ONE NIGHT IN BANGKOK

Autor: Basia Szmydt

Bangkok ogromne miasto, które wszystkim oszałamia. Mieszanką zapachów, ruchliwymi ulicami, ilością samochodów, skuterów, tuk-tuków, turystów, dźwięków, obrazów. Wszystkiego jest tutaj dużo.

Jedna noc to za krótko, żeby poznać Bangkok. Za krótko żeby zabierać się za jakikolwiek przewodnik po nim.
Ale to wystarczająco dużo czasu by poczuć jego klimat,  by wyciągnąć aparat i złapać w kadry choć kawałek tego miasta.
By sfotografować twarze ludzi żyjących tu na codzień.
Jedzenie, które w spokoju przygotowują, i którym zachwyca się reszta świata.
Architekturę Bangkoku polepioną i eklektyczną, jak gdyby wszystko tu powstawało według indywidualnego, dosyć osobliwego projektu.
Wreszcie jedna noc to wystarczający czas, żeby zobaczyć, że na drugim  końcu świata ludzie żyją zupełnie inaczej niż my. Nie gorzej, nie lepiej – inaczej.

Zabieram Cię dziś na jedną dobę do Bangkoku. Miasta, które nigdy nie zasypia, w którym wcale nie tak łatwo się zgubić, dzięki uprzejmości Tajów, w którym zjadałam najlepszy w życiu ryż z jakimś sosem, w którym przestraszyłam się stada karaluchów wychodzących z kanałów na wieczorny obchód, w którym policzki bolały mnie od ciągłego uśmiechania się, i do którego bardzo pragnę wrócić.


WITAMY W BANGKOKU

Po bardzo długim locie, podczas którego w przeciwieństwie do moich towarzyszy podróży Nie zmrużyłam oka odsłaniam żaluzję w małym samolotowym okienku. Pode mną tysiące domów i wszystkie żółte. Nie wiem już czy to wina mojego zmęczenia i tego że nie ogarniam już czy jest dzień czy noc, czy może jakaś nowa opcja drimlajnera którym lecimy. Może w samolocie jest taka możliwość, by wybrać sobie kolor szyby w oknie? Po chwili dociera do mnie, że to smog. Bangkok z lotu ptaka wygląda jak przykryty żółtą firanką. Bardzo, bardzo niewygodny widok. Chciałoby się, żeby było ładnie, czysto, a tu bach! Jeszcze nie zdążyłam wylądować, a już się trzeba zmierzyć z takim czymś. Uwierz mi, że smog warszawski czy krakowski ma się nijak do tego, który wisi nad Bangkokiem. Nagle noszenie maseczki na twarzy zaczyna mieć dla mnie większy sens.

Z lotniska w Bangkoku zapamiętam przeraźliwy chłód. Nie da się ukryć że Tajowie kochają klimatyzację. Na hali przylotów +15 °, na zewnątrz + 35°. Zmęczenie i jetlag coraz bardziej dają nam się we znaki. Marzę tylko o prysznicu i łóżku. Po dosyć długich negocjacjach ceny z taksówkarzem, ruszamy w stronę hotelu. Gapię się jak dziecko przez okno taksówki na miasto i jestem nieco onieśmielona wizerunkiem króla Tajlandii w wielkich złoconych ramach, który patrzy na mnie z obrazu na każdym rogu ulicy. W Polsce jest środek nocy, tu wstaje nowy dzień. Mój organizm wariuje. Spaać! Choć na 2 h. A potem ruszymy w miasto.
Gdy docieramy w końcu do hotelu okazuje się, że w pokoju brakuje…okien! W ofercie na airbnb były, ale dorysowane w photoshopie. Okien nie ma, ale jest za to nieziemsko wygodne łóżko, prysznic z gorącą wodą i klimatyzacja, która teraz wydaje się być wybawieniem, a później ostatecznie zadecyduje o moim przeziębieniu przez resztę wyjazdu.



Po 3 godzinach zmuszamy się do wstania z łóżka. Bangkok wzywa by go poznać choć odrobinę. Wyruszamy na pierwszy spacer po okolicy. Słońce przestało już tak bardzo doskwierać i teraz zaczyna się przyjemny choć wciąż gorący letni wieczór. Musimy znaleźć coś do jedzenia. Coś ciepłego i pożywnego, natychmiast.
Nie mamy czasu na szukanie w Internecie polecanych miejsc. Bardzo szybko się przekonujemy, że w Tajlandii raczej się tego nie robi. Nie szuka się polecanych knajpek, bo praktycznie wszędzie można zjeść dobrze.
My naszego pierwszego pad thaia i pierwszą zupę z krewetkami zjadamy na ulicy, niedaleko hotelu. Od pierwszej chwili wiemy, że wszystko, co dotychczas słyszeliśmy na temat jedzenia w Tajlandii było prawdą. Jest pysznie, stragany uginają się pod ciężarem świeżych warzyw i owoców, a zapach przyrządzanego wszędzie jedzenia sprawia, że ślinianki naprawdę szaleją.



