fbpx

WRZESIEŃ I PAŹDZIERNIK W MOIM OBIEKTYWIE (dużo zdjęć!)

Autor: Basia Szmydt


Dwa miesiące. Równiutko. Tyle czasu nie było mnie na blogu. Zatem – dzień dobry ponownie 🙂 Po tych ogromnych zmianach, jakie ostatnio zaszły w moim życiu, po przeprowadzkach, nieoczekiwanych zwrotach akcji, ogromnym stresie, ale i mobilizacji. Po próbie zorganizowania mojej rodzinie domu na nowo, mogę w końcu usiąść przy stole z kubkiem herbaty i zacząć znowu pisać. Bo pisanie i robienie zdjęć to zdecydowanie coś, co lubię robić najbardziej. Aha, tylko że ten stół, przy którym aktualnie piszę jest w Norwegii, gdzie wynajęliśmy mieszkanie. Jak to się stało, że znalazłam się tutaj z moją rodziną opowiem za chwilę. Najpierw wrócę do początku tej historii, czyli do pięknego, jesiennego września w Polsce.

A konkretnie to do naszego sprzedanego domu, który w końcu po niemal roku „użerania” się z urzędami, ich protokołami, regulaminami, wiecznie zajętymi telefonami i nieustannym „nie da się”, mogliśmy przekazać nowym lokatorom. Na ten dosyć emocjonujący moment „zdania nieruchomości” (ależ to obco brzmi!) zabrałam ze sobą moją mamę. A piszę o tym dlatego, że moja mama przy okazji wizyty w Warszawie pierwszy raz w życiu odwiedziła Pałac Kultury 🙂 Musiałam mieć ten moment uwieczniony na pamiątkowej fotografii. To był super dzień mamy i córki <3

Nie zabraliśmy z domu wszystkich rzeczy. Część rozdaliśmy, część sprzedaliśmy, jeszcze inne wyrzuciliśmy, a niektóre zostawiliśmy kupującym. To sprzątanie to był długi i wyczerpujący proces. Trwał miesiącami! Oczywiście wraz z pakowaniem wszystkiego i przeglądaniem każdej pierdoły, przyszło tez otrzeźwienie i podstawowe pytanie, które pewnie zadaje sobie każdy w takiej sytuacji: „Na cholerę mi to wszystko?!”.
Nie zadałam sobie jednak takiego pytania jeśli chodzi o moje monstery. Od samego początku wiedziałam, że zabieram je ze sobą wszędzie. Jeśli czytasz mnie od niedawna to jestem Ci winna kilka słów wyjaśnienia. Otóż moje monstery z salonu to były moje oczka w głowie. Hodowałam je od małych sadzonek i dałam im ogrom mojej miłości. One odwdzięczyły mi się swoimi gigantycznymi rozmiarami. Nagrałam o nich nawet film na YouTube .

FILM O MOICH MONSTERACH – KLIKNIJ.
WPIS NA BLOGU O MONSTERACH

Oczywiste było dla mnie to, że jadą ze mną do mojej teściowej, u której mieliśmy się zatrzymać, dopóki nie znajdziemy nowego domu. Sęk w tym, że gdy postawiliśmy je w największym pokoju u Tomka Mamy okazało się, że zajmują niemal całą jego przestrzeń. Nie było się jak ruszyć. Poddałam się. Wystawiłam je ze łzami w oczach na sprzedaż.

Łzy jednak otarłam dosyć szybko, bo okazało się, że moje ukochane rośliny będą miały ciąg dalszy swojej pięknej historii – staną się częścią dżungli w fantastycznym miejscu na mapie Krakowa, Przestrzeni Pełnej Czasu stworzonej przez Olę Budzyńską. Oto jak prezentuje się jedna z nich 🙂

Tutaj możesz przeczytać więcej o PRZESTRZENI PEŁNEJ CZASU.

Oddając klucze do naszego domu zakończyliśmy pewien rozdział w życiu. Ruszyliśmy w kierunku Lublina, do rodziców. Postanowiliśmy, że dopóki nie znajdziemy nowego miejsca zamieszkamy u Tomka mamy. Tak też się stało. Nasza historia w pewnym sensie zatoczyła koło, bo na piętrze domu mojej teściowej mieszkaliśmy przez 5 lat zanim wybudowaliśmy dom. Wróciliśmy więc w bezpieczne i dobrze nam znane tereny 🙂 Lublin, jak zawsze z resztą, przyjął nas ciepło. W końcu to nasze rodzinne miasto, w którym i ja, i Tomek, i dzieci, spędziliśmy większość życia. Znamy tu każdą uliczkę. Ale teraz ja zaczęłam odkrywać to miasto i wszystko to co ma nam do zaoferowania na nowo. Doceniłam bliskość rodziców, rodzeństwa, wszystkich przyszywanych cioć i wujków, którzy znają mnie od bobasa. Uśmiechnęłam się na myśl, że oto znalazłam się w miejscu, gdzie każdy, każdemu, po znajomości może coś załatwić, bo to przecież tutaj, a nie nigdzie indziej mam tak rozbudowaną sieć znajomych 🙂 Jedna ciocia dzwoni, żeby przyjechać, bo jej w ogródku oregano i lubczyku za dużo urosło i czy bym nie chciała. Tata dzwoni z informacją, że właśnie przez Piaski przejeżdża i czy mi pierogów tych dobrych nie kupić czasem? Mama oznajmia, że w sobotę jedziemy na grzyby, bo ma być ładna pogoda, i że ciocia Irenka też z nami jedzie. I żebym nic do jedzenia nie brała, bo mama weźmie kotlety (wiadomo!), a ciocia Irenka nalewki na spróbowanie. A teściowa przynosi mi ze sklepu chleb z Ludwina, żeby był do tych kotletów. Czuję się jak pączek w maśle. Dosłownie.
No to ruszamy na te grzyby. Ja z aparatem oczywiście, bo tak piękny las zasługuje na uwiecznienie.
I te chwile z rodziną również. Dzień wcześniej otwieram szkolne podręczniki moich dzieci sprawdzając czy w programie jest lekcja o piętrach lasu, grzybach i leśnych zwierzętach. Jest! Oznajmiam moim dzieciom, że dziś uczymy się w terenie.
O 5 rano ja w dresach wpuszczonych w skarpety, moja mama z torbą pełną kotletów, tata w profesjonalnym stroju i z nożem za pazuchą, Marcin ze świnką Halinką wystającą z plecaka, Michał z atlasem grzybów pod pachą i ciocia Irenka z domową nalewką ruszamy do lasu.

To jest jeden z tych dni, które się później pamięta przez całe życie. Wywołuje się te zdjęcia i ogląda później w albumach na kanapie w niedzielę. I takich momentów właśnie trzeba mi było najbardziej. A tu na zdjęciu jeszcze ja i moja mama kochana i kadr z jej kuchni, w której jak zawsze coś się gotuje. Tym razem pierogi, które w moim rodzinnym domu i mama, i babcia zawsze liczyły. Do dziś nie wiem dlaczego one liczyły te pierogi.

Wspominałam o tej siatce lubelskich znajomych i znajomości? No właśnie. Jedną z takich znajomych jest moja Rzepka, najlepsza przyjaciółka z liceum, która dziś pracuje w Ratuszu Miasta. Jest prawą ręką Prezydenta Lublina i ilekroć o tym wspominam jestem z niej taka dumna! Zgadnij co zrobiłam gdy zapytała mnie czy nie zechciałabym zrobić chłopakom lekcji historii i odwiedzić Ratusza? 🙂

Chłopcy na wieść o tym, że odwiedzą gabinet Prezydenta Lublina założyli rano koszule i byli bardzo przejęci. Starszy, Michał jest totalnie zafiksowany na punkcie polityki i historii! Jego mina, gdy pozwolono mu usiąść w fotelu Prezydenta Żuka była bezcenna. No i być na balkonie Ratusza, gdy hejnalista wygrywał hejnał…niesamowita przygoda.

