POROZMAWIAJMY O TERAPII

Autor: Basia Szmydt

Bardzo długo ten wpis kiełkował w mojej głowie. Wciąż dopisywałam kolejne akapity jednocześnie bojąc się go puścić w świat. Dlaczego się bałam?
Bałam się, że spłycę ten ważny i intymny temat, jakim jest terapia u psychoterapeuty.
Bałam się, że nie potraktuję go jak należy, że z każdego wersu będzie przebijać moja bardzo subiektywna opinia, która przecież nie będzie pasowała każdemu.
Wreszcie wciąż zastanawiałam się jak „ugryźć” ten temat zachowując intymne szczegóły dla siebie i jednocześnie przedstawić tę historię tak, by stała się być może motywacją do działania i inspiracją.
Myślę, że nie wyczerpię tematu terapii, ale mam ogromną nadzieję, że choć odrobinę go oswoję.

Ostatecznie do napisania tego posta zmotywował mnie pamiętny live na instagramie, podczas którego rozpoczęłam rozmowy o terapii i odpowiadałam na pytania czytelników z nadesłanych wcześniej formularzy.
Wow! Ależ to była transmisja! Prawie 3500 tysiąca kobiet i mężczyzn oglądało mój 1,5 godzinny monolog a następnego dnia zapchało mi skrzynkę z wiadomościami, na które nie jestem w stanie odpowiedzieć 🙂
To pokazało mi jak bardzo ważny to jest temat, choć z reguły również niewygodny. Łatwiej się pokazuje piękne sweet focie i zdjęcia pysznego jedzenia niż rozmawia o czymś tak delikatnym jak terapia. Życie nie składa się jednak z samych sweet foci i szczęścia. Czasem o to szczęście trzeba zawalczyć i sporo się nad nim napracować. Mnie to spotkało.
Jeśli obserwujesz mnie i moje działania w sieci, na pewno widzisz zmianę, która we mnie zaszła na przestrzeni kilku ostatnich lat. Początkiem tej zmiany była właśnie terapia i rozmowy z doskonałym terapeutą.

Dziś opowiem Ci moją historię.
Dziś porozmawiajmy o terapii.

DLACZEGO TERAPIA?

Powody pójścia na terapię każdy może mieć inne. Każdy też ma zupełnie inną wrażliwość, inaczej funkcjonuje i odbiera świat.
Są ludzie, którzy radzą sobie sami i to całkiem nieźle z największymi nawet problemami.
Są też tacy, którzy żyją złudzeniami, zakładają maski, twierdzą, że co ich nie zabije to ich wzmocni, ale często rozsypują się na drobne kawałeczki w najmniej oczekiwanym momencie.

Czasami powody pójścia na terapię są tak bardzo oczywiste. Ktoś się rozwiódł, został porzucony, stracił dziecko, jest dzieckiem alkoholików lub był bardzo krzywdzony w dzieciństwie. Wtedy nawet gdy do końca nie wiemy na czym polega terapia, czujemy że zrobiłaby dobrze tej osobie.

Czasem te powody jednak nie są tak jaskrawe. Żyjesz trochę złudzeniami, trochę sama sobie powtarzasz, że dasz radę. No kto jak nie Ty!? Nie dajesz sobie prawa do narzekania, bo trzeba wyciskać życie jak cytrynę. Głupio Ci przed samą sobą, że przychodzą do Ciebie takie dni, kiedy nie masz siły podnieść się z łóżka. Wszyscy twierdzą, że Twój smutek to fanaberia. W końcu masz wszystko! Ludzie mają gorzej – halo?! Jakżebyś mogła myśleć inaczej? Dorzucasz sobie więcej zadań, więcej zobowiązań, by udowodnić swoją wartość i to, że oczywiście ze wszystkim dasz sobie radę. I niby nie ma nic złego w tym, że się chce w życiu dużo robić. Problem pojawia się wtedy, kiedy czujesz się nieustannie niewystarczająco dobra, fajna, pracowita, kreatywna, zorganizowana, jakaś… Cały świat Cię chwali, ale u Ciebie ciągle coś. W końcu na koniec dnia punktowanie siebie samej przychodzi Ci najłatwiej.
Wiem też, że problem pojawia się wtedy, gdy czujesz, że to co się z Tobą dzieje to nie jest ani zimowy dół, ani jesienna chandra, ani wiosenne przesilenie. Że funkcjonujesz wciąż w tym samym modelu, z tymi samymi przekonaniami, zasadami wpojonymi przez rodziców, a one sprawiają, że już dłużej nie możesz dawać rady. No i albo się wtedy rozsypujesz albo nie.

Ja się rozsypałam.

