KWIATY DONICZKOWE W MOIM DOMU – CZ.2

Autor: Basia Szmydt

Plany co do zagospodarowania przestrzeni w naszym domu roślinami mam ogromne. Powolutku i konsekwentnie je realizuję i mam nadzieję, że za kilka lat stworzę w naszych wnętrzach prawdziwą dżunglę. Nie wszystkie kwiaty mi się podobają, nie wszystkie mi się udają. Część z tych, które pokazywałam Ci w poprzednim wpisie o kwiatach, z różnych powodów najzwyczajniej w świecie zakończyła żywot, ale niezmiennie, od zawsze kocham otaczać się zielenią. Doniczkami z łatwymi w uprawie kwiatami w domu rekompensuję sobie brak ogrodu, ale i na niego przyjdzie pora, a ja już nauczyłam się od mojego sąsiada Stanisława, że przy budowie domu sprawdza się tylko jedna zasada, która brzmi : „Powolutku, pomalutku, aż do skutku”.
Często czytelniczki piszą mi, że u mnie to te kwiaty pięknie wyglądają, ale one to ręki do nich absolutnie nie mają. I tak się zastanawiam czy jest jakiś sposób, żeby tę rękę odczarować? Zwłaszcza w przypadku tych, którzy zniszczą nawet kaktusa? Jeśli masz jakieś sposoby – podziel się w komentarzu. Ja od siebie dodam, że nie dbam przesadnie o moje rośliny. Zapewniam im podstawowe minimum, czyli świeżą ziemię po przyniesieniu do domu ze sklepu czy olx-a, nawóz w płynie na wiosnę, odpowiednich rozmiarów doniczkę, słoneczne stanowisko, podlewanie raz w tygodniu, zraszanie tych, które to lubią i święty spokój. Stoją sobie i rosną. Czasem rosną tak, że trzeba je przesadzić na cito, co za chwilę pokażę Ci na zdjęciach.
Dbanie o te rośliny daje mi prawdziwą przyjemność. Jeszcze większą – ich zielone liście na tle białych ścian. Same w sobie, bez „fikuśnych” doniczek są najpiękniejszą ozdobą.

W poście, który napisałam 2 lata temu „KWIATY DONICZKOWE W NASZYM DOMU -wybrałam te naprawdę łatwe w uprawie”, możesz zobaczyć jak niektóre kwiaty wyglądały wtedy. Nie wszystkie przeżyły. Szeflera, jak się okazało, została przyniesiona do naszego domu już z jakimś choróbskiem i tarcznikami. Nie udało mi się uratować ani jej, ani kliwii, która rosła tuż obok. Ogromny fikus beniamin nie wytrzymał naszej nieobecności w domu podczas wakacji w Chorwacji i palącego wówczas słońca, na którym zostawiłam go w pokoju na górze. Po powrocie zastałam bidulka z opadniętymi wszystkimi listkami. Część z tych kwiatów oddałam, część się pięknie rozrosła. Do kolekcji dołączyły też nowe, a ja odkąd wróciłam z Karaibów, kiedy ruszam na zakupy przynoszę do domu kolejną roślinę. Są przyjemnie uzależniające.

Proszę, oto one – moje maleństwa. Zacznę od kaktusów, z czystej sympatii. Otóż kiedyś, kiedy jeszcze nie było nielimitowanego internetu, ale taki na modem, byłam prawdziwym kaktusowym freakiem. Byłam członkiem kaktusowego forum, gdzie wymieniałam się z innymi nasionami (tak nasionami!!!) rzadkich okazów kaktusów. Piszę o tym internecie dlatego, że wówczas wykorzystywałam czas w sieci właśnie na obecność na kaktusowym forum. To była pasja!  Miałam znajomości w lubelskim Ogrodzie Botanicznym, gdzie dostawałam specjalnie przygotowaną mieszankę ziemi. Udało mi się wyhodować kilka okazów właśnie z nasion i byłam z tego powodu bardzo, bardzo dumna. Po czym poznałam mojego męża, który pewnego dnia, a dokładnie 8 marca, postanowił sprezentować mi na Dzień Kobiet kaktusa kupionego okazyjnie w jakimś markecie budowlanym. Jako, że byłam wtedy niesiona na skrzydłach miłości nie zauważyłam tak istotnej rzeczy jak przędziorek na tym prezencie od męża, który to przyniósł mojej kaktusowej kolekcji plagę. Wszystkie musiałam wyrzucić, co do jednego. Mąż został 🙂
Teraz mam do kaktusów duży sentyment i jako pierwszego wprowadziłam do naszego domu tego, który stoi na szafce medycznej. To opuncja, której początek historii miał miejsce w Chorwacji, gdzie byliśmy na wakacjach. Tamtego lata na chorwackiej wyspie Pag szalała wichura, a ja znalazłam „kawałek” tej opuncji na ziemi. Zabrałam ją ze sobą, włożyłam do pudełka wypełnionego kamieniami z plaży i wodą, a ona puściła korzonki. Spójrz jak wygląda dziś! A w drodze kolejne oczko!


Ta opuncja i fakt, że przeżyła podróż z Chorwacji do Polski, i że tak pięknie przyjęła się w moim domu, zapoczątkowała u mnie nowy, podróżniczy trend. Z każdej zagranicznej podróży, staram się przywieźć jakąś zaszczepkę. Dla mnie to najfajniejsze pamiątki.

Kolejnym kaktusem jest kaktus roboczo nazywany kaktusem „dzień dobry”. Nie mam pojęcia jak się nazywa, więc jeśli wiesz – podziel się w komentarzu. Kiedy go kupowałam w pewnej kwiaciarni za grosze był maleńki. Pani kwiaciarka powiedziała mi, że to jest jej prywatny kaktus, wyhodowany przez jej ulubioną ciotkę. Nie trzeba było mnie długo namawiać. Zobacz jak wyglądał 2 lata temu, a jak wygląda dziś. Prawdziwa bestia 🙂 Muszę go jak najszybciej przesadzić w podłużną sporą donicę. Niech rośnie na zdrowie.



Wczoraj przyniosłam do domu trzy maleństwa, które póki co mają swoje mikro doniczki, ale nie mają jeszcze swojego miejsca. Wiem, że ładniej będą wyglądać w grupie dlatego posadzę je kiedyś w dużej, płytkiej donicy.

Ok idziemy dalej. Na tym kończy się póki co moja kolekcja kaktusów, ale ja wiem, że dopiero się rozkręcam. Pora na mniej kolczaste rośliny. Ta, którą polecam ci jeśli nie masz absolutnie ręki do kwiatów to zamiokulkas zamiolistny. Nazwa trudna, ale roślina niesłychanie łatwa w uprawie. Ja swoje okazy kupiłam oczywiście na OLX. Była to jedna roślina, którą rozsadziłam do dwóch donic. A wyglądała 2 lata temu tak.