W październiku pogoda nas rozpieszczała. Ciężko było usiedzieć w domu. Zarządziłam wycieczkę. I to tam, gdzie moi rodzice zawsze zabierali mnie i moją siostrę w wakacje. Na Roztocze! Nie musiałam za bardzo przeglądać przewodników, by wiedzieć dokąd pojechać. Rezerwat Czartowe Pole i Sklep u Gargamela, Szumy nad Tanwią, Zwierzyniec, Susiec, Roztoczański Park Narodowy – to są miejsca, które pamiętałam z dzieciństwa doskonale. Ale wrócić tam po tylu latach, już ze swoimi dziećmi to doprawdy niesamowite przeżycie. Roztocze jest zachwycające i mam wrażenie, że niedoceniane. Może to i dobrze? Brak tu komercji, robienia wszystkiego pod turystów. Jest za to ogromna gościnność i życzliwość mieszkających tu ludzi. Jest wspaniałe jedzenie i zachwycająca przyroda. I pokoje noclegowe niczym z lat 90. My zatrzymaliśmy się u Pani Joli w pokoju, w którym przy stole przykrytym ceratą zjedliśmy „śniadanie mistrzów”. Herbata w szklankach oczywiście też była. O Roztoczu napiszę oddzielny wpis, a teraz zostawiam tutaj tylko kilka fotek na zachętę. To miejsce jest zachwycające o każdej porze roku, nawet teraz. Dobrze jest pójść w las i nawdychać się tego świeżego powietrza. Mówię Ci, to najlepsza terapia na stres. Wyłącz telewizor i idź do lasu. Zobaczysz jak to zmienia perspektywę.

Na lekcję historii o Janie Zamoyskim pojechaliśmy do źródła czyli oddalonego o godzinę drogi od Lublina Zamościa. Na Rynku w Zamościu, jako że było już po sezonie, byliśmy niemal sami. Wynajęliśmy Panią Przewodnik w meleksie, która przez ponad godzinę woziła nas po uliczkach zamojskiego Rynku opowiadając ciekawostki z życia Zamoyskiego, powstawania miasta etc. Patrzenie na moje dzieci na to ile się uczą podczas takich wycieczek to jest coś wspaniałego. Właśnie tak wyobrażałam sobie domowe nauczanie. Nauka przez doświadczanie. Oczywiście nasza domowa szkoła to nie tylko wycieczki. To także klasyczna nauka przy biurku i wkuwanie tabliczki mnożenia. Będę pisać o tym więcej w osobnym wpisie, ale póki co – zdobywam doświadczenie, bo to wszystko to również dla mnie nowa rzecz.

Przez dwa miesiące zdążyłam uporządkować nam jako tako życie w Lublinie. Poukładałam rzeczy w szafkach, przesypałam kawę do puszki, oblekłam kołdry w nasze poszewki, zapisałam dzieci na zajęcia dodatkowe i wpisałam te zajęcia w kalendarz. Bez męża w domu bywało trudno (koronawirus :/ ). Szczerze powiedziawszy to nawet bardzo trudno, bo choć moje dzieci są już duże, to jednak są ze mną non stop. Ilość rzeczy, które musiałam ogarnąć w tak krótkim czasie i tych, o których musiałam pamiętać czasem mnie po prostu przytłaczała. Byłam bardzo zmęczona i tak naprawdę dopiero gdy złapałam spokojniejsze dni w Lublinie poczułam jak bardzo jestem zestresowana i wyczerpana. Wszystkie emocje, które zostały przytłumione, bo po prostu byłam w nieustannym trybie działania, teraz odezwały się ze zdwojoną siłą. Miałam non stop wyłączony telefon, a o pisaniu tutaj na blogu, nawet nie myślałam. Jak mogłam stworzyć cokolwiek, jeśli nie miałam w sobie za grosz energii, a jej resztki musiałam poświęcić na to, by ogarnąć codzienność? Wiedziałam, że muszę to przeczekać, odpuścić, odpocząć, dać sobie czas, przyzwyczaić się do nowego.

Dużo jeździłam po okolicy samochodem, bo od zawsze mnie to relaksuje i uspokaja. Dużo spacerowałam, czytałam i oglądałam dosyć proste w odbiorze seriale („Lucyfer” na Netflixie – polecam). Podczas jednej z takich przejażdżek po podlubelskiej wsi zobaczyłam je. WYMARZONE SIEDLISKO! Zatrzymałam samochód na awaryjnych i poszłam je zobaczyć. Opuszczony, przepiękny stary dom z dwoma gankami, zatopiony w starych drzewach, z ogromną stodołą i budynkami gospodarczymi. Wzięłam głęboki oddech i wyobraziłam sobie TO miejsce już wyremontowane, moje. Uruchomiłam wszystkie kontakty, ale już po kilku dniach dowiedziałam się, że ten dom nie jest i nie będzie na sprzedaż 🙁 Widocznie to jeszcze nie to.

