WYRUSZ W PODRÓŻ – POZNAJ SIEBIE. Czyli czego się dowiedziałam o sobie po kilku miesiącach na Karaibach.

Autor: Basia Szmydt

No to wyruszyłam w podróż i to nie byle jaką, bo 5-cio miesięczną. Podobno to dobra okazja, by poznać siebie.
Według mnie to dobra okazja również do tego, by poznać swoją rodzinę, spojrzeć z innej perspektywy na relacje w niej panujące, na swoje małżeństwo, macierzyństwo, na to, by zobaczyć czego nam brakuje, za czym tęsknimy, w czym jesteśmy naprawdę dobrzy i co musimy każdego dnia pielęgnować.
Te kilka miesięcy na Karaibach, z dala od naszego domu, z dziećmi, z którymi spędzamy praktycznie 24 godziny na dobę, w nowym miejscu, w czyimś mieszkaniu, bez swoich rzeczy, bez znajomych, przyjaciół, rodziny – to jeden z największych egzaminów, jaki przyszło nam wszystkim zdać. Dziś nie chcę się na ten temat rozpisywać. Zrobię to, gdy wrócimy do kraju. Dziś chcę ci napisać czego dowiedziałam się o sobie po tych prawie 4 miesiącach na wyspie. Pewne rzeczy mnie totalnie zaskoczyły. Wydawało mi się, że niektórych zdań nigdy nie wypowiem, a tu proszę – zaskoczenie. Głównie dla mnie samej.

Oto niektóre z moich odkryć.

1. JA WCALE NIE CHCĘ MIESZKAĆ ZA GRANICĄ!

Tu się zdziwiłam najbardziej. Wiesz dlaczego? Bo odkąd pamiętam rozważałam wyprowadzkę za granicę. Najchętniej to widziałabym siebie w roli hipiski, mieszkając w wielkim vanie, ze ścianami obłożonymi sklejką, z wielkim rodzinnym łóżkiem, na którym będziemy jeść arbuzy, a sok z tych arbuzów będzie kapał na naszą narzutę w kwiatki. Boże uchowaj. Podróżowanie jest esencją mojego życia, ale dopiero tutaj zrozumiałam, że moją bazą jest Polska, że choćby nie wiem jaka była, jakich polityków musiałabym oglądać w telewizji, i jak długo musiałabym czekać w kolejce do lekarza, to właśnie w Polsce chce mieć stały adres. Nieważne czy mój dom zostanie tam gdzie stoi teraz, czy będziemy w tym samym miejscu, czy będziemy mieć małe mieszkanko w kamienicy, czy może stary dom gdzies koło Kazimierza dolnego – nie chcę wynosić się z kraju. W życiu, przysięgam, nigdy w życiu nie sądziłam, że wypowiem to zdanie, ale emigrantka ze mnie marna.

2. NIE CHCĘ WYJEŻDŻAĆ WIĘCEJ NA ŚWIĘTA DO CIEPŁYCH KRAJÓW

Coś, o czym marzyłam od bardzo długiego czasu. Zostawić w cholerę tę świateczną gorączkę i uciec gdzieś w tym czasie, najlepiej pod palmę z drinkiem w dłoni. Nie dla mnie. Wychodzi na to, że więcej we mnie tradycjonalistki, niż hipiski. Lubię, gdy na wszystko jest czas i odpowiednie miejsce, lubię następujące po sobie pory roku. Święta w tropikach? To nie ma sensu. Porzuciłam to marzenie.

3. NIE CHCĘ UCZYĆ SIĘ JĘZYKA FRANCUSKIEGO.

Ha! Powiedziałam to! W liceum uczyłam się francuskiego i byłam naprawdę dobrą uczennicą. Potem wielokrotnie wyjeżdżałam do rodziny, do Paryża, gdzie jak zaczarowana słuchałam rozmawiających ze sobą Francuzów. Miałam takie poczucie, że ten francuski to moja powinność, bo liceum, bo ten Paryż z rodziną. że skoro poświęciłam mu tyle czasu, to moim obowiązkiem jest się go uczyć i swobodnie komunikować.
Po kilku miesiącach na Karaibach stwierdziłam, że wcale nie mam ochoty się uczyć tego języka. To co umiem mi wystarcza. Pogadam sobie w sklepie o pogodzie, zrobię zakupy, utnę pogawędkę z sąsiadem przy porannej kawce na balkonie, obejrzę bajkę z dziećmi. Na tym zakończę. Przynajmniej narazie. Może to kwestia zmęczenia wyspą, może mi się odmieni, gdy wrócę do Polski. Póki co – non, merci! 🙂
Czas spróbować czegoś nowego.

