„ŚWIAT NALEŻY DO ODWAŻNYCH MARZYCIELI” – MÓWILI. MIELI RACJĘ.

Autor: Basia Szmydt

Kilka dni temu, gdzieś pomiędzy pierwszą, a trzecią poranną kawą odczytałam smsa „Dostałem kontrakt. Lecimy na pół roku”.
Z nienaturalnym wręcz spokojem i bez nadmiaru emocji zareagowałam na tę wiadomość i dopiłam swoją kawę, a pijąc zdałam sobie sprawę z czegoś, co mnie jednocześnie mega zasmuciło, a z drugiej strony kazało samej sobie złożyć obietnicę, że to się więcej nie zdarzy. Co? Otóż uświadomiłam sobie ile „okazji”, możliwości i szans w moim życiu po prostu wyrzuciłam do kosza. Bo nie wypadało, bo co ludzie powiedzą, bo to by wymagało wyjścia ze strefy komfortu, bo tak się nie robi, bo dzieci, bo mąż, bo wszystko. Przez lata stworzyłam wokół siebie mur zbudowany z ograniczeń, z błędnych przekonań, z nadmiernego analizowania wszystkiego. I mur ten musisz wiedzieć był najbardziej solidną konstrukcją, jaką widziałam. Do czasu, aż nie trafiłam na terapię i nie poznałam fantastycznego terapeuty. To on cegiełka po cegiełce burzył moją misterną konstrukcję i pokazał mi, że mnie się wydaje, że ja jestem odważna, ale tak już najbardziej to mnie się wydaje, że ja żyję tak jak chcę. O terapii napiszę ci innym razem, bo ten tekst się tworzy i tworzy, ale zrobię to już bardzo niedługo. Dziś wspominam o niej tylko dlatego, że dla mnie samej zabawne jest to z jakim opóźnieniem dochodzą do mnie nauki mojego terapeuty. Coś o czym mówił mi w zeszłym roku, krystalizuje się właśnie teraz, przy tym ekspresie, z telefonem w ręku i tą egzotyczną informacją o półrocznym wyjeździe.

Wiesz, ze mnie to jest naprawdę fajna i ciekawa świata dziewczyna. Poznaję masę ludzi, wciąż mam gości, lubię rozmawiać, lubię sama sobie stwarzać sytuacje, kiedy muszę się sprawdzić, lubię występować w telewizji ( :D) i udzielać wywiadów w gazecie. Lubię, kiedy się dzieje. Największy jednak problem mam z tym, że kiedy już osiągam sukces to chowam głowę w piasek. Tak samo mam z możliwościami. Cofam się o dwa kroki, kiedy nie daj Boże na horyzoncie pojawia się jakaś okazja. To wszystko przez ten mur. Przez wszystkie moje ostatnie lata życia się bałam.

Bałam się studiować wymarzoną weterynarię, mimo, że egzaminy pozdawałam osiagając maksymalną liczbę punktów.
Bałam się studiować w Paryżu, choć miałam taką możliwość, ale gdzie tam ja, dziewczyna z Lublina. Co ja w tym Paryżu biedna, sama pocznę?
Bałam się utrzymać sukces swojej jednoosobowej firmy robiącej zaproszenia ślubne, mimo, że spod mojej ręki wychodziły piękne rzeczy, a najlepsze wedding plannerki chciały ze mną współpracować. No przecież mnie się nie uda i w ogóle przecież się nie wybiję. Ja – dziewczyna z Lublina?  A poza tym to dzieci mam małe i konkurencję dużą. Zapomnij.
Bałam się napisać odważne teksty na blogu, bo przecież nie będę się wychylać. Poza tym nie daj Boże jakiś hejt, nie daj Boże ktoś mnie przestanie lubić i jeszcze o tym publicznie napisze. Umarł w butach. Lepiej posiedzę sobie cicho.
Bałam się być dobrą blogerką, która na swoim blogowaniu zarobi i uczyni z tego swoją pełnowymiarową pracę, którą będzie kochać. Przecież ja się do tego nie nadaję, a poza tym codziennie słyszę od uprzejmych, że to nie praca i kiedy ja się właściwie do roboty wezmę prawdziwej. A skoro oni tak mówią to musi to być prawdą.
Wciąż szukałam aprobaty.
Bałam się swojego sukcesu.
Bałam się powiedzieć, że w czymś jestem dobra, że lubię to, co robię, że wiem, czego chcę, że mam rację.
Bałam się skorzystać z możliwości, które przychodziły do mnie niekiedy same.
Bałam się wykorzystać szanse.
Bałam się opinii innych. Rodziców, teściów, rodzeństwa, jak również ludzi, którzy nie mają w moim życiu większego znaczenia. Wciąż nieustannie zastanawiałam się co sobie o mnie pomyślą. Chore, wiem, ale tak własnie żyłam.
Na pół gwizdka, na trochę. Bardziej cofnięta o dwa kroki, niż z tymi dwoma krokami naprzód.
Najbardziej na świecie bałam się jednak siebie i tego, do czego jestem zdolna, w czym jestem naprawdę dobra. Bałam się uczucia, kiedy ze spokojem dopiję kawę i pomyślę sobie „o! właśnie tego chcę, tak zrobię, tak czuję i ani przez sekundę nie będę się z tego nikomu tłumaczyć”.
Aż ten moment właśnie przyszedł, a do mnie dotarło, że oto właśnie wszystkie rozmowy z terapeutą i to czego się o sobie samej dowiedziałam, zaczyna żyć i się krystalizować. Przyjemne uczucie, nie powiem.
Przyjemne uczucie uwolnić swój umysł od ciagłego przetwarzania informacji o tym co wypada, a czego nie. Co się komuś podoba, bądź też nie. Przyjemnie jest tak zrzucić ograniczenia i samej do końca rozwalić ten mur.

Bo widzisz, mam pełną świadomość tego, że Bóg, Anioł Stróż, czy kto tam nade mną czuwa i podsyła mi takie perełki, nie będzie mi dawał znaków w nieskończoność.
Mam pełną świadomość tego, że niewykorzystane możliwości nie lubią się powtarzać.
Wreszcie mam pełną świadomość tego, że życie smakuje najbardziej, kiedy się go nie boisz, kiedy nie boisz się siebie samej, tego, co potrafisz i tego jaka jesteś.

Zatem: „hej, jestem Basia Szmydt. Jestem blogerką i bardzo to lubię. Będę blogować tak długo, jak długo będę mogła i chciała. Będę pisać tutaj zamiast do szuflady. W najbliższym czasie zamierzam pisać do ciebie już z Guadeloupe’y na Karaibach, gdzie wyruszam z moją rodziną na pół roku. Bo w końcu przecież nie ma się czego bać, prawda? Zamierzam uczyć moje dzieci w domu i mówić po francusku, choć z francuskiego nie pamiętam prawie nic. Zamierzam przestać się bać. Nie musisz życzyć mi powodzenia. Po raz pierwszy w życiu wierzę w siebie jak nigdy dotąd”.

1 post

Spodobają Ci się także: