TO CO? MOŻE JA KAWĘ ZROBIĘ? (+ PRZEPIS NA PYSZNE TIRAMISU)

Autor: Basia Szmydt

Filiżanka dobrej kawy w naszym domu pojawia się w przeróżnych sytuacjach, ale ma jeden wspólny mianownik – zawsze kojarzy się z czymś dobrym i z chwilą przerwy.

To na przykład podanie sobie ręki na zgodę. Kiedy się na siebie fochujemy i jedno z nas w końcu stawia przed tym drugim filiżankę czarnej jak smoła kawy, to znak, że pora odpuścić, że już wystarczy, że te fochy niepotrzebne są i bez sensu.

Kiedy przez cały dzień dzieci biegały, krzyczały, a Ty miałaś wrażenie, że jeszcze chwila i Twoja głowa eksploduje… Przychodzi wreszcie magiczny moment – późne popołudnie. Dzieciaki zajmują się zabawą albo włączają bajkę, Ty siadasz na sofie z kubkiem kawy, który przyjemnie grzeje Twoje dłonie. Opierasz głowę o poduszkę i głośno wypuszczasz powietrze. Przerwa.

Gdy mam tysiąc spraw do załatwienia i każda ważniejsza od poprzedniej… Gdy w związku z tym ogarnia mnie zbyt duży stres, to ta kawa zrobiona wspólnie, i te słowa Tomka, zawsze te same, że to trzeba usiąść i na spokojnie pomyśleć najpierw o tym, co najważniejsze, zawsze pozwalają mi wrócić na właściwe tory.

Gdy moja przyjaciółka obładowana walizkami wysiada na stacji kolejowej w mojej wsi i gdy docieramy wreszcie do mojego domu, to nie muszę jej pytać o to, czy chce kawy. Wiem, jaką pije, wiem, że właśnie w tej chwili jej potrzebuje, wiem, że się musi w tym domu moim w dres przebrać i się „za-checkować” 🙂 Zawsze wtedy powtarza mi, że kawa, którą ktoś dla Ciebie zrobi, smakuje lepiej. Ma rację.

Ten wpis pisałam, gdy przyszedł do nas pierwszy od dawna deszczowy dzień i gdy odrobinę już pachniało nadchodzącą jesienią. I choć dla mnie lato mogłoby trwać w nieskończoność, to magia jesiennych popołudni z kubkiem kawy, na tym parapecie to również kusząca i przyjemna wizja.

Przyjemne i bardzo smaczne jest też tiramisu – deser, za który dałabym się pokroić i wobec którego jestem tylko słabym człowiekiem z równie słabą silną wolą. Jest idealne, w sam raz na przerwę z czarną jak smoła kawą.

To tiramisu robię w małych, szczelnie zamykanych słoiczkach, tak, by nie przechodziły zapachem lodówki i by były w sam raz na jeden raz. Zwłaszcza na takie deszczowe dni jak ten dziś. Przechowuję je w lodówce do dwóch dni, choć zazwyczaj i tak znikają wszystkie naraz.
Bo wiesz, że robienie ich w małych słoiczkach… to taka próba oszukania samej siebie 🙂


PRZEPIS NA PYSZNE TIRAMISU (6 słoiczków)

opakowanie biszkoptów (tzw. kocie języczki, ok. 200 g)
opakowanie serka mascarpone
200 g śmietanki 30%
2 jajka zerówki
szczypta soli
70 g cukru pudru
kakao
dwa espresso
1,5 szklanki wrzątku

Jajka zerówki myję dokładnie pod bieżącą wodą. Oddzielam białka od żółtek.
Białka ubijam na sztywną pianę ze szczyptą soli.
Żółtka ucieram z cukrem pudrem i dodaję do nich serek mascarpone.
Śmietankę ubijam na sztywno ze szczyptą soli i dodaję do serka z żółtkami.
Na koniec ubite białka łączę delikatnie z masą.
Zaparzam kawę. Ja robię przedłużoną czarną kawę, czyli podwójne espresso z podwójną ilością wody.
Biszkopty maczam w wystudzonej kawie (tak, by dobrze nasiąkły) i układam je na dnie słoiczka. Mają utworzyć 2-3-centymetrową warstwę. Na biszkopty wykładam wcześniej przygotowaną masę. Na nią kolejną warstwę namoczonych w kawie biszkoptów i ponownie masę. Słoiczki zamykam szczelnie i wkładam do lodówki na kilka godzin. Przed podaniem posypuję przez sitko surowym kakao.

Do tego dobra książka i filiżanka kawy, i robi nam się z tego sceneria jak z Wenecji.


Te zdjęcia wklejam tu tylko jako wspomnienie pięknej podróży, bo tak naprawdę teraz przyszło mi jeść to tiramisu i pić tę pyszną kawę w miejscu równie pięknym. Ma dla mnie szczególne znaczenie, bo po pierwsze jest w naszym domu, a po drugie mówię o siedzisku, które mój mąż zrobił całkiem sam, i tym samym spełnił moje marzenie o tym, by móc siedzieć na parapecie przy wielkim oknie (pamiętasz te amerykańskie seriale z lat 90.?). Jestem z niego mega dumna! Tu się naprawdę dobrze pije popołudniową kawę 🙂


A skoro mowa o kawie. Kiedyś była dla mnie zupełnie bez znaczenia. Zalewałam kilka łyżeczek rozpuszczalnej „neski”, pół na pół z mlekiem i dwiema łyżeczkami cukru i byłam zadowolona. Te czasy to oczywiście stare dzieje. Tuż po nich nastąpił okres picia klasycznej latte, ale już z ekspresu, który był z nami przez 9 lat, i wykończył się staruszek. Jego miejsce zajął ekspres De’Longhi ElettaCappuccino Top, a wraz z nim przygotowywanie kawy stało się jeszcze prostsze. Dzisiaj oboje z Tomkiem gustujemy w czarnej, mocnej kawie, ale pojawienie się w naszym domu Eletty sprawiło, że znowu od czasu do czasu wracam do kaw mlecznych. Na rynku mamy dziś również mleka roślinne, przeznaczone dla baristów, które doskonale się pienią, i z których i ja korzystam, bo nie lubię pić mleka krowiego.
Eletta jest piękna i doskonale pasuje do wystroju naszej kuchni, co cieszy mnie szczególnie 🙂


Wspólnie z ekipą De’Longhi przygotowaliśmy z Tomkiem film, w którym opowiadamy, co dla nas było ważne przy wyborze ekspresu, co ma nasz nowy ekspres, a czego nie miał stary, i jakie kawy lubimy pić my, a jakie nasi goście, i jak to wszystko razem pogodzić.

Mam nadzieję, że przybliżyliśmy Ci odrobinę ten temat, więc jeśli stoisz przed trudnym wyborem ekspresu do kawy, to nasz film pomoże Ci podjąć decyzję 🙂

A teraz wróćmy do tej przyjemnej chwili z tiramisu, cappuccino i książką.