Jem i rozglądam się dookoła. Przyglądam się ludziom, wiszącym nad głowami kablom, blokom mieszkalnym przyklejonym jeden do drugiego bez ładu i składu, ruchom rąk kobiet, które z niesamowitą szybkością przygotowują pyszne dania. Wszyscy wciąż głodni, nikt nie chce czekać. Zastanawiam się jak bardzo to miejsce różni się od tych, które dotąd poznałam. I trochę się jednak wzruszam ku uciesze mojego męża, który myśli, że mam po prostu katar i jestem przeziębiona. A ja się wzruszam i nawet kilka łez mi spada na tego pad thaia mojego. Bo bardzo, bardzo chciałam tu zawsze przyjechać. A teraz siedzę sobie przy stoliku pokrytym ceratą, zajadam tajskie danie, jestem w środku tłumu mieszkańców i turystów, w letniej sukience i spełniam swoje kolejne, podróżnicze marzenie. Czy tylko ja potrafię się wzruszyć nad miską gorącego pad thaia…?

Najedzeni i z większymi umiejętnościami negocjacyjnymi łapiemy tuk-tuka i kierujemy się w stronę, w którą wieczorem kieruje się większość odwiedzających Bangkok – na Kao San Road. Ulicę, na której możesz zjeść, wypić i zobaczyć dosłownie wszystko. Jazda tuk-tukiem to moje drugie, po jedzeniu, ulubione zajęcie tego i następnego dnia.
Trzeba się mocno trzymać, bo kierowcy bardzo lubią przekraczać limity prędkości. W końcu im więcej klientów w krótkim czasie zdobędą tym większy utarg dnia. Zatem pędzimy przez miasto, a słońce coraz bardziej chyli się ku zachodowi. Gdy docieramy na Kao San Road jest już ciemno. To dobrze, wreszcie neony tego miejsca mogą rozświetlić ulicę z pełną mocą. A trochę ich tu jest.



Pierwsze wrażenie? „Boże ile tu jest ludzi!”. Bangkok to jedno z najliczniej odwiedzanych miast na świecie. Nic dziwnego, że właśnie tego wieczoru na Kao San Road jest dziki tłum turystów każdej nacji. I oczywiście każdy głodny.
Mijamy mnóstwo straganów z pokrojonymi już owocami, gotowymi do zjedzenia, smażonym makaronem z warzywami, grillowanym krokodylem (!), smażonymi pająkami i skorpionami (!), spring rollsami, sałatką z zielonej papai, lodami kokosowymi, świeżo wyciskanymi sokami, grillowaną kukurydzą w każdym smaku, świeżymi owocami morza i wszystkim czego tylko głodny żołądek zapragnie. Jest też McDonalds, można kupić pizzę i kebaba – to dla tych, którym przejadają się tajskie smaki, a tacy również o zgrozo istnieją 🙂
Próbujemy najbardziej śmierdzącego owocu świata czyli duriana, który dla nas okazuje się być również najbardziej obrzydliwym w smaku i szukamy miejsca, w którym będziemy mogli usiąść i zabić czymś ten smak w ustach. Wybór pada na lokal z muzyką na żywo graną przez tajskiego DJ’a i drinkami serwowanymi w plastikowych wiaderkach. Sączymy swoje drinki przez dobrą godzinę, nie słyszymy siebie nawzajem nic a nic siebie, bo muzyka jest zbyt głośna i gapimy się na wszystko i wszystkich. Mimo atmosfery, która tutaj panuje jest w tym miejscu coś hipnotyzującego.
Na Kao San Road są dziesiątki straganów z podróbkami, pamiątkami, małymi hostelami umieszczonymi tuż za świecącymi neonami i pewnie mnóstwem innych rzeczy, z których ja nie zdaję sobie do końca sprawy, nie widzę, bo i tego nie szukam. Uważam, że każdy w podróży dostaje to czego szuka, potrzebuje, czego chce doświadczyć. Ja zazwyczaj szukam dobrego jedzenia i miejsca, w którym mogę usiąść i pogapić się na ludzi i zwykłe życie.

O tym jak lubię podróżować przeczytasz we wpisie:
MINIMALIZM W PODRÓŻY

Na dziś już wystarczy. Czas na prysznic i zmycie z siebie tego spaceru wśród tłumów, szalonej jazdy tuk tukiem w oparach spalin i smogu i zmęczenia. Czas położyć się spać, bo jutro wczesnym rankiem trzeba wyruszyć ponownie w miasto.