na zdjęciu. Chodzi o to, że ja ciągle zapominam o tym, że cześć moich czytelników na przykład w ogóle nie używa instagrama czy też facebooka i dopóki nie napiszę czegoś na blogu to wirtualnie dla nich nie istnieję. Jeszcze inni nie wejdą na mojego bloga dopóki nie poinformuję ich o tym za pomocą posta na instagramie czy też „fejsie”. Muszę też zapamiętać, że są tacy, którzy korzystają tylko z FB albo tylko z Insta. Ufff….!!! Dużo tego i chyba potrzebny mi harmonogram publikacji. Czasami tęsknię za czasami, gdy moim jedynym medium do komunikacji był mój blog i to tutaj skupiałam całą uwagę czytelników. Nie musiałam się zastanawiać co, gdzie i kiedy napisać. Blogerzy (w tym ja!) też byli wtedy jacyś tacy bardziej sumienni i zdecydowanie częściej pisali. Dzisiaj łatwiej jest wrzucić szybki wpis na „insta” zamiast „wypracowania” na blog. Czasy się zmieniają. Dziś zewsząd zalewa nas morze informacji. Ciężko się przez to przebić i trzeba się nieźle nagimnastykować, żeby dotrzeć do nowych czytelników.

A ja chcę docierać. Bardzo chcę. I jeszcze bardziej chcę wrócić tu, do mojego miejsca w sieci. Wypielęgnowanego, zaprojektowanego tak, byś się tu dobrze czuła, byśmy mogły wypić sobie wirtualną kawę. Ale żeby tak się stało muszę skupić się na blogu i to tutaj gromadzić cały kontent, którym chcę się dzielić i inspirować. Przede wszystkim tutaj, a resztę traktować jako dodatek. Intuicja i serducho podpowiada mi, że tak właśnie będzie najlepiej 🙂

Uff! Tyle tytułem przydługiego wstępu. Po co o tym wszystkim piszę? Bo dziś przy tej naszej wirtualnej kawie czy też herbacie, czy też wodzie z cytryną chcę Ci opowiedzieć o tym jak po raz kolejny, razem z moim mężem postanowiliśmy wywrócić nasze życie do góry nogami. Sprzedajemy nasz dom, w którym spędziliśmy ostatnie 4 lata naszego życia, i który wybudowaliśmy od zera, inwestując w niego każdą wolną chwilę i każdą wolną złotówkę. Tak, sprzedajemy. To się dzieje naprawdę. Jesteśmy jednocześnie podekscytowani tym, że się odważyliśmy, że idzie nowe, a jednocześnie przerażeni – dokładnie tym samym.

Wiele osób puka się w czoło, gdy o tym mówimy. Kiwają głową z niedowierzaniem. Są nawet takie czytelniczki, które napisały mi, że się czują oszukane i przestają mnie czytać 🙂 Jeszcze inni nam kibicują i przytaczają podobne przykłady ze swojego życia. Większość jednak nieustannie gratuluje nam odwagi w podjęciu tej decyzji. Nie zaprzeczę, że wystawienie domu na sprzedaż takiej odwagi od nas wymagało, ale jest to do przejścia.
Opowiem Ci dlaczego.

Krótka historia naszego domu

Nie będę się tu zbyt rozpisywać, ale napiszę kilka zdań dla tych, którzy czytają mnie od niedawna. Mieszkamy wspólnie z moim mężem i dwoma synkami w bardzo dużym domu na wsi pod Warszawą. Od stolicy dzieli nas 35 kilometrów, a do Śródmieścia spod domu zabiera nas kolej i w ciagu 30 minut jesteśmy w centrum. To akurat plus. Plusem jest też sam dom, który zaprojektowaliśmy wspólnie z architektką według naszej wizji. Nieustannie uwielbiamy ten projekt i gdybyśmy mogli przenieść nasz dom w inne miejsce nie wahalibyśmy się ani chwili. Plusem są fajni sąsiedzi, nasze częste z nimi spotkania i wspólne poczucie humoru. Plusem jest kameralna, wiejska szkoła naszych dzieci. Generalnie wszystko zdaje się być w jak najlepszym porządku. Włożyliśmy w ten dom ogrom pracy, czasu i pieniędzy i przez ostatnie 10 lat budowanie go, zajmowanie się nim, urządzanie i rozmawianie o nim było naszym tematem numer jeden. Wszystko pod niego ustawialiśmy. Kto budował dom ten zrozumie mnie ciut lepiej 🙂 Budowaliśmy go absolutnie pod siebie z myślą, by spędzić tu resztę życia. Nauczyłam się jednak, żeby ograniczać używanie zwrotów „na zawsze”, „na stałe” i „na całe życie” – zwłaszcza w kontekście miejsca zamieszkania.

Skoro wszystko było ok to dlaczego go sprzedajemy?

Mogłabym odpowiedzieć na to pytanie najprościej – bo możemy. I nie ma w tym ani krzty bezczelności. To nasza własność, nasze pieniądze i nasze decyzje. Po prostu możemy to zrobić, bo nic w zasadzie na tym etapie życia nas nie ogranicza.

