CO SŁYCHAĆ U NAS NA KARAIBACH?

Autor: Basia Szmydt

Gdy otwieram laptopa i patrzę ile mam na dysku zdjęć z Karaibów to obiecuję sobie, że więcej ze sobą aparatu na spacery i wycieczki nie zabieram. Że nie zrobię już ani jednej fotki, bo mi życia nie starczy na ich oglądanie, posegregowanie tego w czeluściach mego komputera.
A potem sobie myślę, że no dobra, ostatecznie mogę zrobić jeszcze z 500, ale to już ostatecznie!
Wściekam się nieustannie na ten aparat mój poobijany, stary, ledwo „zipiący”, co to ostrości już łapać nie chce. Wściekam się, a później sobie myślę, że głupia jestem. Że to przecież nie o zdjęcia chodzi. Że nawet gdybym miała mieć ich kilka w telefonie, to Karaiby i nasz wspólny czas tutaj zostaną w moim sercu na zawsze.
Ale przyznasz, że ze zdjęciami jest lepiej. Pozwalają zapamiętać więcej szczegółów.
Wczoraj oglądaliśmy zdjęcia chłopców, gdy byli niemowlakami, gdy budowaliśmy dom. Zrobione przypadkowo, telefonem, złapane i nie pozowane momenty. To jest coś pięknego.

A co u nas słychać? W zasadzie to bez zmian. Może oprócz tego, że każde z nas naprawdę serio odlicza dni do powrotu do Polski. Marcin na pytanie co chce dostać na urodziny odpowiada, że rosół babci Gosi, a mnie wczoraj śniły się ogórki kiszone mojej teściowej 🙂 Także sama widzisz, że przyszedł moment krytyczny. Co chwil kilka słychać w naszym domku głębokie westchnięcie i hasło „Już mi się chce do domu…”. No cóż, nie przewidzieliśmy tego. Dzieje się tak dlatego, że nie mamy tutaj życia, które nazywamy normalnym. Mieszkamy w domku, w którym mi więcej rzeczy na co dzień przeszkadza, niż się podoba. Nie należymy do społeczności, chłopcy nie mają kolegów, szkoły, przedszkola. Tylko Tomek „wyrywa się” co jakiś czas do pracy, a ja pracuję w domu. W związku z tym naturalne jest, że mimo iż kochamy siebie nad życie, to mamy się też „po kokardkę”. Siebie i takiego stanu zawieszenia pomiędzy normalnością, a wakacjami. I nie ma co udawać, że jest inaczej. Kto tego nie doświadczy, ten do końca nie zrozumie i liczę się z tym.

Dobrą wiadomością jest to, że na Karaibach pogoda wciąż sprzyjająca, słońce wciąż świeci na bezchmurnym niebie, codziennie rano pada orzeźwiający deszcz i komarów jakby mniej. Dobre jest też to, że mamy już tę Gwadelupę tak obcykaną, że kiedy w Sainte Anne robi się ciasno od turystów, my zmykamy na naprawdę przepiękne, dzikie i puste plaże na drugiej stronie wyspy.

Dobre są wspólne śniadania na tarasie. Powolne, bo przecież nigdzie nam się nie spieszy.
I ta zastawa śniadaniowa z różnych słoików. Uśmiecham się pod nosem, gdy nakrywam rano do stołu. Prawda, że stylowo i hipstersko odrobinę?
I ogródek z bananami, którymi właściciel domku wciąż nas obdarowuje.
I iguana, która nas w tym ogródku odwiedza, i która co jakiś czas spada z wysokiej palmy kokosowej wprost do kanału z wodą. A może robi to specjalnie? Może to taka rozrywka dużych jaszczurek?
Ah! Kupiliśmy hamak! Dlaczego tak późno ja się pytam?




A propos hamaku – mieści się w torebce, więc zabieramy go na przykład w takie miejsca jak to.
Palmy, szum morza, fale rozbijające się o brzeg, zimne piwo, książka – tak mniej więcej wyglądała moja sobota.
Marcin z kolei znalazł huśtawkę i stał się bohaterem pięknego zdjęcia, które zawiśnie na ścianie w jego pokoju.
Michał pływa! Oczywiście tylko wtedy, kiedy w końcu uda mi się go wyciągnąć na plażę, co wcale nie jest takie łatwe. Okazuje się, że we wszystkim trzeba mieć umiar i chyba przegięłam z ilością wycieczek 😀