4. JESTEM WYSTARCZAJĄCO DOBRĄ MAMĄ

Niby to takie oczywiste, niby to wiedziałam, ale zawsze gdzieś pod skórą miałam te mikroskopijne wyrzuty sumienia, że może coś robię nie tak, może za mało czasu im poświęcam i tak dalej. Wiesz o czym mówię? Taka już nasza natura kobieca, by zamiast siebie chwalić, to non stop dajemy sobie kopniaki. Tutaj moje macierzyństwo, wszystko to, co starałam się przekazać moim dzieciom, wszystkie te książki, które im czytałam na dobranoc – skrystalizowało się pod postacią moich synów. Mądrych, kulturalnych, ciekawych świata i potrafiących powiedzieć do mnie takie zdania jak : „Proszę nie przerywaj mi”, „Mamo chcę mieć teraz godzinę dla siebie” czy „Chcę jutro spędzić z tobą czas sam na sam”. To, że potrafią wysyłać mi takie komunikaty to moja i Tomka ciężka praca, to czas, który mamy dla nich i milość, którą im dajemy każdego dnia. Ostatni raz tyle czasu, by obserwować moje dzieci miałam, kiedy były niemowlakami. Ostatni raz tyle czasu z nimi spędzałam też jakoś wtedy. Daję sobie medal za cierpliwość, a swoim synom podwójny za to jakimi fajnymi chłopakami są.

5. LEPIEJ MI SIĘ ŻYJE, KIEDY JESTEM ZORGANIZOWANA

Karaiby to dla nas prawie nieustające wakacje. Nawet, kiedy muszę popracować, to robię to w hamaku z laptopem na kolanach.
To miejsce nie sprzyja zorganizowaniu. Szczerze powiedziawszy to mamy stan permanentnego urlopu i wszyscy mamy tego po dziurki w nosie 🙂 Lepiej mi się funkcjonuje, kiedy jestem zorganizowana. Kiedy budzik dzwoni raniutko, kiedy pakuję Michałowi jedzenie do szkoły, kiedy zawożę dzieciaki do placówek, kiedy planuję posiłki, ćwiczę, systematycznie odpisuję na maile, mam względny porządek w domu. Nie zrozum mnie źle, nie mam na myśli bycia perfekcyjną, ale poczucia, że ogarniasz swój dzień, że on ci nie przeciekł przez palce, że go wykorzystałaś. Tutaj nie jestem w stanie powiedzieć ci jaka jest data w kalendarzu. Chyba nie umiałabym tak funkcjonować na dłuższą metę. Tęsknię za swoim domem, za rytmem dnia dla nas wszystkich, za obowiązkami. Brzmi surrealistycznie, ale taka jest prawda 🙂

6. MUSZĘ POBYĆ SAMA.

Mam być dobrą mamą, żoną, kochanką, blogerką, córką, wnuczką, przyjaciółką? Nie ma sprawy, ale muszę mieć święty spokój choć przez godzinę, każdego dnia. Na Karaibach zrozumiałam, że muszę o to zabiegać jeszcze bardziej. Funkcjonuję prawidłowo, jeśli mam szansę pobyć sama choć przez kilka chwil. To tłumaczy dlaczego lubię chodzić sama ze sobą na obiad czy kawę i nie uważam tego za coś dziwnego. Wręcz przeciwnie. Muszę zebrać myśli do kupy, pooddychać, porozmawiać ze sobą. Wtedy mogę wracać do „stada”. To ważne, w końcu jestem jego przywódcą 🙂 Ostatnio pisałam o tym nieco więcej, dłużej i bardziej szczegółowo – zerknij!

7. SEKRETEM URODY JEST OPALENIZNA 

Proste? Proste! I odkrywcze! Od prawie 3 miesięcy się nie maluję, używam kilku kosmetyków, z których główne to antyperspirant, szampon i odżywka, a mimo to czuję się ze sobą dobrze. Ah zapomniałabym! Na wadze mam dodatkowe minimum 5 kg, ale nie przejmuję się tym za bardzo. Noszę non stop tę samą sukienkę, koszulkę i spodenki jeansowe i też nie bardzo się tym przejmuję. Dlaczego? Bo jestem opalona.
Człowiek opalony wygląda zdrowiej, ładniej, bardziej świeżo. Ja na pewno. Już teraz wiem co mi nie pasowało we mnie jesienią, zimą i wiosną – byłam za blada! Poza tym witamina D to najlepszy lek na każdą depresję. Mam zamiar ją suplementować po powrocie jak szalona.

Na dziś to wszystko. Zebrałam na szybko moje ostatnie przemyślenia i widzę, że całkiem ciekawe wnioski mi z tego wszystkiego wyszły. Przede wszystkim to bardzo oczyszczające móc powiedzieć sobie, że czegoś już dłużej nie chcesz robić (jak to miało miejsce u mnie z francuskiem) albo, żeby przyznać, że miejsce, które wydawało ci się totalnym, bezapelycyjnym rajem może w istocie tym rajem wcale nie być. Przyznanie się przed samą sobą i światem do tego jest mega uczuciem. Fajnie jest móc uczyć się o sobie nowych rzeczy, dojrzewać przy tym, dorastać, stwierdzać co się lubi, a czego nie, wbrew swoim ograniczającym przekonaniom. I pozostać przy tym sobą rzecz jasna.
Wreszcie fajnie jest prześwietlić te swoje marzenia, wyobrażenia o sobie samej, o tym jak mi się wydawało, że powinnam żyć i stwierdzić, że wcale nie chcę być dziewczyną w drodze, bez adresu, za granicą.
Że wolę siebie gotującą wigilijny barszcz i zbierającą nowalijki w ogródku, niż wcinającą ananasy gdzieś na drugim końcu świata.
Pod warunkiem, że będę opalona 🙂

_MG_8729

12 komentarzy
0