To było tuż po przeprowadzce do naszego nowego domu. Nagle znalazłam się w zupełnie nowym i obcym tak naprawdę miejscu. W domu, na który ciułaliśmy przez 10 lat naszego wspólnego życia. Z dwójką małych dzieci i myszami ganiającymi po całym domu. Była potwornie szara jesień, a z naszych kranów leciała zimna woda. Dziś to pewnie nie stanowiłoby dla mnie problemu. Wtedy rozsypałam się na drobne. Cały świat chciał, bym rozrzucała na prawo i lewo brokat, mówiła o spełnionym marzeniu i o tym jak jest cudownie. Sama przeprowadzka i fakt, że to marzenie spełniliśmy rzeczywiście było cudowne, ale to jak ja się czułam już nie. Wtedy zwykłe, nic nie znaczące zdanie typu „zmień temu dziecku spodnie, bo te są złe” wypowiedziane przez moją mamę potrafiło doprowadzić mnie do szału i rozpętać kolejną kłótnię.
Potem poszło już z górki, a raczej kompletnie w dół.
Jak odróżniłam zwykłego doła od faktu, że dzieje się coś złego i że problem leży głębiej? Zaczęłam się sypać fizycznie. Nieustanne przeziębienie, migreny, problemy z żołądkiem, kłucie w okolicy serca, totalna niemoc i zmęczenie, zapalenie krtani i w konsekwencji na skutek długotrwałego stresu rozwalona cała flora jelitowa.
Pisałam o tym między innymi tutaj:

„O tym dlaczego pewnego dnia postanowiłam zmienić całe swoje życie”

Miałam ochotę położyć się do łóżka i żeby nikt niczego ode mnie nie chciał. Już nie chciałam dawać rady. Nie chciałam mówić jak jest cudownie. Było do dupy. Mimo to wciąż uważałam, że nie mam prawa narzekać. Nie cierpiałam siebie za to, że tak się czuję i zachowuję. Wciąż niewystarczająco dobra.

Wtedy pierwszy raz pojawił się temat terapii. Wydaje mi się, że to mój mąż przeczytał mi jakiś artykuł na onecie. Pamiętam, że spojrzałam na niego jak na ufoludka z pytaniem „jaka znowu terapia?!”. Przecież ja się zaraz ogarnę. Przeczytam mądrą książkę, najlepiej poradnik. Potem wprowadzę wszystkie te mądrości z poradnika w moje życie i znowu będzie „cacy”. Od jutra. Problem w tym, że jutro nie przynosiło niczego lepszego, a ja miałam w sobie uczucie ogromnej pustki. Byłam nieszczęśliwa i kompletnie nie miałam pojęcia dlaczego.

DECYZJA

Moja decyzja o pójściu na terapię była dziełem przypadku. Podczas jakiejś branżowej, blogerskiej imprezy zaczęłam rozmawiać najpierw z koleżanką, później z jej kolegą i od słowa do słowa nasza rozmowa zeszła na temat terapii i jej ogólnych założeń. To właśnie ten chłopak następnego dnia wysłał mi namiar na dobrego terapeutę i kazał napisać do niego jeszcze tego samego dnia. Pamiętam, że na końcu maila dodał zdanie „potraktuj to jako przygodę, najwyżej Ci się nie spodoba i zrezygnujesz„. Napisałam, terapeuta odpisał i zaproponował spotkanie nazajutrz. Nie miałam wyjścia – musiałam pójść. Musiałam przynajmniej sprawdzić jak to wygląda. Dlaczego? Bo bardzo, bardzo chciałam być szczęśliwa.

Pierwsze spotkanie. Weszłam do pokoju w kamienicy. Przedstawiliśmy się sobie. Ja cała spięta, zmęczona, bolał mnie każdy mięsień, czułam na sobie cały ciężar nieustannego dawania sobie rady.
Po pierwszym spotkaniu poczułam spokój, poczułam, że nie odczepię się od tego człowieka dopóki on mi nie pomoże. Wiedziałam, że mi pomoże. Trafiłam na doskonałego specjalistę, który sesja po sesji najpierw porozkładał mnie na czynniki pierwsze, a później nauczył mnie jak je poskładać, ale już według nowej instrukcji.

CO BYŁO DLA MNIE NAJTRUDNIEJSZE?

Najtrudniejszy był pierwszy krok, podjęcie decyzji, pierwsze spotkanie, wejście do pokoju terapeuty.
Trudna była sama praca podczas sesji. Często musiałam wchodzić w różne role i je odgrywać. To było dla mnie niekomfortowe do samego końca i jednocześnie bardzo emocjonalne.
Trudne było ograniczenie kontaktów z rodzicami, nie odbieranie od nich telefonów, powiedzenie wprost, że teraz nie będziemy rozmawiać, bo ja się leczę i teraz jest mój czas. Oni wtedy tego nie rozumieli. Ta relacja wymagała ode mnie na terapii najwięcej pracy i ta praca była dla mnie najtrudniejszą.
Trudne było postawienie siebie na pierwszym miejscu. To oznaczało zmianę w relacji z moim mężem, nauczenie się na nowo prowadzenia dialogów z ludźmi, częściowe urwanie kontaktu z przyjaciółmi i nie dopuszczanie do tego, by zalewali mnie wówczas swoimi problemami.
Tylko postępując w ten sposób miałam szansę realnie nad sobą i ze sobą popracować. Dziś już rozumiem wszystkie te mechanizmy, wtedy to było dla mnie trudne do zrozumienia.
Nieważne, co dla Ciebie okaże się być trudne – najważniejsze jest podjęcie decyzji. Ja wówczas zdecydowałam, że od teraz chcę być cholernie szczęśliwa.