Tutaj przeczytasz o tym dlaczego szukam siedliska:

MAM NOWE MARZENIE! CHCĘ KUPIĆ SIEDLISKO – PRZECZYTAJ

Kiedy złapałam już jako taki rytm, kiedy się zadomowiłam, uspokoiłam i uznałam, że jest ok to zadzwonił do mnie mój mąż (który na codzień pracuje w Norwegii i co kilka dni na kilka dni przylatuje do Polski) oznajmiając, że ze względu na koronawirusa Norwegia zamyka granice dla Polski, co oznacza, że nie będzie mógł przylatywać do domu. Co teraz? Ano teraz trzeba zadecydować co dalej. Rezygnować z pracy w Norwegii? Pracy, którą on przecież kocha, i która jest jego pasją. Wziąć na klatę, że nie będziemy widzieć się przez wiele miesięcy? Czy może spakować w dwa dni swoje manatki, laptopa, aparat i szkolne podręczniki chłopaków i zamieszkać w Norwegii dopóki sytuacja na świecie się nie uspokoi?

Jak się zapewne domyślasz dla mnie wybór był oczywisty. Choć tę kolejną zmianę w tak krótkim czasie przyjęłam już jako ciekawostkę i ostatecznie zaczęłam się śmiać, bo co innego mi pozostało? Pod koniec października wsiedliśmy w samolot do Oslo i polecieliśmy. Po prostu. Wynajęliśmy 50 metrowe mieszkanie bez żadnych mebli i rozpoczęliśmy kolejny rozdział naszej historii. No cóż. Ten 2020 zapamiętam na zawsze.

Pierwsze popołudnie w nowym kraju i pamiątkowe zdjęcie.

A tak wygląda nasze nowe osiedle i mały blok, w którym wynajęliśmy mieszkanie. Prostota, minimalizm i funkcjonalność.

Jako, że w mieszkaniu nie było żadnych mebli dosyć szybko odkryłam norweski odpowiednik polskiego OLX. Dwa drewniane łóżka dla chłopców zdobyte zupełnie za darmo, materace kupione w IKEA i pościel przywieziona z Polski. Drobiazgi, które nawet tutaj, tak daleko, zaczynają tworzyć kolejny już dom.

Tu jest spokój. Tutaj, pomimo że jestem obca, że nie rozumiem ani słowa po norwesku, moja głowa odpoczywa od reklam, plakatów wyborczych, telewizji, krzyku. Chyba tak właśnie miało być. Chyba po prostu musiałam tu trafić. Wierzę, że wszystko w życiu dzieje się po coś.

Robimy codziennie wielokilometrowe spacery, ja nie wypuszczam aparatu z rąk. Norwegia mnie zachwyca swoimi krajobrazami, przyrodą, minimalistyczną formą domów, stonowanymi kolorami.

Nasze miasteczko około godziny 16, gdy słońce już zachodzi. Wszyscy wracają z pracy, a my wracamy ze spaceru.

Moja nowa kuchnia, w której o dziwo wróciła mi wena do gotowania.
I zachwycający wschód słońca.

No i my – w końcu w komplecie.
Nieważne, że na 50 metrach kwadratowych, że z kilkoma walizkami najpotrzebniejszych rzeczy, że w obcym kraju i bez swojego wypasionego domu.
Ważne, że razem. Po prostu.

PS. Najbardziej aktywna jestem na Instagramie. Wrzucam tam piękne relacje na Instastories, zdjęcia i filmy. Zachęcam Cię bardzo do śledzenia mnie tam.

MÓJ INSTAGRAM – OBSERWUJ MNIE.

Spodobają Ci się także:

30 komentarzy

puch ze słów 8 listopada, 2020 - 12:55 pm

I to jest właśnie podróż…bo Życie to podróż. Inspirujecie do zmian ,do podejmowania decyzji. Myślę że Norwegia jest dobrym miejscem żeby poczekać, przeczekać, odpocząć, pomyśleć i być razem. Kto nie ryzykuje ten szampana nie wypije… Ryzyko jest wpisane w nasze życie, Wy też to pokazujące, ale w sposób przystępny i prosty- czyli jeden z najlepszych. Powodzenia.

Reply
Adam 8 listopada, 2020 - 1:14 pm

Faktycznie masz rację, że najważniejsze to być razem. Z tego co zobaczyłem na zdjęciach to w tej Norwegi, nie jest tak brzydko.
Najbardziej spodobały mi się twoje zdjęcia z roztocza.
Życzę miłego dnia.

Reply
katie.mit 8 listopada, 2020 - 5:57 pm

Basiu 🙂 i chleb z Ludwina, i mój rodzinny Zamość, i Roztocze, i nasz Lublin 🙂 Tęskniłam za Tobą. Dobrze, że jesteś. Gotuj kochana, podsyłaj przepisy, bo Twoje browne to mistrzostwo świata 🙂 Pamiętaj – dom Twój tam, gdzie serce Twoje. Powodzenia, trzymam kciuki 🙂

Reply
Aga 8 listopada, 2020 - 5:58 pm

Basiu tak dokładnie opisałaś swoje uczucia że można je doskonale zrozumieć. Czasem po prostu trzeba się zatrzymać i nabrać dystansu. Życzę Ci by ta Wasza przygoda w Norwegii przyniosła Wam dużo radości. Świat jest piękny i aż zazdroszczę Ci możliwości wyjazdu. Bo czasami kiedy wszystko przytłacza-przydałby się taki spontan. ❤ Dlatego tak bardzo jestem ciekawa tej edukacji domowej. Póki co również ostatnimi czasy nabieram energii spacerując po lesie 😉 Pozdrowienia.

Reply
ALICJA 8 listopada, 2020 - 6:02 pm

Basiu, życzę Wam w nowej rzeczywistości spokoju ducha i cudownych chwil spędzonych RAZEM! W końcu to jest najważniejsze! Jak piszesz, najwidoczniej tak ma być, miałaś się znaleźć w tym miejscu i wierzę, że narodzi się z tego wiele twórczych koncepcji! Trzymam kciuki, do „zobaczenia” na instagramie, ale też oczekuję właśnie na takie blogowe, dłuższe treści…;) ściskam

Reply
Nat 8 listopada, 2020 - 6:27 pm

Też myślę, że wszystko dzieje się po coś . A Być w tym czasie w Norwegii… Tyle wygrać!!!
Życzę pogody i zdrowia <3

Reply
Molowa 8 listopada, 2020 - 6:55 pm

„Detektyffff” 🙂 Basiu, jak miło Cię czytać zwłaszcza w dzisiejszych czasach. Dobrze, że wróciłaś!

Reply
Kala 8 listopada, 2020 - 7:08 pm

Ważne że razem i to jest najpiękniejsze.

Reply
rr_katarzyna 8 listopada, 2020 - 7:12 pm

w Radomiu (moim rodzinnym mieście) też się liczy pierogi 🙂 … powodzenia Basiu, Kasia z Błonia

Reply
EsteraSz 8 listopada, 2020 - 7:23 pm

„Ważne, że razem” ❤️ Podróż do Norwegii mam na liście życzeń, więc z przyjemnością oglądam Twoje relacje na Ig. Życzę Wam dużo spokoju blisko zachwycającej natury

Reply
Maja 8 listopada, 2020 - 8:22 pm

Dziewczyno!jesteś niesamowita❤️! Piękny wpis!

Reply
Agnieszka 8 listopada, 2020 - 8:44 pm

Basiu, piszesz o wszystkim tak pięknie i pesto. Jesteś odważna, pełna pasji i szczęścia w tym co robisz. Jeśli kiedykolwiek wydasz książkę o sobie, rodzinie, pasjach, podróżach, życiu codziennym – ja się już na nią zapisuję

Reply
Agatta40 8 listopada, 2020 - 8:51 pm

Prostopesto to od czytania przepisów chyba

Reply
Wirginia 8 listopada, 2020 - 9:16 pm

Uwielbiam cię czytac Basiu 🙂

Reply
MM 8 listopada, 2020 - 9:52 pm

Fajnie,że poszłaś za głosem serca-”jedyna pewna rzecz w życiu to zmiana”Moja siostra od 7 lat mieszka w Norwegii,w Oslo,zakochała się w Norwegu i wyjechała za miłością.Życzę Wam,żevyście znaleźli swoje miejsce na ziemi

Reply
Mika 8 listopada, 2020 - 10:15 pm

Basiu, cieszę się, że w końcu wróciłaś na bloga. Kazdego dnia sprawdzam czy pojawila sie nowa treść. Dziś ku mojemu zaskoczeniu napisałaś. Wierz mi, że kazdy Twój wpis celebruję. Czekam, aż mój mąż i syn pójdą spać, aby wieczorem w ciszy i spokoju zatopić się w Twojej lekturze jak w najlepszej książce. Wszystko czytam powoli i uważnie bo wiem, że tekst za niedlugo się skończy…
Z niecierpliwością czekam na kolejne wpisy i zdjęcia.
Pozdrawiam

Reply
Kasia 8 listopada, 2020 - 10:30 pm

Ach! Poryczałam się na końcu.

