WEEKEND W MOIM OBIEKTYWIE

Autor: Basia Szmydt

Jest taki moment dnia. Szczególnie przyjemny.
To moment, w którym dzieci, które przed chwilą wróciły ze szkoły i przedszkola właśnie się najadły, zmywarka cicho szumi gdzieś w tle, wypełniona po brzegi po pysznym obiedzie. Stół posprzątany, dzieci oświadczają, że albo idą „na wieś”, albo bawić się lego, a ja zastanawiam się czy oby na pewno dobrze usłyszałam. Przecież jeszcze wczoraj najlepiej czuły się na moich rękach, a dziś nie potrzebują mnie już tak… bardzo?
Ten moment przychodzi zazwyczaj, kiedy słońce dotyka czubków drzew na polu przed naszym domem.
Za chwilę zachodzące będzie płonąć. Gdy zajdzie rozpocznie się prawdziwy, mistrzowski ptasi koncert.
Wystarczy wyjść przed dom, zatrzymać się i posłuchać. Drą się jak szalone.
Ale zanim ten zachód nadejdzie to przyglądam się światu na tej wsi naszej. Światu o złotej, idealnej godzinie.
Kiedy jesteś w stanie dostrzec nawet pojedyncze „dmuchawce” unoszące się w powietrzu.
Kiedy wydaje Ci się, że powietrze skrzy się jak brokat. Dla mnie to magia. Prawdziwa magia.

Powietrze pachnie bzem. Za chwilę przekwitnie. Właśnie teraz odurza swoim zapachem najbardziej. Nie uciekniesz przed nim. Zakwitł rzepak, a ja zastanawiam się czy kolor żółty może być aż tak intensywny. Gdy prowadzę auto to naprawdę bardzo powoli. Co chwilę zatrzymuję samochód, by zrobić fotkę albo po prostu zagapić się na te jaskrawe pola.
Zachłysnęłam się tym majem.



Marcin zabiera tatę na rower. Nie odpuści. Kilka dni temu nauczył się jeździć na dwóch kółkach i jest taki dumny! Rower – jego nowa miłość. Chce być jak jego starszy brat, który na swoim nowym „góralu” bije rekordy prędkości na wiejskich drogach.

Poszli. Zmywarka cicho szumi w tle. Popołudniowa kawa pachnie pięknie, a ja biorę do ręki notes i pióro, siadam na mojej ulubionej sofie w salonie i piszę do Ciebie. Dziś będzie o majówce, która wcale nie była weekendem w obiektywie. Ona była tygodniem! To jak najlepszy, niespodziewany urlop w środku roku.
U nas było naprawdę pięknie.
Od samego początku wiedzieliśmy, że nie ruszymy się z domu na krok.
Za dobrze nam tu.
Zbyt długo nas nie było.
Zbyt pięknie wszystko w okolicy rozkwitło.
I wreszcie zbyt wielu naszych przyjaciół i znajomych zapowiedziało swój przyjazd na naszą wieś.
Widocznie nie tylko nam tutaj dobrze 🙂

Lubię ten klimat przygotowań.
Lubię, gdy wracam ze sklepu z moim ulubionym koszykiem wypełnionym po brzegi zakupami z miasteczka.
Lubię rozłożyć je wszystkie na moim dużym blacie w kuchni, włączyć muzykę, nalać sobie lampkę wina, otworzyć książkę kucharską na odpowiedniej stronie i zacząć przygotowania do tego, co lubię najbardziej. Czas na przyjęcie! Jestem w tym specjalistką. I choć po tygodniu biesiadowania jestem odrobinę zmęczona i doceniam ten moment, kiedy w końcu usiadłam na mojej sofie, w samotności, z cichą muzyką i dobrą kawą, to na takie zmęczenie piszę się zawsze. Jestem naładowana dobrą energią totalnie.
I wiesz co? Tworzenie tego domu i atmosfery, która w nim panuje to aktualnie moje ulubione zajęcie.


I choć ten dom wciąż w budowie. I choć za każdym razem, kiedy wjeżdżam na nasz usypany z przypadkowych kamieni podjazd nucę pod nosem fragment piosenki „Tu na razie jest ściernisko, ale będzie San Fransisco”.
I choć na razie to taras zbity z desek, które zostały po budowie, a na nich 30 letni grill, który dostaliśmy w spadku, i który ledwo stoi, ale stoi i to przecież najważniejsze. To nie myślę o tym czego wciąż nie mamy, bo przecież mamy już tak bardzo dużo.
A będzie jeszcze więcej! Na przykład nasz pierwszy warzywniak.
Ale to już zupełnie inna historia…