CO DAŁA MI TERAPIA?

Przede wszystkim pozwoliła mi poznać naprawdę samą siebie i jak można przeczytać we wszystkich babskich poradnikach – postawić siebie na pierwszym miejscu i poczuć, że jestem ważna. I choć brzmi to górnolotnie to wierz mi, że dojście do momentu, w którym czujesz, że jesteś ważna w absolutnie każdej chwili swojego życia jest bardzo trudne. To uczucie otwiera Cię na całą resztę.
Dorosłam, a wraz z dorosłością przyszła asertywność, ustalenie moich granic i dojrzałość. Przede wszystkim w macierzyństwie. Dziś patrzę na siebie jak na najlepszą na świecie mamę dla moich dzieci, a nie jak na mamę, która ma nieustanne poczucie winy i nie wierzy w siebie.
Naprawiłam, a raczej zbudowałam od nowa relację z moimi rodzicami, z którymi wcześniej trudno mi było się dogadać. Dziś to relacja pełna miłości i wzajemnego szacunku do siebie. Relacja, w której każdy ma swoje granice i potrzeby.
Pozbyłam się z mojego życia toksycznych osób. Od dwóch lat nie ma już w moim życiu miejsca na analizowanie czyjegoś zachowania i zastanawianie się czy ktoś mnie lubi i czy ja zachowałam się wystarczająco dobrze. Otaczam się ludźmi mi bliskimi, którzy odbierają świat na tych samych częstotliwościach, z którymi na bieżąco mogę porozmawiać o tym, co jest nie tak i o tym co nas uszczęśliwia. Nie ma tu miejsca na niewypowiedziane pretensje, obgadywanie czy niekończące się oczekiwania względem drugiej osoby. To bardzo cenne w życiu. Uwaga! Te czystki z toksycznych ludzi dotyczą również rodziny. Nie ma lekko.
Nauczyłam się odpoczywać bez wyrzutów sumienia, bez wielkich wypraw do SPA, tak po prostu. Bez tłumaczenia się komukolwiek dlaczego śpię w środku dnia, dlaczego nie odbieram telefonu, dlaczego wyjeżdżam bez dzieci.
Mam wspaniały związek. Dojrzały, mądry, pełen pięknych rozmów. Chcemy dokładnie tego samego w życiu. Ciężko pracujemy na tę relację obydwoje, każdego dnia. To również zasługa terapii.
Nauczyłam się kalkulować na chłodno. Już nie jestem takim cholerykiem, nie zapalam się z byle powodu. Daje sobie zawsze czas na zastanowienie się – co ja na to? Nie pozostawiam problemów samych sobie, nie bagatelizuję ich. Nauczyłam się z nimi odważnie pracować. Gdy czuję, że zaraz pęknę – wiem co robić i robię to świadomie.
Poznałam siebie i polubiłam 🙂

CZY TERAPIA MA JAKIEŚ WADY?

Przede wszystkim pewnie nie jest dla każdego. Znam całą masę ludzi, którzy żyją świadomie, w zgodzie z samym sobą i urodzili się z tym, czego ja dopiero się musiałam nauczyć.
Terapia może uzależnić. Możesz dojść do momentu, w którym nie będziesz chciała sama zmagać się z problemami, ale powierzać ich rozwiązanie właśnie terapeucie. On ich za Ciebie nie rozwiąże, ale świadomość, że Cię pokieruje jest kusząca.
Wszystko zależy od terapeuty. Mój w pewnym momencie powiedział mi, że już go nie potrzebuję i czas się rozstać.
Mimo wszystko uważam, że w moim przypadku terapia nie jest lub może nie będzie jednorazowa. Chętnie bym ją powtórzyła i przepracowała zupełnie inne problemy, które gdzieś po drodze w moim życiu się pojawiły. I choć potrafię już sobie je rozpracować to tak jak wspomniałam, wizja rozmowy z mądrym człowiekiem, który mną odpowiednio pokieruje jest naprawdę obiecująca.
Wadą terapii może być, choć nie musi fakt, że przez cały czas pozostajesz skupiona na sobie. Odsuwasz rodziców, męża, znajomych, przyjaciół. Jesteś tylko Ty, Twoja głowa, Twoje myśli, Twoje problemy do przepracowania. To konieczne, by terapia przyniosła efekt.  Ci najbliżsi, którym na Tobie zależy – zrozumieją. To duży filtr dla różnych relacji.
Terapia często nie ma związku z duchowością, kościołem, modlitwą. Wydaje mi się, że terapia i nauki kościoła na pewnych płaszczyznach mogą się wykluczać. Chociażby to pełne skupienie na sobie. Mogę się mylić i być może ktoś ma zupełnie inne doświadczenia. Może u mnie to wynika stąd, że ja nie mam w sobie daru głębokiej modlitwy i takiego zawierzenia siebie Bogu, choć wierzę ogromnie w to, że to bardzo pomaga w życiu. Znam takich, którzy doskonale radzą sobie ze swoimi problemami dzięki sakram