Reply
Beata 8 listopada, 2020 - 11:22 pm

Uwielbiam zmiany. Wcale mnie nie przeraża Wasze przemieszczanie się, jedynie zazdroszczę możliwości. U nas tradycyjna szkoła dzieci uniemożliwia takie decyzje, a na nauczanie domowe chyba nie jestem gotowa. Mam dzieci starsze. I raczej syna licealny mat-fiz jest nie do ogarnięcia bez szkoły W przyszłym roku 7 klasa u młodszego też tak sobie… Ale jeszcze może przyjdzie czas jak dzieci na studia się porozjeżdżają 😉

Reply
Ewa 9 listopada, 2020 - 1:16 am

Bo niewazne gdzie ,wanne z kim, cieszy mnie ze jestescie w 4 ,do pierogow moge tylko dodac ze moja babcia nie pozwalala mi ich liczyc jak pomagalam w klejeniu bo inaczej sie rozgotuja

Reply
Asia 9 listopada, 2020 - 7:31 am

Piękny wpis. Najważniejsze ,że jesteście całą rodziną razem. Reszta się ułoży

Reply
Marta 9 listopada, 2020 - 7:32 am

<3

Reply
Monica 9 listopada, 2020 - 10:27 am

Jestesmy w identycznej sytuacji. Tez zdecydowalam sie spakowac najpotrzebniejsze rzeczy w kilka dni i przenieslismy sie z chlopakami do meza, zeby byc razem w tym trudnym czasie. Sciskam cala rodzinke ❤️

Reply
Karola 10 listopada, 2020 - 9:29 am

Nigdy nie zrozumiem tego liczenia pierogów 🙂 U mnie dodatkowo zgadywaliśmy ile ich jest, kto był najbliżej dostawał 50 zł, za dzieciaka była z tego niezła frajda. Podziwiam Cię Basiu za tą umiejętność spakowania kilku walizek i wyruszenia w dalszą podróż. Ale nie mając mojego partnera na co dzień w domu, totalnie rozumiem. Jesteś niesamowita! Ściskam z pochmurnego nadmorza 🙂 Powodzenia w nowym miejscu.

Reply
Marta 11 listopada, 2020 - 7:03 am

Obserwuję cię Basiu i uwielbiam zarażasz miłością , prostotą i naturalnością . Kiedy potrzebuje wyciszenia zawsze odwiedzam „ Ciebie ” dziękuję.

Reply
beataw 15 listopada, 2020 - 3:38 pm

Letnie klimaty, będziemy za nimi tęsknić! Czekam z niecierpliwością na wiosnę, nie tylko tą w kalendarzu, ale również na blogu

Reply
Ala 24 listopada, 2020 - 8:26 am

Super dobra energía,wysokie wibracje

Reply
Magdalena 8 stycznia, 2021 - 1:00 pm

Życzę Wam pomyślnych wiatrów, oby zaniosły Was w dobre rejony życia w 2021 🙂
A z innej beczki, napisz skąd masz te czarne/szary dżinsy i sweter, które masz na sobie na zdjęciu przed domkiem z chłopcami 🙂

Reply
Basia Szmydt 8 stycznia, 2021 - 1:17 pm

Dzięki 🙂 Jeansy te same od 5 lat, zawsze kupuję w Lee, kiedyś były czarne. Sweter z lumpeksu.

Reply
Magdalena 16 czerwca, 2021 - 9:41 am

Dziękuję baaaardzo za wskazówkę! Od lat nie miałam dobrze dopasowanych dżinsów, w ostatnich latach nie miałam żadnych w ogóle. Dzięki Twojej podpowiedzi kupiłam 2 pary (z olx of course), czarne i niebieskie Lee i są boskie! Jak ja mogłam bez nich żyć ;))))) Dobrego dnia i postępów w remoncie 🙂

Reply
Basia Szmydt 23 czerwca, 2021 - 10:03 am

Super 🙂

Reply

Zostaw komentarz

Serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na wykorzystywanie plików cookies. Ok, rozumiem