Bo temat zmiany miejsca przez ostatnie 4 lata wracał jak boomerang. Nieustannie. Oboje z mężem mieliśmy okresy, kiedy uspakajaliśmy się wzajemnie i stwierdzaliśmy, że jak już wykończymy ten dom to na pewno nam minie i zechcemy tu zostać. Potem na jakiś czas po prostu sobie żyliśmy, remontowaliśmy kolejne pomieszczenie, czarowaliśmy swoją rzeczywistość. Raz nam to wychodziło lepiej, raz gorzej, ale fakt jest taki, że każde z nas w głębi serca czuło, że ten dom nie jest naszym miejscem na ziemi. Tylko bardzo długo nie umieliśmy się do tego przyznać.

Bo ciągnie nas do miasta. Po prostu i najzwyczajniej w świecie. Brakuje nam miasta tak bardzo, że chwilami aż boli. Miasto dodaje nam energii, inspiruje nas. Jesteśmy miejskimi ludźmi, którzy domek na wsi najchętniej mieliby na weekend. Tutaj – „zdziadzieliśmy”. I naprawdę nie przesadzam. Ja, nawet jak wychodzę do miasta to zawsze muszę zdążyć na pociąg o 14, żeby odebrać maluchy ze szkoły. Nie wrócą sami z kluczem na szyi. Na zajęcia dodatkowe, do sklepu po sól, co to jej zabrakło, do szkoły, do kościoła, do kolegi z klasy – wszędzie samochodem. Na naszej wsi nie ma nawet ścieżek rowerowych. Tęsknię za miastem! I przyznaję rację wszystkim, którzy pisali mi o tym, że zatęsknię gdy ja zachwycona wprowadzałam się „już na zawsze” do wymarzonego domu. Odebrałam lekcję, nauczyłam się o sobie wiele mieszkając tutaj i wiem już czego chcę, a czego nie. Nie chcę tutaj mieszkać i jest to decyzja przemyślana jakiś milion razy na przestrzeni ostatnich 4 lat. Nawet jeśli jest zła, to nie spocznę póki się nie przekonam.

Kolejnym argumentem, który być może nie brzmi optymistycznie, ale jednak jest cholernie prawdziwy i warto sobie o nim przypomnieć jest fakt, że kiedyś i tak wszyscy umrzemy. Nie skorzystanie z okazji, by zobaczyć jak jest po drugiej stronie lustra, nie odważenie się na taki krok, nie poznanie tego jak może być gdzieś indziej – nie, tego nie zaakceptuję nigdy. Będę się bała jak cholera i godzinami będę się zastanawiać czy dobrze robimy, ale to zrobię. Bo ostatecznie życie mamy tylko jedno, a dom, który sprzedajemy to tylko budynek. Ten prawdziwy, który tworzymy jest w nas, w naszej rodzinie. To ona jest najsilniejszym fundamentem.

Miałam kiedyś, dosyć krótko wprawdzie, takiego chłopaka w liceum. Był idealny. Tak przynajmniej myślał cały świat z moją mamą na czele, która w drzwiach witała go niczym swojego syna i już wizualizowała sobie go na ślubnym kobiercu ze mną. Był mega przystojny, wysoki, doskonale zbudowany, miał cudny uśmiech, super się ubierał, był szarmancki, kulturalny, uwielbiały go dzieci i starsze panie, no i doskonale się całował. Naprawdę ideał. I ja to naprawdę wiedziałam. Problem w tym, że to nie był mój ideał i musiałam go rzucić. Złamałam serce nie tylko jemu, ale i połowie moich znajomych, którym ciężko było uwierzyć jak można zrezygnować z takiego chłopaka. Można, a czasem nawet trzeba, bo jestem pewna, że tuż za rogiem czeka ten ideał szyty na naszą miarę. Mój czekał. Mam z nim dwójkę dzieci.

Czy nam nie szkoda? Nie jestem pewna czy „szkoda” to odpowiednie słowo. Bardziej porównałabym to do niepokoju, czasem do strachu, która miesza się z ekscytacją, bo oto podjęliśmy naprawdę konkretna i do pewnego czasu niewygodną decyzję. Wciąż nie wiemy gdzie będziemy mieszkać gdy sprzedamy dom. Jednego dnia oglądamy kamienice na Powiślu, drugiego domki w Lublinie, a trzeciego mieszkania w hiszpańskiej Maladze 😀 Czas, życie i budżet pokażą. Wiem jednak, że skoro powiedzieliśmy A to powiemy też B. Wiem też, że zmiana i wychodzenie ze swojej bezpiecznej strefy zawsze niepokoi, ale później jest już tylko lepiej, a Ty odkrywasz w sobie niewyobrażalne pokłady odwagi i pewności siebie. A to naprawdę bardzo przydaje się w życiu i podczas spełniania marzeń 🙂

173 komentarze
180